Doświadczenie trzeciego porodu to dla mnie lekcja, że choć głowa zarządza porodem, to jednak zew natury ma moc wielką i tym razem ten zew okazał się silniejszy niż głowa.

Mając doświadczenie 2 porodów naturalnych (pierwszy – nie do końca w pełni naturalny ale mieszczący się w tych kategoriach, drugi – łagodny, w wodzie, choć długi i intensywny – Magda i Tymon) moje myśli krążyły wokół porodu domowego, choć wcale nie tak od razu i nie bez lęku. 

Wielkie szczęście, że wokół siebie mam już wiele osób, które domowo rodziły i historii wspierających i zachęcających wysłuchałam sporo. 

Z Gosią – położną “domową” znamy się od porodu mojego pierwszego synka, a więc stopniowo otwierałam się na tę opcję, by w trzecim trymestrze być tego absolutnie pewną i czuć, że na pewno się uda, zakładając tylko lekki, mały stopień prawdopodobieństwa, że może jednak trzeba będzie jechać do szpitala (aby zachować pozory planu B).

Ciąża (jak i 2 poprzednie) to był dla mnie czas bardzo fajny, radosny, spokojny. Spokoju mi przybywało z każdym dniem, tygodniem, a końcówka to już prawie stan zen. 

Marzyłam o takiej sytuacji, że rodzę sobie łagodnie i cicho (choć tutaj wątpliwość była, bo przy poprzednich porodach miałam dużą potrzebę dźwięków głośnych, a w fazie parcia wręcz krzyków konkretnych, lekka obawa była, co na to sąsiedzi, a jednocześnie takie poczucie, że mogłabym wzbić się poziom wyżej niż ostatnio i przeżyć poród spokojniej, świadomiej, bez “odlotu”, który obezwładnia), że za ścianą śpią starsze dzieci, a ja jestem we własnej wannie, a obok jest mój mąż i Gosia. I właściwie tak się stało. 

Doświadczenie trzeciego porodu to dla mnie lekcja, że choć głowa zarządza porodem, to jednak i zew natury ma moc wielką i tym razem u mnie ten zew okazał się silniejszy niż głowa. Rano w poniedziałek odszedł mi czop śluzowy, Piotrek właśnie wyjeżdżał do Warszawy, zdążyłam go jeszcze zatrzymać w drzwiach, powiadomić o odkryciu, mieliśmy chwilę wahania czy może jednak nie powinien zostać, ale ostatecznie stwierdziliśmy, że jedzie i jak się akcja rozkręci będzie wracał. 

Odwiozłam dzieci do przedszkola, zdążyłam załatwić 2 ważne sprawy zw. z pracą (aktywna byłam do końca, dosłownie), czując w głębi, że chyba coś się zbliża, ale byłam pewna, że to jeszcze kwestia doby, dwóch, a nie godzin. 

Wieczorem położyłam starsze dzieci spać i 5 minut po, gdy znalazłam się w swym łóżku poczułam pierwszy skurcz – oczywiście nie byłam pewna, że to już TO, myślałam sobie, że to pewnie przepowiadający, choć jednocześnie postanowiłam zmienić pościel i ogarnąć przestrzeń wokół siebie (niczym kotka – o kotce będzie później). 

Po kilku regularnych skurczach, co 10 min, wiedziałam już, że oto rodzę i że wcale nie jest dobrze, bo a) mąż w Warszawie, b) Gosia na dyżurze nocnym w szpitalu. 

Piotrek był akurat na koncercie i kiedy zadzwoniłam powiedział, że czuł i czekał i że właśnie jest po fajnym przeżyciu muzycznym, podczas którego myślał intensywnie o porodzie, a więc wystrzelił natychmiast w drogę. 

Zadzwoniłam do Gosi, ustaliłyśmy, że czekam do 4 rano i wtedy będzie mogła wyrwać się z dyżuru.

Tak więc plan był taki, aby najpierw doczekać do ok. 1-2 na Piotrka, następnie do 4 na Gosię. 

I o tej 22 wierzyłam,  że jestem w stanie tak zarządzić porodem, że spokojnie dam radę. 

Na wszelki wypadek spakowałam, choć niechętnie, torbę do szpitala, jednak wierząc, że tak naprawdę nie będzie mi wcale potrzebna. Fale sobie przychodziły, ja starałam się minimalnie poruszać, aby niczego nie wzniecać, leżałam, próbowałam drzemać. 

Czułam, że intensywność wzbiera, że czas pomiędzy się skraca, ale wyobrażałam sobie, że to zupełny początek… Czas mijał bardzo szybko, a ja w łożu, pod kołdrą, słuchając radia, czekając na Piotrka, czasem myśl się pojawiała : Kurczę, a jak nie zdąży… może dzwonić po dziadka (mojego tatę), może jechać do szpitala… Ale ostatecznie myśl tę spychałam w dal i leżałam sobie dalej. 

Starałam się być na maksa zrelaksowana, przyjmować falę, przyglądać się jej, nie nazywać tego bólem, a akceptować, pozwalać przepływać. I było to możliwe, była cisza, spokój, choć intensywność także. 

Ale nie nazwę tego bólem, wymyka się to w moim odczuciu definicji bólu, to coś innego… Kiedy pojawił się Piotrek pierwszy moment ulgi nastąpił, i jednocześnie imprezka się rozkręciła zdecydowanie, ale było nam z tym ok., żartowaliśmy między skurczami (tfu, tfu, przypływami), trzeźwość umysłu była zachowana i odliczałam minuty do 4, a tu dopiero po 2… 

Czułam coraz większą chęć, aby wejść do wanny, a jednocześnie obawiałam się, że akcja tam na tyle się rozkręci, że Gosia nie zdąży, więc starałam się leżeć sobie dalej. 

To było zupełnie inne doświadczenie, podczas poprzednich porodów pierwsza faza to były aktywne działania, aby się otworzyć, chodzenie, kucanie, prysznic itd., a tutaj… spowalnianie akcji i leżenie. 

Śmiałam się, że czuję, jak mi wjeżdżają do głowy “wizualki” i że staram się je odrzucać, ale to było tak mocne, że w pewnym momencie już nie byłam w stanie i widziałam rozkwitające kwiaty itd. I to był dla mnie znak, że jestem już daleko. Piotrek stwierdził też, że widzi moje porodowe oczy i że one mówią: za chwilę urodzi się nam dziecko. 

I rzeczywiście, nagle poczułam potrzebę parcia i przestraszyłam się nie na żarty, bo dochodziła dopiero 3 i jak tu przeżyć godzinę gdy zew natury jest tak silny??? 

Zadzwoniłam więc do Gosi, opowiedziałam jak jest, za chwilę oddzwoniła informując, że wyjeżdża i będzie w przeciągu 30 min. 

Postanowiłam więc zrobić to, na co długo czekałam, a więc udać się do wanny. Cudowne ciepło i dźwięk napuszczanej wody – rozpłynęłam się po jednym zanurzeniu, po czym poczułam zbliżającą się głowę Kubsona. 

Padłam na kolana. To okazało się moją ulubioną pozycją podczas tego porodu, głową opierałam się o kran (mój kochany mąż zaproponował, ze może przynieść mi poduszkę, ale ta intensywność zimnego kranu wbijającego mi się w czoło jakoś mi się podobała, następnego dnia miałam siniaka). 

Zażądałam stanowczo obecności Gosi, czując, że za chwilę dziecię ze mnie wyjdzie, nastąpiła lekka panika, moje hasła w stylu : ok., Piotrek, on się rodzi, odbierasz ten poród…  

Pamiętam pierwszy mocny skurcz, wraz z którym poczułam główkę, miałam wtedy przemożną potrzebę zaryczenia niczym lwica, ale na tym efekty dźwiękowe się skończyły. 

Później wspomnienie naszej rodzącej kotki nagle mnie zalało, tego, jaka była spokojna i jak piękne oddychała – dyszała. I instynktownie zaczęłam robić właśnie to, czułam się jak owa kotka, lęk i euforia mieszały się ze sobą, między skurczami raz panikowałam, a raz prawie płakałam ze wzruszenia, że oto rodzę, we własnej wannie, po cichu, obok śpią chłopcy, jest tak jak chciałam. 

Gosia wpadła na ostatnie 10 min akcji, jej dotyk był kojący, pamiętam me pytanie: Gosia, czy to w ogóle jest główka? Nie zdążyłam sprawdzić ułożenia. Potwierdziła, że główka, dotknął również Piotrek i w kolejnym skurczu Kubcio się urodził – tak szybko i tak cicho…

Nie mogłam w to uwierzyć, że to już i że jest taki spokojny, zakwilił tylko chwilę, spojrzał na mnie i z łagodnością wtuliliśmy się w siebie.. 

No a później to już euforia, łzy, deklaracje miłości, pocałunki w wannie z mężem itd. 

Zbudził się Filip i odwiedził nas w wannie, zapoznał się ze świeżo narodzonym bratem i wrócił do swego łóżka – to było piękne powitanie i takie normalne, absolutnie tak, jak chciałam. 

Przeszliśmy do łóżka, urodziłam łożysko, zastał nas poranek, Kubcio poczynił pierwsze próby ssania piersi, Piotrek przyniósł nam zupę i świeżo upieczony chleb – jadłyśmy z Gosią na podłodze, piękny to był czas. Za chwilę przydreptał Tymon, zapoznał się z bratem, ach… błogi spokój i komfort własnego łóżka. 

Miałam ochotę wybiec na ulicę i wykrzykiwać: Luuudzie, jak poród to tylko domowy.

Minęły prawie 3 tygodnie, atmosfera błogiego spokoju wciąż u nas obecna. W sercu radość wielka i wdzięczność. 

Życzę każdej kobiecie takiego doświadczenia!