Vivat Poród - Na dobry początek

Weronika i Łucja

14 marca 2014 roku, wcześniej robię Mężowi przelew o tytule „zaliczka na noc”, na co On się śmieje, że chyba przepłaciłam.
Ok. 17.30 Mąż postanowił wyciągnąć na spacer mnie i Dziubę. Nie ma problemu, z chęcią się zgodziłam i po kilku minutach byliśmy przed domem. Podeszła do nas mała dziewczynka z mamą i zapytała czy może pogłaskać królika (najpierw to był chomik). Jako, że futrzak zaczął uciekać w krzaki schyliłam się, żeby go przytrzymać. Wstałam i pomyślałam, że jestem nienormalna, żeby kucać z takim brzuchem! Chwilę potem poczułam, że MUSZĘ wracać do domu. Jakbym „coś zgubiła”, taki dyskomfort jak przy obfitej miesiączce. Mówię do Męża, że wracam i po 5 minutach jestem w łazience. Bez dwóch zdań tym czymś, co zgubiłam był pięknie zwany czop śluzowy. No i dobra. Weszłam do wanny, żeby się obmyć.
- Sprawdzaj jak często mam skurcze – wydałam komendę Mężowi, nastawiając się na to, że to kolejne przepowiadające i woda zaraz je wyciszy.
- Co 10-11 minut.
- O, następny.
- 5?!
- Nie, niemożliwe...
- 4!!! Dzwonić do położnej?
- Poczekaj jeszcze chwilę.
O 19.00 nie mieliśmy wątpliwości, że skurcze wcale nie mają zamiaru zniknąć.
Telefon do Ireny i do Marioli. Ja, pomna tego, że gdy na zbyt wczesnym etapie porodu wejdzie się do wody na długo to poród się przedłuży, wylazłam czym prędzej. Po przyjściu Marioli (gdzieś po godzinie) piękne pytanie Męża: „A to się może jeszcze zatrzymać?”
Chodziło oczywiście o to, że strasznie szybko i niespodziew...