Vivat Poród - Na dobry początek

Patrycja i Rohan II z II

...one muszą gdzieś jechać, bo przecież ja zaraz urodzę, a potem nic się nie dzieje. One też już na mnie patrzą z powątpiewaniem.
Idziemy na plac zabaw, ewidentnie zaczyna się poród, gdy bujam dzieci na huśtawce. Ignoruję bóle, pomimo, że już nie mogę stać na nogach w skurczu. Przecież ja nie urodzę, nie będę się wkręcać, a tym bardziej znów okłamywać biednych dziewczynek.
Potrzeba odwiedzenia toalety zmusza mnie do pójścia do domu. Gdy wreszcie doczłapuję się na 4 piętro skurcze są naprawdę mocne. A my musimy jeszcze przejechać pół Warszawy do domu. Na szczęście jest niedziela i nie ma korków. Dzwonimy do położnej, żeby już jechała, ale się nie śpieszyła, bo to dopiero początek.
Docieramy do domu. Pomimo skurczy wpadam w szał sprzątania. Wojtek też. Uwijamy się jak w mrowisku, chodzimy, przestawiamy, przygotowujemy. Gdzieś pomiędzy są moje skurcze. Ostatni raz okadzam mieszkanie oczyszczającą szałwią. Siadam na piłce i odnajduje „swoją” pozycję. Krążenia biodrami pomogą się „otwierać”. Teraz czuję, że już wszystko gotowe i mogę się wreszcie skupić na tym, co dzieje się z moim ciałem. Boli coraz bardziej i przerwy między skurczami są coraz mniejsze.
Wojtek zajmuje się swoimi sprawami w kuchni. Myślę, że instynktownie wyczuwa i szanuje moją potrzebę samotności. Ja cieszę się, że mogę się skupić na sobie. Wiem, że dzięki temu będzie szybciej i efektywniej. W poprzednich porodach niepotrzebnie traciłam czas i energię na zabawianie osób towarzyszących.
Znam parę ćwiczeń, które przyśpiesza...