Vivat Poród - Na dobry początek

Patrycja i Rohan II z II

Rodzę u siebie
Jest kilkanaście dni po terminie, a ja nadal nie rodzę (część pierwsza historii Patrycji dostępna jest TUTAJ).
Idę na ktg. Oczekując na moją kolej siedzę pod drzewem obok szpitala. Czuję ogarniające mnie poczucie bezpieczeństwa i łączności z przyrodą, pomimo, że to skwer w centrum Warszawy. Dostaję skierowanie na patologię ciąży. Bardzo zabawne, w ogóle się tam nie wybieram.
W końcu piętnastego dnia po terminie, wieczorem, zaczynają się skurcze. Dzwonię do położnej, mówi, że jest po porodzie i potrzebuje się przespać, mam zadzwonić o drugiej w nocy.
Tata mającego się narodzić dziecka, mówi, że jest zmęczony i może poczekam, aż się prześpimy. Jestem wkurzona. Tyle czekałam, w końcu coś się dzieje, a wszyscy, którzy maja mi towarzyszyć idą sobie ignorancko spać.
Ja też idę spać. Rano budzę się, skurczy nie ma.
Dostaję wielkiego doła. Jestem pewna, że właśnie mnie ominęła doskonała energia na mój wymarzony poród. No i teraz to mnie czeka już tylko najgorsze. Od rana milczę i mam łzy w oczach. Wojtek próbuje jakoś ze mną nawiązać kontakt. Bezskutecznie.
W końcu wychodzę w celu zakupienia jakiś ładnych kwiatków, takich na grób. Zamierzam zrobić pogrzeb mojemu naturalnemu porodowi. W końcu kupuję bukiet róż. Wracam do domu i razem z Wojtkiem mamy ze mnie niezły ubaw.
Jedziemy odwiedzić dziewczynki. Jestem wkurzona, że ciągle im mówię, że jadę rodzić braciszka, albo że ...