Vivat Poród - Na dobry początek

Natalia i Marysia

Tak, dla mnie narodziny naszej pierwszej córki były przeżyciem niezwykłym, metafizycznym wręcz.
Do porodu przygotowywaliśmy się z mężem skrupulatnie. Szkoła rodzenia, kilogramy przeczytanych przeze mnie fachowych książek i sterta ulotek, objazd po szpitalach, rozmowy z lekarzami. Nie bałam się. Byłam spokojna. No nie, trochę się bałam oczywiście, ale im bliżej było do rozwiązania, tym bardziej chciałam mieć to już za sobą.
W ostatnim trymestrze ciąży źle się czułam, miałam duże problemy z poruszaniem się. Strach przed bólem i lęk przed nieznanym ustąpił więc miejsca pragnieniu ulgi i spotkania z naszym maleństwem.
Towarzyszyła mi przede wszystkim niezwykła ekscytacja, bo wiedziałam, że to ja będę główną aktorką w tym wydarzeniu. Wszystko praktycznie zależy ode mnie. Świadomość, że wkrótce zmieni się całe nasze życie, a ja spełnię swoje największe marzenie, nie pozwoliła spać w nocy.
Wszystko mieliśmy ustalone, więc kiedy w piątkowy poranek dziwnie zaczął boleć mnie kręgosłup, mąż wychodząc do pracy „na wszelki wypadek” wziął samochód. (Zwykle jeździł tramwajem).
Spokojny prysznic, śniadanko z deserem (obowiązkowo!), nieco chaotyczne obliczanie przerw między równie chaotycznymi skurczami. W końcu telefon do lekarza potwierdzający zasadność dopakowywania torby i zrobienia kanapek. Kolejny telefon - do męża - „Jedziemy!”, lekki makijaż, fryzura i w drogę.
Tyle razy wyobrażałam sobie jak to będzie („wizualizowałam sobie” jak to się teraz mówi) i właśnie dzieje się! Ratunku, już n...