Vivat Poród - Na dobry początek

Maria i Marcin

Tango, żelki i Marcin
Zaplanowałam, że urodzę 15. Termin miałam na 20. Od 14 testowałam wszystkie znane ludzkości metody wywoływania porodu: słynne 3S, akupresurę, herbatkę położnych, herbatkę z liści malin, olej z wiesiołka i pewnie coś jeszcze, co zaginęło już w mrokach mojej pamięci.
24 wieczorem udajemy się kolejny raz na schody w pobliskim wieżowcu z windą. Zaprzyjaźniony pan ochroniarz ze zrozumieniem pyta, czy jeszcze nie, a my po raz kolejny schodzimy 60 pięter w dół. Zasadniczo nic.
Przy powrocie intensywnym marszem coś tam niby czuję, ale tyle, co już od jakiegoś czasu. Kolejnego dnia wieczorem otwarcie wystawy, na które jesteśmy zaproszeni. Nastawiam się, że zrobimy spacer. Tymczasem od rana walki z wywoływaniem ciąg dalszy. Puszczam afrykańskie rytmy, do których tańczę i równocześnie rozczesuję dokładnie włosy i robię ścisły warkocz francuski, żeby nie rozłaziły mi się włosy, gdyby coś miało się zadziać. I przyda się na otwarcie wystawy.
Niby coś czuję, dzwonię powiedzieć T, że coś się zaczyna dziać, ale w tym tempie to przed poniedziałkiem nic z tego nie będzie, więc z dużym spokojem. Czuję ulgę, że w ogóle coś się zaczęło dziać i jest szansa, że przez kolejny tydzień, który jeszcze sobie daliśmy na poród w domu jednak coś się rozkręci.
T wraca z pracy, szykujemy się na wystawę. Zgodnie z założeniem idziemy spacerem. Wracamy też spacerem. Na szczęście przy ruchu skurcze nie ustają i chyba są nawet w miarę regularne, co jakieś 10 minut.
Skurcze, w sensie: skurczyki. Co...