Vivat Poród - Na dobry początek

Magda i Tymon (Filip)

...y Chołuj, lina… Mijały te godziny i mijały, i bardzo mało się działo w kwestii postępu rozwarcia. Trochę się już zaczęłam obawiać i kiedy położna delikatnie zasugerowała mi, że jeśli nic się nie zmieni w przeciągu kolejnych 2 godzin to może pomyślimy o oksytocynie postanowiłam: ok, moja ostatnia szansa. Aby doprowadzić ten poród do takiego końca, jak chcę. To postanowienie dodało mi energii i zaczęłam bardzo się skupiać, uruchomiłam wyobraźnię, koncentrowałam się na każdej zalewającej mnie fali skurczów – pamiętam jak powtarzałam: ok, niech to trwa, przyjmij to, nie walcz z tym, niech to będzie, ok - już odeszło, na chwilę. To było takie MOJE. Piotrek był obok, ale tym razem czułam, że tylko ja sama mogę sprawić, aby ten poród był dobry, aby nikt mi tu nie wlazł i tego nie popsuł. Wlazłam ponownie do ciepłej wanny, bolało już bardzo, bardzo, i znowu ten ból mieszał mi się z jakimś łaskotaniem, chciało mi się śmiać. Czułam, że coś się zmienia. Kiedy te „fale” obezwładniły mój umysł wiedziałam, że na pewno się otwieram i że będzie dobrze. Wielkim przełomem był moment, kiedy „zwisałam” na linie i widziałam siebie jako Afrykańską kobietę, rodzącą pod drzewem, silną, nagą, samą. To była mega wizualizacja, jak jakaś wizja na haju – dlatego twierdzę, że urodziłam głównie głową. Po sesji z liną było już ostro i ledwo dolazłam do pokoju naprzeciwko, gdzie była wanna i gdzie koniecznie chciałam wypuścić ze mnie Tymona. 8 cm i wanna napełnia się wodą. Wszędzie cicho, przygaszone światło, tylko ja, Piotrek...