Vivat Poród - Na dobry początek

Magda i Tymon (Filip)

... na pewno już TO, były dość regularne, ale nie intensywne. Pamiętam, że trwał niedzielny wieczór, byli u nas rodzice i jedliśmy szarlotkę. Skurcze się nasilały, na wszelki wypadek spakowałam więc torbę ze szpitalnymi rzeczami i postanowiliśmy udać się do znajomej położnej, aby mnie zbadała i osądziła, czy warto już wyruszać do Sokółki. Okazało się, że warto, trzeba nawet, bo 3 cm… No to pojechaliśmy. Nie spieszyliśmy się za bardzo, było bardzo ciemno, w radiu jakaś psychodeliczna muza – pamiętam jak jechałam na tylnym siedzeniu, miałam zamknięte oczy i próbowałam zwizualizować sobie piękny poród w wodzie. Było dość mistycznie. W szpitalu pustki, weszliśmy jakimś bocznym wejściem, w powietrzu unosiła się taka senna atmosfera, miałam wrażenie, że nikogo tam nie ma oprócz nas. Zaprowadzono nas do pokoiku, gdzie poznaliśmy położną, z którą będziemy rodzić. Miła pani, skojarzyła mi się z Ireną Chołuj, emanująca spokojem – było dobrze. Z uwagą prześledziła z nami nasz plan porodu – tym razem spisałam wszystko i wyjaśniłam jak bardzo zależy mi na w pełni naturalnym porodzie – bez jakichkolwiek ingerencji, bez pospieszania. Położna powiedziała, że tak będzie skoro tego chcemy i uwierzyłam jej. To była wielka ulga. Zostawiła nas samych, przychodziła co jakiś czas spytać czy chciałabym zostać już zbadana, czy czuję zmianę. Długo nie czułam, postanowiłam więc brać się do pracy – i Piotrka włączyłam w to też, więc aktywności przeróżne były: wanna, masaże, piłka, spacery, w przerwach Piotrka czytanie na głos Iren...