Vivat Poród - Na dobry początek

Magda i Tymon (Filip)

...oc postanowiłam jak najdłużej zostać w domu, aby przypadkiem lekarzowi nie przyszło do głowy wtrącić się w mój poród. Skurcze miałam ponad dobę, dość silne, pamiętam, że poszliśmy z Piotrkiem - moim mężem - na długi spacer o 5 rano i wiedziałam, że Filip chce już wyjść. Musiałam stawać co chwilę i kołysać biodrami, nie mogłam spokojnie iść. Dużo czasu miałam, aby się z tymi skurczami zaprzyjaźnić, popróbować co sprawia, że łatwiej mi je znieść – kołysanie biodrami było super. Do kliniki trafiliśmy wieczorem, lekarz ogłosił 3 cm rozwarcia i „że chyba mamy dziś randkę” = dziś rodzimy, „ale pani Magdo, do 23 to już pani ma urodzić, bo piątek i do domu chcę iść”. To taki żart, popularny TAM, ale w moim odczuciu w ogóle nie śmieszny i mało subtelny. Na dzień dobry dostałam informację: zróbmy to jak najszybciej. Nikt z nami nie rozmawiał, nie przedstawił się. Położne gawędziły między sobą, usadziły mnie na łożu, podłączyły oksytocynę i kątem oka zauważyłam, że szykują strzykawę. Ze znieczuleniem. Byłam przerażona, runęło wszystko, nikt mnie nawet o nic nie spytał, nie mogłam w to uwierzy, w ogóle nie rozumiałam co się dzieje i gdyby nie wkroczył do akcji Piotrek chyba bym się poddała totalnie… Zaczął z nimi rozmawiać, wyjaśniać, że my nie chcemy znieczulenia, że chcemy aktywnie i że czujemy się do porodu przygotowani. Zmiana była totalna, położna nagle się nami zainteresowała, zaczęłyśmy rozmawiać, zlazłam z łóżka, mogłam chodzić, było lepiej. Myślę, że obie strony były ofiarami: my rutyn...