Vivat Poród - Na dobry początek
Magda i Marysia

Magda i Marysia

Trochę historii, czyli… mój pierwszy poród „cesarski”

Od zawsze miałam poczucie, że naturalny poród to piękne doświadczenie, które chciałam przeżyć. Nie bałam się porodu. Bałam się szpitala, rutyny tam panującej i wszelkich interwencji tam wykonywanych. Kiedy więc jesienią 2008 roku zaszłam w ciążę z pierwszym dzieckiem (Mikołaj, 3,5 roku), najlepszą opcją wydawał mi się poród w domu. Wychowana w kulturze, gdzie ciąża i poród nieodłącznie kojarzą się z lekarzem, początkowo zaczęłam szukać położnika, do którego miałabym zaufanie i który zainteresowany byłby asystowaniem przy porodzie domowym. Bez skutku. W moim mieście nie znalazłam także położnej, która podjęłaby się oficjalnie przyjęcia porodu w domu. Z braku innego wyjścia (nie byłam chyba wystarczająco zdeterminowana, żeby jechać do innego miasta) zdecydowałam się urodzić w szpitalu. Aby choć trochę tę perspektywę szpitala „udomowić”, miałam rodzić ze „swoją” położną, która miała zapewnić mi tak dużo swobody i prywatności, jak tylko jest to w szpitalu możliwe – żadnych wspomagaczy, żadnego leżenia na łóżku porodowym, żadnego rutynowego nacinania krocza, świece, muzyka, tylko ja, mój mąż i nasza położna. Tak miało być. Było zupełnie inaczej.
Miałam cesarkę. Nie chcę się tu rozpisywać na ten temat, bo było to doświadczenie trudne (przede wszystkim emocjonalnie). Do pierwszych urodzin mojego synka przeżywałam żałobę za doświadczeniem naturalnego porodu, które utraciłam.