Vivat Poród - Na dobry początek

Magda i Ksenia

Cesarskie cięcie… Z opowiadań mojej mamy wynikało, że to jedyna i słuszna droga. Jako pierworódka rodziła mnie kilkanaście godzin w bólu, o którym chciałaby zapomnieć. Nie mogła się ruszyć z łóżka, bo była cały czas podpięta pod KTG…
Traumatyczne przeżycie, zrozumiałe więc, że nie chciała, abym ja także przechodziła przez takie piekielne męki. Na szczęście trafiliśmy do świetnej szkoły rodzenia i moje przekonania uległy diametralnym zmianom.
Mąż kilka dni przed planowanym terminem porodu zrobił mi prezent (może po części sobie też) i zaproponował, aby towarzyszyła nam doula.
W przeddzień porodu miałam dziwne skurcze - sądziłam, że to przepowiadacze, bo były bardzo rzadkie i prawie bezbolesne, później po południu coraz częstsze, ale bardzo krótkie.
Zadzwoniliśmy więc do douli z informacją, że coś zaczyna się dziać. Kochana doula wzięła ze sobą znajomą położną - obie przyjechały około 20.00.
Położna sprawdziła - 2 cm rozwarcia - nie ma po co jechać do szpitala... O 22.30 nadal 2 cm... Nic nie rusza...
Jako, że to bardzo dobra położna (miałam i mam do niej ogromne zaufanie), to powiedziała, abyśmy poszli spać, z rana może jeszcze raz przyjechać i sprawdzić ewentualnie jak przedstawia się sytuacja. Zrobiliśmy tak, jak podpowiedziała.
W nocy wciąż miałam często (przynajmniej tak mi się wydawało) skurcze, ale były krótkie - podrywałam się wtedy z łóżka, spacerowałam do ciemnej kuchni, ból mijał, wi...