Vivat Poród - Na dobry początek

Kinga i Nadia

Narodziny Nadinki
Urodziłam w domu… udało się. Nigdy nie byłam z siebie taka dumna… Ale oczywiście zacznijmy od początku.
Myśl o porodzie domowym zagościła w mojej głowie na długo przed tym, zanim w ogóle zaszłam w ciążę. A jego realizacja spełniła moje wielkie marzenie o wyjątkowym prezencie dla ukochanej córeczki.

Zacznijmy jednak od tego, że początkowo w ogóle nie chciałam mieć dzieci, głównie z powodów ideologicznych. A także dlatego, że gdy tylko wyobrażałam sobie mój poród, oblewał mnie zimny pot. Moje wyobrażenia były dość standardowe jak na nasz kraj (choć, mam nadzieję, powoli się to zmienia) i wystarczająco przerażające, a jednak przecież nie pozbawione realizmu. Miałam więc świadomość szpitalnej maszyny, która mnie wchłonie i będzie decydować o tym, co dla mnie dobre, jak mam rodzić i – co było dla mnie najboleśniejsze – która najpewniej zabierze ode mnie dziecko zaraz po narodzinach. Gdy myślałam o takim Maleństwie zabranym prawie natychmiast (te przysłowiowe 5 minut na brzuchu nie przemawiało do mnie), bezosobowo obracanym, mierzonym, ważonym w obcym, jasnym, głośnym i zimnym otoczeniu, cierpiałam. Nie chciałam, aby takie były pierwsze chwile mojego dziecka na tym świecie. Nie chciałabym, aby żadne dziecko było tak witane, choć nie zawsze można tego uniknąć – na pewno jednak nie tak często, jak ma to obecnie miejsce. Myśląc o moim idealnym porodzie, zawsze widziałam półciemne pomieszczenie, ciche i swojskie. Nie czułam, że trzeba rodzić w szpitalu. Ale wydawało mi się, ż...