Vivat Poród - Na dobry początek

Katarzyna i Franio

...am. Taki bardzo elastyczny balon wypełniony płynem. Można powiedzieć, że synuś nasz w czepku urodzony.
Ostatecznie przyszedł na świat, gdy byłam w pozycji leżącej na boku, 2 września 2013 roku o 4.55. 54 cm, 3640 g. Towarzyszyły mi już wtedy dwie położne i mąż, a zaraz potem cieplutki i mokry Franio, który zadarł główkę do góry i tak przez długi czas patrzył na mnie i swojego tatusia ślicznymi malutkimi oczkami, słuchając mego bicia serca i naszych szeptanych rozmów.
Tego momentu nie da się opisać słowami. Ten cud trzeba przeżyć.
Byłam wzruszona, ale się nie popłakałam. Dumna, że urodziłam własnymi siłami bez żadnych znieczuleń i tak bardzo szczęśliwa, przepełniona ogromem miłości do tego bezbronnego maleństwa, do swego pierworodnego syna, że mogłam iść i wykrzyczeć całemu światu, że już jest na zewnątrz. Nie czułam zmęczenia. Przyszło znów dopiero, gdy zaczynały opadać emocje.
Łożysko urodziłam po uprzednim podaniu przez położną oksytocyny, bo już pod koniec skurcze słabły, prawdopodobnie ze zmęczenia, a gdy urodziłam, już prawie całkowicie zniknęły. Byłam trochę nacięta, ale gdyby mąż mi potem nie powiedział, w którym to było momencie, to do tej pory bym nie skojarzyła. I tak to oto.
Mam nadzieję, że jeśli któraś z Was się bała porodu, to choć trochę teraz będzie spokojniejsza.
Alleluja!