Vivat Poród - Na dobry początek

Katarzyna i Franio

..., którego mój mąż nie zapomni chyba do końca życia.
Pani na recepcji:
- "Dobry wieczór. W jakiej sprawie państwo przyjechali?"
Mój mąż z czterema torbami pod wpływem stresu:
- "Jak to w jakiej? Żona rodzi!"
I oczywiście proceduralny standardzik: papierki, KTG, badanie położnicze, na którym wyszło, że jest już 5 centymetrów rozwarcia.
"Miło" - pomyślałam.
Pominę trochę to, co się tam jeszcze działo, w każdym razie w końcu dotarliśmy na oddział Domu Narodzin, a gdy położna powiedziała, że będziemy rodzić w Rzymie, tylko się do siebie uśmiechnęliśmy z mężem. Cóż za zbieg okoliczności - tam się dowiedziałam, że jesteśmy w ciąży.
Sala - Rzym. Schludna, czysta. Duża.
Stylowe małżeńskie łoże, eleganckie meble, fototapeta na ścianie, fotel dla osoby towarzyszącej, duża rogowa wanna, piękna łazienka z umywalką, toaletą i prysznicem. Wszystko nowiuśkie. Na parapecie odtwarzacz cd, dookoła świeczki.
Nie skorzystaliśmy ze wszystkiego, bo nie było czasu! Najważniejsze - nie było widać żadnych sprzętów medycznych, które mnie przerażają. Sala w ogóle nie kojarzyła się z salą szpitalną
- "To co? Wchodzisz do wanny?" - zapytała położna.
- "No jasne! Zawsze marzyłam o porodzie w wodzie!" - odparłam.
- "Jak będzie szedł skurcz, to śpiewaj aaa i nie myśl o żadnych technikach oddychania. Jak będzie Ci się chciało siku, wychodź, poruszaj się trochę i z powrotem do wody, jeśli będziesz chciała"
- "Aha. Ok. Dziękuję."
I zostaliśmy sami. Ja z Frankiem w ...