Vivat Poród - Na dobry początek

Katarzyna i Franio

Dzień Narodzin w Domu Narodzin
"w rocznicę urodzin mego synka" - chciałoby się jeszcze dopisać, ale sobie w temacie już daruję.

Choć urodził się 2 września, wszystko zaczęło się dokładnie rok temu.
Nie bardzo chciałam opisywać jak wyglądał poród itd., ale mój mąż nalegał i nalega wciąż. Uzasadnia, że mam to napisać ku pokrzepieniu innych kobiet w ciąży. No to uległam. Piszę. Teraz już mi nie będzie marudził.
Bo wbrew powszechnie panującej opinii, że poród jest ble, ohyda, boli i się o tym nie mówi; u mnie, a raczej u nas było zupełnie inaczej, a gdy urodziłam mogłam góry przenosić i byłam taaaaaaaaaaka szczęśliwa!
Ech... wzruszyłam się.
Zatem. 1 września 2013 roku. Niedziela.
Pamiętam tyle, że nie chciało mi się stać przy garach w ówczesnym stanie olbrzymiości, więc na obiad poszliśmy na mega pyszną pizzę "Cztery pory roku" i oczywiście zamiast groszku były oliwki.
Mimo wielkiego apetytu, trochę zabraliśmy do domu na kolację. I tak, około godziny 18.00 zaczęły się malutkie, króciutkie, prawie niebolesne skurcze, a we mnie... spokój... (choć myślałam, że będę panikować!).
Tak to natura wymyśliła, że w swoim czasie uwalniają się odpowiednie hormony. Mąż mój stwierdził, że skoro nic się nie dzieje, a ja nie wiem, czy to skurcze przepowiadające, czy w ogóle takie tam coś, nie wiedziałam sama co, to idzie pobiegać. Wtedy przygotowywał się po raz kolejny do Maratonu warszawskiego. Stwierdziłam, że, ok. W końcu NIC się nie dzieje. Poszłam wszamać jeszcze jeden kawał...