Vivat Poród - Na dobry początek

Kasia i Artuś

... mi – wyduszam z siebie między skurczami.
- Wolisz na kolanach? – pomagają mi się obrócić.
Opieram się na mężu, obejmuję go w pasie, krzyczę nisko, z mocą. „Jak wygodnie!” Teraz już prawie od razu rodzi się główka.
- Ma jasne włoski.
- O borze, to po teściu! – wykrzykuję z rozpaczą.
- Jak teraz poprzesz to urodzi się cały. - Skąd wiedziała, że skurcze osłabły?
- Jest duży.
- To też po teściu! – rozpacz znów wybrzmiewa w moim głosie.
Po chwili mam w ramionach fioletowego i śliskiego Artusia. Jest 8:30, 4,5 godziny od pierwszego skurczu. W ramionach mam 3870 gram szczęścia. Jak mam je utrzymać? Jest taki śliski. Przechodzimy na łóżko. Rodzę łożysko z maluszkiem na brzuchu.
A potem było szycie – koszmar. I karmienie – jeszcze większy koszmar. Ale to już zupełnie inna historia.