Vivat Poród - Na dobry początek

Kasia i Artuś

... wanny – rodzę, mam prawo. Mija jeszcze chwila i w końcu dociera położna – od razu czuję spokój – jesteśmy pod dobrą opieką. Spadł śnieg - pierwszy w tym roku. Maria wchodzi do łazienki, wita się, będzie sprawdzać rozwarcie. Myśli gonią w mojej głowie „ile będzie? Pewnie 2. Oby 4. Nie nastawiaj się, bo będzie Ci smutno. Byle nie 1… Pewnie dwa, jeszcze dużo przede mną…” Położna bada i mówi:
- 8 cm możesz przeć, jeżeli czujesz taką potrzebę.
Zamurowałoby mnie, gdyby nie to, że przez skurcze i tak nic nie mogłam mówić. Czyli jednak parte! „Mama mi nie uwierzy”, „myśl o dziecku!”. Czas się zakrzywia. Wydaje mi się, że trwa to zarówno wieczność jak i parę minut. W rzeczywistości jakieś pół godziny. W międzyczasie dociera druga położna, wita się w przelocie i idzie przygotować miejsce koło łóżka i kaloryfera. Między skurczami tłumaczę, gdzie są ręczniki i prześcieradła, bo mój małżonek raczył zapomnieć. Maria dojada w kuchni popcorn po mnie. Każdy skurcz mną rzuca, położna proponuje zmianę pozycji na klęczącą. Ciasno mi w tej wannie. Pomagają mi wyjść. Zimno mi, nie dotrę do pokoju, mimo, że to zaledwie kilka kroków. Maria mówi, że dam radę. Daję radę. Tomek siada na łóżku, ja kucam, oparta o niego plecami. Rodzę, czuję jak pękam, myślę że położna mnie nacina (potem mąż wspominał, że faktycznie było blisko, Maria już miała rękę na nożyczkach, ale w ostatniej chwili ją cofnęła dając jednak czas) Położna mówi, żebym się rozluźniła, bo jestem bardzo spięta.
- Niewygodnie...