Vivat Poród - Na dobry początek

Kasia i Artuś

...nie spałam, oby mi wystarczyło sił. Podjadam szybko popcorn, Tomek przygotowuje kąpiel, wchodzę, biorę nospę (oczywiście dopiero po kilku minutach panicznych poszukiwań). Zaczynam leżenie i wczuwanie się w siebie, trzymam męża za rękę – pomaga. W ogóle nie boli jakoś bardzo, ale zdecydowanie zamiast spodziewanego wyciszenia czuję coraz większą intensywność. Tomek dzwoni do Marii, rozmawiamy – decyzja – jedzie do nas. Jest koło 5:30. Czas płynie dziwnie, moje ciało rodzi, a przez moją głowę przebiegają dziwne myśli: „mama mi nie uwierzy”, „teraz będę pewnie kilkanaście godzin tak rodzić”, „ciekawe czy urodzę do wody” i najczęściej się przewijająca: „o czym ja w ogóle myślę? Rodzę. Powinnam myśleć o dziecku”. Zaczynam się trząść.
- Dzwoń do położnej – mówię.
- Może ci woda wystygła, doleję ciepłej, Położna pewnie teraz prowadzi – bagatelizuje mąż.
- To nie woda. Dzwoń.
Maria od razu wie, że to hiperwentylacja, muszę lepiej oddychać, bo jak nie, to natychmiast jedziemy do szpitala. Od razu oddycham lepiej, Tomek pomaga, przypomina, dreszcze ustają. Uff.
Skurcze są coraz intensywniejsze, w krótkich przerwach pomiędzy piję wodę przez słomkę. Jestmspoko, ale te kilkanaście godzin, które jeszcze przede mną trochę przeraża. Nagle czuję, że muszę kupę – no klasyk, ale przecież za wcześnie na parte, więc wyganiam męża z łazienki. Ale to uczucie jest tylko na skurczach – dziwne – za wcześnie na parte. Tomek wraca, pomaga wrócić do wody.
Trudno, najwyżej zrobię kupę do...