Vivat Poród - Na dobry początek

Karolina i Lenka

Nie wyobrażałam sobie rodzić gdzieś indziej niż w moim domu, absolutnie nie szpital, nie chcę obcych rąk, obcych oczu, kroplówek, wenflonów, głosów i kontaktu z ludźmi, dla których moje święto jest kolejnym obowiązkiem na dyżurze, nie chcę, aby ktokolwiek stanął miedzy mną a moim dzieckiem…
Hektolitry łez wylałam obiecując mojemu maleństwu, że nikomu go nie oddam, że będzie bezpieczne tylko ze mną… i kiedy w spokojny, upalny lipcowy wtorek, usłyszałam od naszej położnej, że czeka na nas z porodem do piątku... doznałam szoku.
To był wtorek, 5 dzień po tzw. terminie. Byłam święcie przekonana, że mamy czas na spokojne oczekiwanie do końca 42 tygodnia…
Czuję się świetnie, ciąża bez zastrzeżeń, dzieciątko - według USG robionego przez moją ginekolog ma jeszcze dobre warunki, jelitka nie pracują, zużycie łożyska 2-go stopnia.
Popadłam w rozpacz - jak ja mam zmusić wszechświat do urodzenia w ciągu najbliższych 3 dni.
Czuję się oszukana, jestem zła i bezradna.
Jedynym pocieszeniem miały być najlepsze referencje i polecenie nas innym położnym, które nie wiadomo czy będą miały możliwość przyjechać.
Zaczyna się szaleństwo. Wiem, że adrenalina i stres opóźniają poród, jednak nie potrafię się zrelaksować.
Mój cudowny mąż usiłuje zrobić wszystko, aby mnie uspokoić, na kilka dni rezygnuje z pracy, aby być przy mnie. Nigdy nie czułam się z nim tak blisko, jak wtenczas. Być może to było przygotowanie do wspólnego porodu.
Nadal mi smutno, wieczorami zasypiam z książką Odenta “Odr...