Vivat Poród - Na dobry początek

Iza i Wiktor

...tko potoczyło się lawinowo: przyjęcie do szpitala i podsunięte dokumenty do podpisu (długopis mi się trząsł w dłoniach, a papierów przybywało), zamiana sukienki na ubranie szpitalne.
Usiadłam na wózku i nogi mi się trzęsły, jakby były z waty, dyszałam już jak pies z językiem na wierzchu, było mi duszno. Bartek z Emilką szli dookoła na porodówkę, a ja zostałam tam wwieziona windą przy niewybrednych komentarzach personelu.
Na sali porodowej od kogoś z obecnego tam personelu usłyszałam:
- Niech pani wskakuje na łóżko
- Co? - odpowiedziałam ze złością pomieszaną ze zdziwieniem - W życiu… oszalała pani, jak podniosę nogę, to mi dziecko wypadnie!!!
Poczułam, że ktoś łapie mnie za ramiona i nogi i... 1, 2, 3 i leżę na łóżku, zgięta w pół. Przez myśl mi przeszło: “Ale ja chce rodzić na klęczkach!!!”.
Okazało się, że powiedziałam tą myśl na głos. Na te słowa odezwała się jakaś kobieta między moimi nogami (okazało się, że to położna) powiedziała, że nie ma sensu, bo czasu mało. Zaczęto mnie bombardować pytaniami, na które odpowiedź znał mąż i doula, ale ich nadal nie było. Nie miałam też dokumentów tj. karta ciąży i książeczka kontroli cukrzycy.
Byłam na porodówce SAMA z obcymi ludźmi, bez wsparcia, mogłam liczyć tylko na siebie. Przez chwilę szukałam zrozumienia w oczach personelu, jakiegoś znaku, choć trochę otuchy. Znalazłam ją w oczach młodej dziewczyny tuż obok mnie. Wyczuwałam też jakieś napięcie i nerwy, zaczęłam się bać. Przyszedł lekarz i zaczął na mnie krzycze...