Vivat Poród - Na dobry początek

Iza i Wiktor

...przecież zdążę, jeszcze tyle czasu.
I…. czekałam... czekałam... skurcze wieczorami przychodziły i odchodziły, pojawiały się i znikały, były nieregularne. Bartek w pracy ustalił, że już nigdzie nie wyjeżdża dalej niż 200 km od domu, ale 1 czerwca wyjechał jeszcze na szybko do stolicy coś załatwić, a wieczorem pojechaliśmy po pizzę, bo miałam tak wielką ochotę na kaloryczny posiłek. Gdy tak szliśmy do pizzerii mąż mówi:
- Co ty tak dziś człapiesz i sapiesz?
- A nie wiem, jakoś tak mi dziś chyba z tego gorąca już ciężko - odparłam
Wróciliśmy do domu, a był fajny ciepły wieczór, to jeszcze nie kładliśmy się porozmawialiśmy, wspólnie rozmarzyliśmy, jak to będzie fajnie już we trójkę. Powoli zaczęły pojawiać się skurcze, ale były jakieś inne.
Zaczęliśmy je mierzyć. Spojrzałam na zegarek była 22.00. Zaczęłam chodzić po domu, żeby uśmierzyć ból, bo te przepowiadające mijały, gdy spacerowałam.
Doszły do tego bóle krzyża, więc Bartek zaczął mnie masować. Trochę zelżało. Postanowiliśmy położyć się spać. Mąż chrapał, a ja miejsca sobie znaleźć nie mogłam. Gdy tylko przyłożyłam głowę do poduszki, skurcz mnie wybudzał i wymuszał podniesienie się z łóżka.
I tak wędrowałam po domu w środku nocy, w ciszy i ciemności, jak Pan Dulski na Kopiec Kościuszki lub w skurczu bujałam się na fotelu przeznaczonym do karmienia, jednocześnie szeptałam i cedziłam przez zęby w stronę brzucha:
- „Wiktorku spokojnie, wszystko jest dobrze, damy radę”.
Między skurczami opowiada...