Vivat Poród - Na dobry początek

Anna i Sara

Bardzo dobrze pamiętam mój pierwszy poród, dwa i pół roku wcześniej (do przeczytania tutaj: Ania z synkiem). Krótko i szybko; dojechaliśmy do szpitala na Żelaznej piętnaście minut przed tym, jak nasz syn pojawił się na świecie. Nie było czasu na żadne procedury, wenflony, lekarskie interwencje, ktg. Weszłam do wanny i urodziłam, w towarzystwie męża i wspaniałej położnej, przy zgaszonych światłach, w ciszy.
Potem dwie i pół godziny z dzieckiem. Wzorowo. Pobyt w szpitalu – w czystej sali z łazienką, w towarzystwie dwóch świetnych dziewczyn. Wymarzony poród kobiety, która planuje rodzić w szpitalu.
Cztery miesiące później ktoś zaszczepił we mnie myśl – może następnym razem w domu? „Skoro rodziłaś tak szybko, to następnym razem mogłabyś nawet nie zdążyć do szpitala“. W domu? No tak, to przecież możliwe! Wcześniej nawet o tym nie myślałam...
I przyszedł czas, żeby zacząć myśleć bardziej intensywnie. Niecałe dwa lata później – dwie kreski na plastikowej płytce. Wtedy od razu wiedziałam, że będę chciała rodzić w domu. Risercz, rozmowy z położną, wielki wywiad – czy rzeczywiście będę mogła. I moje przygotowania.
Chyba najwięcej dała mi lektura Ireny Chołuj i Iny May Gaskin. Byłam tak podekscytowana tym, co czytałam, i przede wszystkim tym, co mnie czeka, że prawie codziennie śniło mi się, jak rodzę.
Mniej więcej miesiąc przed terminem umówiłam się z położnymi, że będę dawała znać OD RAZU, żeby na pewno zdążyły d...