Vivat Poród - Na dobry początek

Ania z synkiem

Mój dziewiąty miesiąc ciąży przypadł na najcieplejszy miesiąc w całym moim dotychczasowym życiu – upalny i bezdeszczowy sierpień. Wiadomo – nogi puchły, palce jak serdelki nie zginały się do końca, nawet w nocy nie było czym oddychać.
Mimo to przez całą ciążę byłam aktywna, dużo chodziłam i tak jak w dotychczasowym życiu – dzień bez wyjścia z domu powodował, że czułam się źle.
Aż do ostatnich dni przed porodem. Moje ciało odmówiło jakiejkolwiek aktywności, wyraźnie dawało mi znać, że chce jeść i leżeć.
Nie wiedziałam wtedy jeszcze, że to oznacza zbliżający się poród. Prawdę mówiąc, w pewnym momencie nawet przestałam wierzyć, że do porodu kiedykolwiek dojdzie. Zaczynałam przyzwyczajać się do myśli, że już zawsze będę w ciąży. Tym bardziej, kiedy po trzech dniach totalnej bezczynności, podczas wieczornego leniuchowania z mężem poczułam skurcze – nie wierzyłam, że TO JUŻ.
Przez ostatnie trzy miesiące zdarzało mi się miewać pojedyncze bezbolesne skurcze, które przechodziły, by wrócić za dwa, trzy dni. Tego wieczoru były także bezbolesne, ale zaczęły się powtarzać w odstępach co około 10 minut. Myślałam, że to także tylko zapowiedź czegoś, co nadejdzie w następnych dniach – bo przecież nie boli.
Mąż na wszelki wypadek zaczął dopakowywać torbę, a ja zadzwoniłam do położnej Kasi, z którą byłam umówiona. Była godzina 19:30. Dostałam polecenie wejścia do wanny i potwierdzenia za pół godziny, czy skurcze się nasilają. Jeśli tak, to o 22:30 spotkamy się w szpitalu.
Po dz...