Vivat Poród - Na dobry początek

Ania z córką

Ostatnie dni przed porodem upływają mi na nieustannym wsłuchiwaniu się w siebie i sygnały, które wysyła moje ciało. Odkąd minął termin wyznaczony przez lekarza cały czas martwię się, że wszystko skończy się w szpitalu; a tak bardzo tego nie chcę. Jeszcze zanim zaszłam w ciążę zawsze wiedziałam, że będę rodzić w domu. Wynika to głównie z moich lęków i niechęci do szpitali i wszelkich procedur, ale też ze świadomości jak bardzo różni się poród w domu od tego w szpitalu.
Tydzień po terminie powoli godzę się w środku, że jednak może będę musiała iść do szpitala. Niechętnie pakuję torbę i codziennie modlę się, żeby urodzić w domu. Położna, z którą jestem umówiona na poród w domu zdążyła już odwiedzić mnie cztery razy i stwierdziła, że jak dla niej to już powinnam urodzić. No nic … pozostaje czekać.
W sobotę 19 listopada budzę się o 6.30 i czuję silny ból z prawej strony pleców. Zmieniam pozycję na łóżku, ale nie mogę sobie znaleźć dobrego ułożenia. Wstaję więc po cichu, żeby nie obudzić męża i idę do drugiego pokoju. Po pewnym czasie ból mija i kładę się, żeby jeszcze pospać.
Jednak po pewnym czasie ból znów powraca, ale nadal czuję go tylko z jednej strony pleców. Zastanawiam się co to ma być. Może to kolka nerkowa, którą kiedyś miałam i ból był bardzo podobny.
W końcu koło 8 postanawiam zadzwonić do mojej położnej i zapytać, co o tym myśli. Położna stwierdza, że mogą to być jednak skurcze i postanawia przyjechać. Ma do mnie jakieś 40 km, więc w tym czasie budzę męża i id...