Vivat Poród - Na dobry początek

Ania i Mieszko

Kilka lat temu, kiedy nie planowałam jeszcze ani trochę powiększania rodziny, wręcz deklarowałam, że nigdy żadnych dzieci, zainteresowałam się ideą porodów domowych. W ogóle zainteresowałam się samym przebiegiem porodu tak po prostu, żeby mieć jakąkolwiek wiedzę na ten temat mimo, że mnie to miało nie dotyczyć. Tego przecież nie uczą w szkołach.
Obejrzałam parę filmów. Ze zdziwieniem odkryłam, że wcale mnie to nie obrzydza, choć jest to brudne, krwawe, bolesne widowisko, natomiast niezwykle... rozczula.
Kiedy wreszcie dojrzałam do macierzyństwa i któregoś dnia ze zdumieniem stwierdziłam, że jestem w ciąży, wiedziałam, że spróbuję urodzić w domu. W czwartym miesiącu ciąży zaczęłam szukać położnej, która mogłaby się nami zaopiekować pod koniec maja.
Na moje zapytania mailowe odpowiedziała jedna osoba. Stwierdziłam, że widać tak ma być, że właśnie ona, skoro nikt inny nie ma czasu w tym terminie. Dodatkowo okazało się, że mieszka raptem 3 km od nas, więc fajnie, blisko. W trakcie ciąży spotkałyśmy się dwa razy. Pierwszy raz na wizycie, gdzie poznawałyśmy się, omawiałyśmy moje wątpliwości i tysiąc kwestii medycznych, gdzie zostałam zbadana i dowiedziałam się wielu kluczowych rzeczy, których żaden lekarz nie raczył mi powiedzieć. Drugi raz w końcówce ciąży, u nas w domu, żeby obejrzeć "plac boju" i podpisać umowę.
Ciąża przebiegała u mnie książkowo, lekarze nie mieli za wiele do roboty, zlecali kolejne badania, wszystko w normie. Tylko na miesiąc przed porodem zostałam nieco wystraszona przez moją lekar...