Vivat Poród - Na dobry początek

Ania i Joachim

... /> mnie nie zdążyć. Ale to, że WIEM, nie znaczy, że w porodzie faktycznie będę w stanie tę wiedzę zastosować w praktyce.
Ale wiem też, że położna M. wcale się do mnie nie wprowadzi. I że wcale tego nie chcę. Nie wiem już w sumie, czego chcę. Bardzo chcę już urodzić, całą sobą jestem już na planecie poród. A jeszcze droga M. nie ułatwia mi życia, informując mnie po badaniu, że mam 4 cm. Czyli mogę urodzić dziś popołudniu. Albo za dwa tygodnie. Bo przecież dwa tygodnie temu na wizycie kontrolnej miałam 3 cm, więc, hahaha, nic nie wiadomo.
Wracam do domu w akompaniamencie skurczy przepowiadających, ale to żadna nowość – towarzyszą mi od tygodnia – w końcu coś musiało tę szyjkę otworzyć.
Wieczorem te przepowiadające już nie dają mi spokoju, i tak bardzo chciałabym urodzić, że ściągam M. do domu, w nadziei, że w jej obecności wszystko się rozkręci. Bo dzieci śpią, ojeciec dzieciom wymył wannę i w ogóle jest bardzo uważny na wszystkie moje prośby, potrzeby. Tak uważny, że po jego zachowaniu poznaję, że poród się zbliża.
I jesteśmy – kwartet porodowy: ja dziecko, mąż i położna M. Piękna noc. Pijemy kawę i jemy czekoladę ( mąż i M., mnie jednak mdli), wymądrzamy się, bo tak się dobraliśmy, że wiemy wszystko najlepiej (mąż, M. i ja), troszeczkę rodzimy (ja dziecko, które ciągle jeszcze nie chce się wstawić!). I tak przez pół nocy. W końcu wszyscy wykończeni idziemy spać. Budzę się o 7-ej rano. Jakiś skurczyk, znowu przepowiadający, mnie budzi. Jest 6 cm. Ale...