Vivat Poród - Na dobry początek
Alicja i Piotruś

Alicja i Piotruś

Umawialiśmy się z położną na kilka dat porodu Piotrusia, ale - jak to zwykle bywa - synek wybrał sobie własną, która wszystkim biorącym udział w tym wydarzeniu idealnie pasowała. Była sobota 27 grudnia, po świętach (jakże spokojnych w tym roku, jedynie w gronie męża i starszego synka), nasza położna nie miała dyżuru. Jednocześnie, był to jeszcze grudzień, a chcieliśmy mieć dziecko raczej grudniowe niż styczniowe, a z terminem porodu na Sylwestra mogło być różnie.
Nie ucieknę od porównań porodu Piotrusia z porodem pierwszego synka, 2,5 roku temu, który z pięknego porodu domowego stał się porodem szpitalnym zabiegowym, długi czas od odejścia wód, lekka stymulacja oksytocyną, spadające tętno malucha i skończyło się wielkim żalem do Matki Natury i poczuciem niesprawiedliwości, chociaż absolutnie nie miałam traumy i wiem, że po prostu czasami tak bywa.
W drugi dzień świąt poszliśmy na spacer, w drodze powrotnej zabrałam piłkę porodową z miejsca, w którym pracujemy z koleżankami (jestem doulą i prowadzę warsztaty dla kobiet w ciąży).
Tego wieczoru napisałam też moim wspólniczkom, że może ta piłka jest brakującym ogniwem, by skłonić Piotrusia do wyjścia. Na wszelki wypadek umyłam też podłogi.
O 2.30 w nocy przyszedł do naszej sypialni Kubuś (starszy syn) i gdy próbowałam zasnąć na nowo, okazało się, że mam lekkie skurcze, maksymalnie półminutowe, ale za to regularne, oceniałam odstępy na ok. 5 minut.
Leżałam jeszcze dłuższą chwilę, pamiętając słowa mojego Michała (męża) wypowiadane przed snem do b...