Vivat Poród - Na dobry początek
Aleksandra i Apolonia

Aleksandra i Apolonia

...ałyśmy, to słyszałam: zadzwoń za 1,5 h albo jak wydarzy się coś bardziej spektakularnego. To dzwoniłam...co 1,5 h.
Aż tu nagle...
Mąż przytaszczył wannę (czytaj napompował basen) do salonu. I zaczęło się rodzenie. Najpierw powoli, jak żółw ociężale...
W okolicach 17 było już nieco ciekawiej - skurcze silniejsze i nawet co drugi bolesny! Łał! Maria dalej kazała czekać na ciekawszy moment tej akcji.
No i ok. 20... Nagle gwizd! Nagle świst! Para buch! Pola w ruch!
Akcja ruszyła z kopyta, zastanawiałam się co tak szybko...
Pół godziny później Maria była już w drodze do mnie. Polcia natomiast była bezlitosna, skurcze co 4 minuty i każdy coraz silniejszy. Nie wyglądało jakby chciała zaczekać na cioćkę!
Ok 22 to już nie były żarty, malutka pchała się mocno ciekawa tego świata.
Czułam, że to będzie poród tylko mój... I tak się działo, Apolonia rodziła się w pęcherzu, nie potrzebowała niczyjej pomocy. Trochę się wystraszyłam czując główkę tuż tuż, ale przecież nie wepchnę z powrotem!
Kiedy nasza położna pojawiła się w drzwiach, trzymałam Poleczkę w rękach.
Mały ufoludek w rajstopie. Tak wyglądała.
Niesamowite - zobaczyć jak wygląda mały człowieczek w łonie...
Cała ta akcja trwała kilka minut i już mogliśmy Skarba tulić!
Spodziewałam się standardowego finału tej przygody: ja z Polką odpoczywamy, Mateo podgrzewa rosołek (napój bogów, z każdym porodem lepszy!), Maria uzupełnia papiry...
A tu nie! Przygodo witaj! Otóż dobrze by było urodzić łożys...