Vivat Poród - Na dobry początek

Agnieszka i Felek

...ozwalała mi znieść skurcze.
Po jakimś czasie dziewczyny zaprowadziły mnie na przygotowaną matę. Oparłam się o piłkę i parłam. Pomiędzy skurczami zasypiałam. Ściskałam Kubę za ręce, krzyczałam z całej siły.
Wydaje mi się, że ten etap trwał chwilę, ale ponoć minęła godzina. Pierścień ognia, kiedy wychodziła główka paradoksalnie wspominam bardzo dobrze. Czerpię z niego olbrzymie poczucie siły.
Pytałam Gosię ile jeszcze tych skurczy, a ona odpowiadała, że jeszcze jeden, góra dwa. Nie powiem, pomagało.
Nagle, nie wiem kiedy i jak, poczułam wyślizgiwanie się ciałka, co romantycznie porównuję do zwojów białej kiełbasy.
Gosia podała mi synka i mam nadzieję, że tę chwilę zapamiętam do końca życia. Spojrzał na mnie i zaczął płakać. Był cudny. Bez krwi, mazi, różowiutki jak na filmach. W momencie brania Felka na ręce uklękłam i wtedy plumknęło łożysko. Uczucie dziwne, ale nie nieprzyjemne.
Po chwili Kuba wziął małego na ręce, sama przecięłam pępowinę i zaczęło się szycie. Gosia założyła chyba trzy szwy, ale to był najbardziej bolesny moment całego porodu. Okropieństwo.
Dalszego ciągu nie pamiętam. Ponoć drzemałam z synem w ramionach, on smacznie zajadał, a Kuba tulił się z nami. Zmęczenie wzięło górę.
Od porodu minęło prawie trzy miesiące, a ja tęsknię za tym uczuciem. Chciałabym znowu urodzić. Poczuć tę siłę, zmęczenie i skrystalizowane szczęście na samym końcu. A teraz idę potulić mojego idealnego synka.