Vivat Poród - Na dobry początek

Agnieszka i Felek

...ściej, a raz rzadziej. Zjedliśmy gołąbki na wzmocnienie, a Kuba poszedł zagniatać ciasto na chałkę. Atmosfera była jak na spotkaniu ze znajomymi - ploteczki, herbatka i suszone jabłka.
Ale gdzie ten poród?
Gdzie te bóle, krzyki, chlustające wody?
Taki stan utrzymał się gdzieś do pierwszej w nocy, a więc prawie dobę od pierwszych skurczy. W międzyczasie dojechała druga położna, Ewa.
Dziewczyny poradziły nam się poprzytulać albo przespać, a same drzemały na kanapie. Mój mąż był już dosyć zdenerwowany brakiem postępu i powiedział, że jego zdaniem, jeśli nic nie ruszy do trzeciej, powinniśmy jechać do szpitala. Wiedziałam, że to fatalny pomysł. Nie odeszły mi wody, więc nic nas nie goniło, mogłabym sobie rodzić jeszcze tydzień i czułam się z tym dobrze. Gosia zadzwoniła do naszego ginekologa, żeby uspokoił Kubę.
Ustaliliśmy, że nic złego się nie dzieje i zostajemy w domu. Namówiłam męża, żeby się zdrzemnął i wtedy skurcze ruszyły.
Były krzyżowe, dosyć bolesne, ale do wytrzymania. Spędzałam je na stojąco, oparta o parapet albo stół. Pojękiwałam sobie i jakoś szło. Kilka razy przyszła mi do głowy myśl, że może lepiej byłoby mi ze znieczuleniem, ale na szczęście pomiędzy skurczami zapominałam o sile bólu i nie bałam się kolejnego.
Kilka skurczy złapało mnie na leżąco. To dopiero był ból! Nie mam pojęcia jak kobiety dadzą radę urodzić na leżąco.
Około szóstej rano, we środę, zaczęły się parte. Spędziłam je w toalecie, każdy podrywał mnie na nogi. Tylko pozycja stojąca p...