Vivat Poród - Na dobry początek

Agnieszka i Felek

Na poród czekałam i czekałam. Od początku nastawiałam się na rozwiązanie po terminie, bo tak wynikało z długości cyklu, którego nie uwzględniła ginekolożka. Nie denerwowałam się zbytnio, ale we środę na wizycie zbadała mnie i powiedziała, że szyjka zgładzona.
Zadowolona zadzwoniłam do Gosi, naszej cudownej położnej i poprosiłam o ocenę. Czułam jakieś delikatne skurcze i naiwnie myślałam, że to już. Oczywiście okazało się, że o żadnym zgładzeniu nie ma mowy i tak czekaliśmy kolejne dni, urozmaicane codziennym ktg u bombowego ginekologa, okazjonalnymi koktajlami położnych, wieczornymi przepowiadaczami i nerwowymi telefonami do Gosi.
W końcu nadeszła poniedziałkowa noc, dwa tygodnie po terminie. Około 2 obudziły mnie skurcze i nie pozwoliły zasnąć. Byłam zachwycona. Poskakałam na piłce, wzięłam kąpiel, a skurcze nie przeszły, więc dałam znać Gosi, że chyba będzie się działo. Wpadła do nas po dyżurze, o 7 rano, zbadała i rzekła: 3 cm. To TO. Ustaliliśmy, że wróci do domu się przespać, a my będziemy dawać znać.
Skurcze były słabe i stosunkowo nieregularne. Ich częstość to spadała, to rosła. Trochę mnie to drażniło. Czytałam książkę, bawiłam się z kotami, dzień jak co dzień.
Około 17 wróciła Gosia, poszliśmy we trójkę na spacer. W skurczu przystawałam i przytulałam się do Kuby, mojego męża.
W ciąży przeczytałam wszystkie historie porodowe i w cichości ducha uważałam, że spacerowanie w trakcie porodu to szaleństwo. Zmieniłam zdanie.
Wróciliśmy do domu, skurcze nadal raz były czę...