Magda i Tymon

Magda i Tymon

 Wielkim przełomem był moment, kiedy „zwisałam” na linie i widziałam siebie jako Afrykańską kobietę, rodzącą pod drzewem, silną, nagą, samą. To była mega wizualizacja, jak jakaś wizja na haju – dlatego twierdzę, że urodziłam głównie głową.

Kiedyś myślałam, że poród to coś absolutnie okropnego, wielki ból i wielka niesprawiedliwość kobiecego losu. Dziś wiem, że to przeżycie bardzo umacniające i dodające mnóstwo siły, pewności siebie, poczucia harmonii – jeśli odpowiednio się go doświadczy…

Urodziłam dwóch synów naturalnie, choć w pełni naturalnie dopiero po raz drugi. Ten drugi poród nie byłby jednak taki, jaki był, gdyby nie to pierwsze doświadczenie i miks emocji z nim związany – z jednej strony swego rodzaju euforia poporodowa, ale szybko przygaszona przez totalny dół obcowania z noworodkiem i niemożność wykarmienia go, i też poczucie, że miało być tak pięknie, a było całkiem ok i to tylko dzięki interwencji męża.

Drugiego synka urodzić postanowiłam w Sokółce. Słyszałam wiele miłych opowieści i chciałam bardzo urodzić w wodzie. Priorytetem było również karmienie piersią, co niestety nie powiodło się ze starszym synkiem. Poród zaczął się podobnie jak za pierwszym razem – małe skurcze, nie byłam do końca pewna czy to na pewno już TO, były dość regularne, ale nie intensywne. Pamiętam, że trwał niedzielny wieczór, byli u nas rodzice i jedliśmy szarlotkę. Skurcze się nasilały, na wszelki wypadek spakowałam więc torbę ze szpitalnymi rzeczami i postanowiliśmy udać się do znajomej położnej, aby mnie zbadała i osądziła, czy warto już wyruszać do Sokółki. Okazało się, że warto, trzeba nawet, bo 3 cm… No to pojechaliśmy. Nie spieszyliśmy się za bardzo, było bardzo ciemno, w radiu jakaś psychodeliczna muza – pamiętam jak jechałam na tylnym siedzeniu, miałam zamknięte oczy i próbowałam zwizualizować sobie piękny poród w wodzie. Było dość mistycznie. W szpitalu pustki, weszliśmy jakimś bocznym wejściem, w powietrzu unosiła się taka senna atmosfera, miałam wrażenie, że nikogo tam nie ma oprócz nas. Zaprowadzono nas do pokoiku, gdzie poznaliśmy położną, z którą będziemy rodzić. Miła pani, skojarzyła mi się z Ireną Chołuj, emanująca spokojem – było dobrze. Z uwagą prześledziła z nami nasz plan porodu – tym razem spisałam wszystko i wyjaśniłam jak bardzo zależy mi na w pełni naturalnym porodzie – bez jakichkolwiek ingerencji, bez pospieszania. Położna powiedziała, że tak będzie skoro tego chcemy i uwierzyłam jej. To była wielka ulga. Zostawiła nas samych, przychodziła co jakiś czas spytać czy chciałabym zostać już zbadana, czy czuję zmianę. Długo nie czułam, postanowiłam więc brać się do pracy – i Piotrka włączyłam w to też, więc aktywności przeróżne były: wanna, masaże, piłka, spacery, w przerwach Piotrka czytanie na głos Ireny Chołuj, lina… Mijały te godziny i mijały, i bardzo mało się działo w kwestii postępu rozwarcia. Trochę się już zaczęłam obawiać i kiedy położna delikatnie zasugerowała mi, że jeśli nic się nie zmieni w przeciągu kolejnych 2 godzin to może pomyślimy o oksytocynie postanowiłam: ok, moja ostatnia szansa. Aby doprowadzić ten poród do takiego końca, jak chcę. To postanowienie dodało mi energii i zaczęłam bardzo się skupiać, uruchomiłam wyobraźnię, koncentrowałam się na każdej zalewającej mnie fali skurczów – pamiętam jak powtarzałam: ok, niech to trwa, przyjmij to, nie walcz z tym, niech to będzie, ok – już odeszło, na chwilę. To było takie MOJE. Piotrek był obok, ale tym razem czułam, że tylko ja sama mogę sprawić, aby ten poród był dobry, aby nikt mi tu nie wlazł i tego nie popsuł. Wlazłam ponownie do ciepłej wanny, bolało już bardzo, bardzo, i znowu ten ból mieszał mi się z jakimś łaskotaniem, chciało mi się śmiać. Czułam, że coś się zmienia. Kiedy te „fale” obezwładniły mój umysł wiedziałam, że na pewno się otwieram i że będzie dobrze. Wielkim przełomem był moment, kiedy „zwisałam” na linie i widziałam siebie jako Afrykańską kobietę, rodzącą pod drzewem, silną, nagą, samą. To była mega wizualizacja, jak jakaś wizja na haju – dlatego twierdzę, że urodziłam głównie głową. ☺ Po sesji z liną było już ostro i ledwo dolazłam do pokoju naprzeciwko, gdzie była wanna i gdzie koniecznie chciałam wypuścić ze mnie Tymona. 8 cm i wanna napełnia się wodą. Wszędzie cicho, przygaszone światło, tylko ja, Piotrek, nasza położna i jakaś druga – obie ciche, jakby obok, pełen szacunek, sytuacja idealna. Byłam już w wannie, kiedy nagle do sali wtoczyła się dziewczyna krzycząc, że rodzi i że to już-już, zostałyśmy oddzielone kotarką i położne zajęły się nią. To wprowadziło trochę zamętu, dziewczyna strasznie krzyczała, a ja czułam już Tymona napierającego i kazałam Piotrkowi coś zrobić, kazać się jej zamknąć, zawołać tu kogoś, do mnie. ☺ Tamta akcja trwała dosłownie kilka minut i nasza położna przybiegła do mnie… Ból był przeogromny i w końcowej zupełnie fazie nie mogłam się powstrzymać i zaczęłam pokrzykiwać. Piotrek zrobił coś fajnego i wyszeptał mi: krzycz jak masz chęć. Wrzeszcz. No to zaczęłam… Ulga to była cudowna, swoboda, zero zahamowań, czułam, że to już bardzo blisko, i do końca chciałam to zrobić sama, nie mogłam znieść dotyku Piotrka, nie chciałam, żeby mnie masował, a w jakimś końcowym akcie złapałam położną i ścisnęłam mocno bardzo (to ciekawy symbol – kobieca solidarność, chciałam kobiecego dotyku). Tymon wyszedł, od razu go przytuliłam – był taki cieplutki, śliski, cudowny. I na tym etapie też pozwoliłam sobie na totalną swobodę i upust emocji – zalałam się łzami, i Piotrek chyba trochę też. ☺ Za chwilę urodziło się łożysko, byliśmy wciąż w wannie, czułam się cudownie i chciałam po prostu wstać i pójść sobie już do domu… Krocze nie ucierpiało nic a nic, nie nacięto, nie pękło. Później, już w sali poporodowej, Tymi leżał przy mnie jeszcze długo, karmiłam go piersią i przeszczęśliwa byłam. Udało się. Niesamowite to było doświadczenie. Dużo mocniejsze niż pierwszy poród – intensywniejszy ból, ale doznanie bardziej świadome, intymne, takie moje własne. 

„Drugi poród – w pełni naturalny – świadomy, intymny, taki MÓJ WŁASNY. Nie byłby taki, gdyby nie to pierwsze doświadczenie i miks emocji z nim związany.” 

Filipowa ciąża, z małym wyjątkiem na samym początku, to był czas mojej wielkiej aktywności, przypływu energii, intensywnej pracy – czułam się wspaniale, lubiłam jak wyglądam, jak się zmieniam, wreszcie poczułam się kobietą. Nie dziewczynką. Podobałam się sobie i mojemu mężowi też. ☺ O porodzie na początku starałam się w ogóle nie myśleć, myślę, że trochę się bałam. Nigdy nie słyszałam pozytywnej historii związanej z czyimś porodem, w mojej rodzinie kobiety miały najczęściej cesarskie cięcie (mama, ciocie, kuzynki), a te które rodziły naturalnie raczej nie doświadczyły niczego wyjątkowego: „szybko się zapomina, jak zobaczysz dziecko przejdzie Ci cały ból, no cóż…taki nasz los, kobiety muszą cierpieć” – tego rodzaju informacje przeważały i takie miałam mocno zakodowane w głowie. Zmiana zachodziła stopniowo, zaczęłam poszukiwać, czytać, pierwszym impulsem był film „Porodowy biznes”. Pierwszy raz zobaczyłam i usłyszałam, że poród to może być coś pięknego, że nam to odebrano i wmawia się, że to jakiś niebezpieczny, niemal chorobowy, stan i taki ryzykowny. Zaciekawił mnie temat porodów domowych, później była lektura Ireny Chołuj „Urodzić razem i naturalnie” i potem już wiedziałam jak chcę rodzić i poczułam wielką równowagę i spokój. Było nie do końca tak jak być miało. Przede wszystkim zupełnie nietrafiony wybór miejsca. Przyjechaliśmy do Białegostoku kilka tygodni przed porodem (mieszkaliśmy wcześniej w innym mieście) i zbyt mało miałam informacji o tym jak się rodzi w poszczególnych szpitalach. Sądziłam, że wybierając prywatną klinikę będę traktowana z szacunkiem i będę mogła decydować o tym jak chcę rodzić. Już w trakcie wizyt tuż przed porodem opowiadając lekarzowi o moich porodowych potrzebach słyszałam teksty w stylu: „ale jak to, bez znieczulenia? Przecież mamy najlepsze w regionie… Na kole porodowym? A proszę bardzo, ale zazwyczaj nikt się nie decyduje, bo to niewygodnie…” Teraz wiem, co miał na myśli – niewygodnie dla niego, lekarza. W ogóle niewygodnie kiedy „pacjentka” rodzi naturalnie, nie wiadomo co tu robić, jakieś powikłanie by się przydało, cięcie najlepiej i z głowy. 
Kiedy więc poczułam pierwsze skurcze – w pewną upalną lipcową noc postanowiłam jak najdłużej zostać w domu, aby przypadkiem lekarzowi nie przyszło do głowy wtrącić się w mój poród. Skurcze miałam ponad dobę, dość silne, pamiętam, że poszliśmy z Piotrkiem – moim mężem – na długi spacer o 5 rano i wiedziałam, że Filip chce już wyjść. Musiałam stawać co chwilę i kołysać biodrami, nie mogłam spokojnie iść. Dużo czasu miałam, aby się z tymi skurczami zaprzyjaźnić, popróbować co sprawia, że łatwiej mi je znieść – kołysanie biodrami było super. ☺ Do kliniki trafiliśmy wieczorem, lekarz ogłosił 3 cm rozwarcia i „że chyba mamy dziś randkę” = dziś rodzimy, „ale pani Magdo, do 23 to już pani ma urodzić, bo piątek i do domu chcę iść”. To taki żart, popularny TAM, ale w moim odczuciu w ogóle nie śmieszny i mało subtelny. Na dzień dobry dostałam informację: zróbmy to jak najszybciej. Nikt z nami nie rozmawiał, nie przedstawił się. Położne gawędziły między sobą, usadziły mnie na łożu, podłączyły oksytocynę i kątem oka zauważyłam, że szykują strzykawę. Ze znieczuleniem. Byłam przerażona, runęło wszystko, nikt mnie nawet o nic nie spytał, nie mogłam w to uwierzy, w ogóle nie rozumiałam co się dzieje i gdyby nie wkroczył do akcji Piotrek chyba bym się poddała totalnie… Zaczął z nimi rozmawiać, wyjaśniać, że my nie chcemy znieczulenia, że chcemy aktywnie i że czujemy się do porodu przygotowani. Zmiana była totalna, położna nagle się nami zainteresowała, zaczęłyśmy rozmawiać, zlazłam z łóżka, mogłam chodzić, było lepiej. Myślę, że obie strony były ofiarami: my rutynowego podejścia i traktowania jak większość, która wybierając prywatną klinikę liczy na szybko, ładnie i przyjemnie/położne – bycia poniekąd zmuszonymi do takiego traktowania rodzących. Później okazało się, że nasza położna to przecudowna osoba, wielka propagatorka naturalnych porodów, pracująca również w innym szpitalu, gdzie walczy o to, aby kobiety mogły rodzić w wertykalnych pozycjach i jest przeciwna nacinaniu krocza. Zaiskrzyło między nami i odzyskałam nadzieję na to, że to będzie być może jednak dobry poród. Bolało, skurcze atakowały mnie z wielką siłą- nie byłam gotowa na taką zmianę, a po oksytocynie po prostu spłynęły na mnie z podwójną siłą. Za plecami słyszałam dyskusję z lekarzem, który pytał zdziwiony: „to dziewczyna jeszcze nie znieczulona??” i później zapowiedź, że anestezjolog tylko do 22 i ostatnia szansa. Był moment krytyczny, kiedy już nie mogłam stać, trzęsły mi się nogi, chyba też płakałam i Piotrkowi trudno było na to patrzeć, powiedział: „może jednak weźmiemy znieczulenie”? Zapytał mnie tylko raz, ale za chwilę postanowiliśmy, że jednak nie. Byłam pod prysznicem, pamiętam wielką ulgę i moje okrzyki, że jest cudownie i zostaję tu i chcę tu urodzić. ☺ W fazie ostatecznej byłam na łóżku, mocno ściskając Piotrka – w ogóle to był taki poród, kiedy bardzo go potrzebowałam i czułam, że bez niego nie dam rady (to ciekawe, bo przy drugim było zupełnie odwrotnie!). 
Byłam totalnie w innym świecie, pamiętam mgłę na oczach i bycie na totalnym haju, wygadywałam głupoty, położne się śmiały i ja często też. To było takie dziwne przeżycie…wielki ból, ale i coś miłego obok, ale jednak było to obezwładniające i byłam gdzieś daleko. Zdążyliśmy rzeczywiście przed 23, choć pan lekarz bywał zniecierpliwiony i chciał wkroczyć kiedy nie szło mi za bardzo z parciem… Nie obeszło się też bez cięcia, choć wtedy już i tak nie bardzo kontaktowałam i chciałam już tylko szybko urodzić. Filipa dostałam tylko na chwilkę – pamiętam, że był bardzo śliski, skojarzył mi się z płatem ryby. Nie było nawet czasu się wzruszyć, za chwilę mi go zabrano – ważenie, mycie, itd… Dostałam go znowu już owiniętego – mimo to była to ekstaza totalna, tak dziwnie było go trzymać w ramionach, czułam te same ruchy, które jeszcze do niedawna odczuwałam w brzuchu tak inaczej, na zewnątrz. Do piersi przystawiłam go sama, niemal po kryjomu, bo panie położne stwierdziły, że przecież głodny nie jest, że musi odpocząć… Z tego samego powodu zabierali dzieci na noc – aby mama mogła odpocząć. A ja spać i tak nie mogłam, tyle emocji… Mimo wszystko pamiętam uczucie wielkiej ulgi, dumy, radości… Choć żałuję też, że nie zawalczyłam bardziej. I że w ogóle walczyć trzeba było o naturalny poród…
Gosia i Bianka

Gosia i Bianka

Mama, wykształcona położna-nauczycielka pyta: – Sprawdzić Ci rozwarcie? I tu konsternacja – Czy dać własnej matce zaglądać sobie w cipkę (waginę, pochwę, miejsce intymne, jak kto woli)?

Poród po raz drugi (z przebłyskami z pierwszego)

Czy idealny? Może nie na 100, ale na 75 procent. Albo nawet 85.

Następny (którego nie będzie) odbędzie się w domu, w wannie i dostanie notę 120. Pierwszy, dużo mniej świadomy – z mojej strony i niestety ze strony szpitalnego personelu. Jednak oba momenty wyodrębnienia ciałka z ciała zostaną na zawsze w moich wspomnieniach jako najbardziej delikatne i kruche w swej istocie emocje przeżywane przez człowieka, przeze mnie. Chwile, które rozciągały się w poprzek czasu i puchły ogromem szczęścia. Słowo „szczęście” jest za małe. Nie ma innego słowa. Jest tylko dziejący się cud…

Ale od początku. Wszystko zaczęło się od płaczu (mojego), kiedy dowiedziałam się, że jestem w ciąży. CO? JA? ZNOWU? To przecież niemożliwe! To był 26 dzień cyklu! Pierwszego cyklu od (9+7…) 16 miesięcy! A jednak. Małżonek dowiedział się przez telefon. Ja płakałam, on skakał z radości.

Potem ciąża. Klasycznie 266 dni. Dokładnie.

Trzy terminy porodu od 8.07 (z miesiączki) do 29.07 (z 1-go USG). Mój osobisty wyliczony termin wskazywał na 19.07. I co? Zaskoczenia nie było. Upalnej nocy z 18 na 19 lipca zaczęły się skurcze. A dokładnie tak od 5, 6 rano. (Informacja: Skurcze były w Białymstoku, mąż w Warszawie, a poród miał być w Sokółce.) Skurcze „przechodziłam” w domu rodzinnym, stały się tego dnia przerywnikiem zwykłych codziennych zajęć. Wyobraźcie sobie: cudny lipcowy gorący dzień, książka w ręku, taras, wygodne krzesło z poduszką pod plecy, woda ze słomką na stoliku i dwie babcie skaczące nad starszym 16-miesięczniakiem, przyjemny chłód w domu i postawione pod nos jedzenie (nie pamiętam kompletnie co. Przed pierwszym porodem mój ostatni posiłek to własnej roboty krem z brokuł <brokułów?>, wtedy jeszcze na kostce.)

Skurcze raz słabsze raz mocniejsze, w którymś momencie zaczęłam zapisywać. (Notatki gdzieś są.) Co pół godziny. Około godziny 17 zrezygnowałam z wątpliwości, że to może przepowiadające i wykonałam telefon do małżonka: „Po pracy od razu przyjeżdżaj. Zaczyna się.” – informacja brzmiała jak w filmie. Kończył o 18. Przed 19 dzwonię do niego i pytam gdzie jest, a on, że w sklepie. Już przy kasie. – Co?! Ja rodzę, a Ty w sklepie przy kasie?! – No tak kochanie, przecież chciałaś dwie butelki wody (czyta listę napisaną własnoręcznie przeze mnie) i… – Wychodź z tego sklepu i przyjeżdżaj natychmiast! Ja mam skurcze co 10 min, a przed Tobą 180 km drogi! Nie rodzę bez Ciebie! – Nie pamiętam, czy kupił tę wodę. Chyba tak. Chyba się tłumaczył, że stojąc przy kasie nie warto było już wychodzić.

Ja w międzyczasie postanowiłam wskoczyć do wanny i sprawdzić czy się uspokoją. Siedziałam tam tyle, ile przewidywała jakaś mądra rada (czyli nie dłużej niż 45 min). W tym czasie wyśpiewałam pełnym głosem wszystkie znane piosenki harcerskie, przyśpiewki i rockowe polskie (no, może nie wszystkie, ale te najgłośniejsze, łącznie z „Wiła wianki” i „Orła cień”). W jakimś momencie z daleka usłyszałam krzyk babci: I jak z nią?, Tato który się krzątał w pobliżu łazienki odkrzyknął: Ciągle śpiewa!

Uspokojone nieco skurcze w wodzie, po wyjściu nasiliły się!

20:45, skurcze stanowczo co 5 min. Mama, wykształcona położna-nauczycielka pyta: – Sprawdzić Ci rozwarcie? I tu konsternacja – Czy dać własnej matce zaglądać sobie w cipkę (waginę, pochwę, miejsce intymne, jak kto woli)? Co prawda zaglądała tam najpierwsza z całego świata (cały świat nie zdążył tam jeszcze zajrzeć do tej pory, na szczęście), a dodatkowo to w końcu całkiem wyjątkowa sytuacja. Z jej profesji. Popatrzy na mnie jak na każdą inną pacjentkę, a nie jak na… sama nie wiem. Kurczę, co robić? W końcu argumenty medyczno-pragmatyczne (cokolwiek to znaczy) zwyciężyły. No dobra, raz kozie śmierć. – Luźna czwórka – okazuje się. – Jeśli chcesz, to cię zawiozę do szpitala, teraz. – Nie. Powiedziałam, że bez męża nie rodzę, dalej nie pójdzie. Nie pozwolę. Nie ma opcji! (Później się dowiedziałam, że mama gotowa była w tamtej chwili wieźć mnie do jakiegokolwiek najbliższego szpitala w Białymstoku.)

21:00 mąż podjechał pod dom (niezły wynik, jak na odwiedziny w sklepie po drodze) i zaczął w najlepsze konwersację z moją mamą na frapujący temat: „A jak podróż?” – A kogo to k… obchodzi! – Kochanie, chwytaj za (auuuu, kilka oddechów, coraz dłuższe) torby i śmigamy.

Ciemno już było (a przynajmniej tak to widzę teraz), a jeszcze godzina drogi do Sokółki. Skurcze na tylnym siedzeniu samochodu nie były w sumie takie złe. Pamiętam, że dochodziły do mnie fragmenty zdań wypowiadanych przez małżonka, te spomiędzy skurczy, reszta nie. Najbardziej utkwiła mi przytulna ciemność wokół. 

22:00 Wchodzimy na izbę przyjęć w szpitalu w Sokółce (włażąc pod górkę, z przerwą na skurczyk) i tu konsternacja – po ciemku niemal wdepnęliśmy w wielką drewnianą balię, w której rozrabiano beton. W oddali podjazdu dostrzegliśmy zarys betoniarki. Przytomnie wbiłam wcześniej do telefonu nr szpitala, pod którym właśnie staliśmy. Pani położna z porodówki (gdzie nie było na szczęście obłożenia) pokierowała nas do bocznych drzwi. Poszliśmy. Nie do tych co trzeba. Tam też remont. Pomiędzy skurczami bolał mnie brzuch… ze śmiechu. Położna zadeklarowała, że po nas wyjdzie. Mąż zaproponował, że poleci, sprawdzi i wróci po mnie. Kazałam mu nigdzie się nie ruszać beze (auuuu….) mnie.

Jest! W oddali dostrzegliśmy postać wyglądającą z jakichś oddalonych o kilkadziesiąt metrów drzwi. Na izbie przyjęć pokłóciłam się z pielęgniarką, która na siłę chciała mnie wcisnąć do wózka. Przecież sama dam radę! Wsiadłam dla świętego (auuuu….) spokoju. Tylko windą na górę i tam każą wstawać. A co się ciężarna będzie rozsiadać, tu chodzić i rodzić trzeba.

W pokoju do porodów rodzinnych byłam sama przez cały jeden skurcz (można było w nim skorzystać z piłki, drabinki, liny, kanapy, wanny – co wiem z oględzin, na których byliśmy kilka tygodni wcześniej). Małżonek w tym czasie poszedł po torbę, której zapomnieliśmy wziąć z samochodu. Po tym skurczu położna wzięła mnie na kozetkę w sali porodowej w celu zbadania rozwarcia. 8 cm. Miałam wrócić na salę z „gadżetami porodowymi”, by resztę spędzić wśród tak przydatnych przyrządów, z których wcale nie zawsze i nie wszędzie można skorzystać, więc warto! A tu zonk. Tylko wstałam auuuu… kolejny skurcz i chlupnęło coś na ziemię (mały quiz – co przed porodem chlupie na ziemię? a) czop porodowy <co za subtelna nazwa. Czy ktoś, kto nie rodził ma pojęcie, że istnieje czop porodowy?>, b) wody płodowe, c) dziecko. Brawo! Prawidłowa odpowiedź, przynajmniej w tym przypadku to b!). (Tym razem nikt nie przebił pęcherza płodowego ostrą dzidą bez poinformowania mnie o tym). Jeszcze raz na kozetkę. Ciągle ósemka, ale już tak luźna, że nie ma na co czekać.

Przez cały ten czas usiłowałam wcisnąć położnej kartkę z moimi prośbami okołoporodowymi (bo nie planem porodu, bynajmniej trudno jest mi ten spis nazwać planem). Ale biedna kobieta miała ciągle coś do roboty. W końcu wydukałam wszystkie punkty, a przede wszystkim ten, że ja chcę rodzić w wodzie! – Zaczniemy więc nalewać wody, ale tak na wszelki wypadek, to proszę tu sobie wejść na ten fotelik porodowy – powiedziała. W sali za ścianą słyszałam (dopóki cokolwiek słyszałam) szum nalewanej wody. Otóż nie zdążyła napłynąć w wystarczającej ilości, gdyż wydarzenia potoczyły się zbyt (o chwała!) szybko. W którymś momencie naprawdę poczułam skurcze parte (tym razem nikt mi nie musiał mówić, że to już teraz należy). I parłam. Poprosiłam, żeby bez nacinania. I nie nacięli. Pękło po starym szwie, ale podobno by nie pękło, gdyby nie ten szew (gdyby nie pierwsze nacięcie). Nikt mi nie chciał na siłę robić lewatywy. Wszyscy byli mili i informowali na bieżąco co się dzieje i co mi podają (tylko raz nie powiedziano, jak miałam urodzić łożysko, dostałam zastrzyk, domyślam się, że oksytocynę. Ale to już bez dziecięcia we mnie, więc się nie czepiałam).

Maleńka wybulboniła się ze mnie i od razu położono mi ją na brzuchu, nieopodal piersi (tak się składa, że mam brzuch nieopodal piersi). Zanotowano godzinę 23:45. Leżałyśmy tam takie golusieńkie. Ja płakałam wydobywając z siebie okrzyki radości: „nowy człowiek! mój nowy człowiek! cudo, cudeńko!” Położna ze starego przyzwyczajenia krzyknęła: „dziewczynka!” i dodała „ale już pewnie wiecie”. Najpiękniejsze chwile świata. Mój nowy człowiek leżał z tętniącą pępowiną przez dłuższy czas na moim brzuchu. Tatuś stał przy nas i patrzył na ten cud stworzenia. (Ręka przez jakiś czas bolała go jeszcze od moich „czułych” uścisków w trakcie parcia). Gdy przestała tętnić odciął pępowinę. Panie pomagały, przytrzymywały, okrywały. Maleńka leżała na mnie, kiedy lekarz szył krocze. Spełniono moje prośby o nie szczepienie.

Maleńką zabrano na krótką chwilę, w czasie, gdy przewożono mnie na salę. Później spała ze mną golusieńka, przyssana do piersi. Pielęgniarka spytała, czy ją ubrać, czy chcę ją zostawić taką. Zostało ciepłe małe nagie ciałko, zasnęło wtulone w bezpieczne ciepło mamy. Była gorąca lipcowa noc 2010 roku. Już nieco po północy. Cuda, działy się cuda na Ziemi.

Informacja: Tym razem zdecydowałam się na poród naturalny. Pierwszy poród podobno też taki był, choć mocno się zdziwiłam, że w naszej nomenklaturze „naturalny” oznacza po prostu wyparcie dziecka naturalnymi drogami, a nie bierze pod uwagę, jak duży udział jest samej rodzącej w decyzjach, co do przebiegu porodu – wynikających z jej ciała i intuicji i jak bardzo poddaje się wskazówkom personelu. Nacięcie krocza nie wykluczyło „naturalności” porodu, oksytocyna, która pewne procesy wzmacnia, inne spowalnia też jest wpisana w „naturalny” proces, tak jak znieczulenie. Przy drugim, nie chciałam środków farmakologicznych, znieczulenia, oksytocyny, gdyż po pierwszym porodzie doszłam do wniosku, że zaburzają one naturalny proces i często przeszkadzają zamiast pomagać. Nie przeczę, że są przypadki, w których taka ingerencja jest nieunikniona, ale mam wrażenie, że jest to nadużywane – z łatwości dostępu do tych środków, z braku świadomości rodzących i z przyzwyczajeń personelu szpitalnego. Rodząca kobieta jest traktowana jak pacjentka, którą trzeba leczyć, a nie po prostu pozwolić jej rodzić i stać pół kroku za nią – w razie komplikacji. Wspierać ją, a nie nakazywać, co powinna robić. Informować, a nie bez ostrzeżenia, już nie mówiąc o pytaniu o zgodę, dokonywać różnych działań na jej ciele (podawać różne środki, przebijać błonę, nacinać krocze, układać w dogodnej dla personelu pozycji). 
Za pierwszym razem nie pamiętam, żebym sama poczuła skurcze parte, a położna po prostu w którymś momencie kazała mi przeć. Więc parłam pod dyktando. Oddychałam pod dyktando. Kładłam się i rozsuwałam nogi – pod dyktando. Byłam odbiorczynią działań, a nie panią sytuacji. Nie ja nad nią panowałam, tylko ktoś inny. Ktoś zupełnie mi nie znany, komu nawet nie potrafiłam zaufać, gdyż to zaufanie podważył (podważyła) upierając się, że wie lepiej, nie pytając mnie o zdanie.
Miała to być opowieść o cudownym porodzie, a nie o tym, co się nie udało. Jednak świadomość tego, czym jest poród urosła we mnie dopiero po doświadczeniach pierwszego porodu (szkoła rodzenia rekomendowana przez dobrą placówkę – osławiony szpital św. Zofii w Warszawie, to za mało, jeśli trafi się do innego szpitala). To po pierwszym porodzie wezbrała we mnie siła i pewność, że za drugim razem chcę przejąć sprawy w swoje ręce. Dopiero później zaczęłam szukać możliwości i porad jak tego dokonać w naszym systemie, wśród stereotypów, przyzwyczajeń i silnej presji społecznej. Postanowiłam, że 9 miesięcy (właściwie 7 i pół, bo dopiero wtedy dowiedziałam się, że jestem w ciąży), to proces, w którym dojdę do takiego momentu świadomości, że będę mogła urodzić gdziekolwiek (w domu, w samochodzie, na łące). Dlatego za drugim razem tyle czasu spędziłam w domu i nie obawiałam się długiej podróży do szpitala (który też wybrałam świadomie). A już na miejscu wręczyłam położnej listę życzeń: poród w wodzie, nie przebijanie pęcherza płodowego, nie podawanie środków farmakologicznych, nie nacinanie krocza, dogodną mi pozycję porodu, kontakt „skóra do skóry” po porodzie przez jak najdłuższy czas, nie przecinanie pępowiny od razu, nie szczepienie dziecięcia zaraz po narodzinach, informowanie mnie i męża o wszystkich zagrożeniach i korzyściach ewentualnych interwencji. I wszystko się udało! Oprócz tej wody 🙂
Elżbieta, Jan i Basia

Elżbieta, Jan i Basia

Moment, gdy Basia wydobywa się z wnętrza Elżbiety, to dla mnie początek nowego świata. 
Nigdy tego nie zapomnę. Gdy ląduje na brzuchu mamy, płaczemy ze szczęścia.

To będzie długi wpis, bo niezwykle ważny – od razu Cię, drogi Czytelniku, ostrzegam. Ale czyta się go raczej szybko, więc nawet nie zauważysz tych 1,6 tysiąca wyrazów.

Jeśli myślisz, że odsłonię przez Tobą cały, szczegółowy opis porodu – to Cię rozczaruję. 

To, co wydarzyło się w sobotę 28.02.2015 było święte – a świętość trzeba chronić, nie każdy powinien mieć do niej dostęp. 

To było też bardzo intymne,z rodzaju tych najintymniejszych wydarzeń w życiu – a o intymność trzeba dbać, nawet jeśli dzisiaj to nie dla wszystkich oczywiste. 

Ale to było też piękne i cudowne – a piękno i cuda trzeba rozgłaszać, dzielić się nimi, chwalić. 

Dlatego piszę właśnie o cudownym pięknie, dopuszczając w ten sposób i Ciebie do przedsionka tego, co święte i intymne. 

Preludium

Cały tydzień jest wstępem. Niedziela to dzień teoretycznego terminu. Od dziewięciu miesięcy mamy w głowach jako cel 22 lutego, ostatnie 100 dni jest odliczane na tablicy w kuchni – nic dziwnego, że to data szczególna, wytęskniona. 

Ale nic się nie dzieje. Ani w niedzielę, ani następnego dnia. W ciągu tygodnia trzy razy jeździmy na izbę przyjęć w szpitalu – a tam tłumy, jakby wszyscy chcieli potwierdzić, że w Polsce odbijamy się od niżu demograficznego. 

Jest ciężko, bo siedzimy tam kilka godzin (najdłużej, jednego dnia 10), ćwicząc cierpliwość w kolejce do lekarza, w ekstremalnych momentach odmóżdżając się Ukrytą Prawdą, Rozmowami w toku i tego typu mułem z korytarzowego telewizora. 

Medycznie wszystko pod kontrolą, ale nic się nie dzieje. Basia wypycha już brzuch na wszystkie strony, ale jakoś nie zbiera się do wychodzenia. Ela ledwo chodzi, ma już tego dosyć, nic nie dają setki sprawdzonych rad na wywołanie porodu. Natura sama będzie wiedziała, kiedy wystartować. Niech jej będzie.

W piątek trzecia wizyta na Izbie Przyjęć. Tym razem jakieś dziwne, rozchwiane KTG, więc robią kilka zapisów. Łącznie cztery godziny to trwa (a siedzimy tam siedem), można uświerknąć. 

Na koniec wizyta u lekarza, pani doktor kwituje wszystko jednym zdaniem: „Ja nie rozumiem, dlaczego pani jeszcze nie rodzi”. 

Cóż, też nie rozumiemy i bardzo chętnie byśmy już zaczęli, tym bardziej że od 4 nad ranem zaczęły się w miarę regularne skurcze. Ponieważ Żelazna przeżywa oblężenie, położna uprzedza nas, że prawdopodobnie trzeba będzie zostać w szpitalu – ale raczej nie w tym. 

OK, czyli możliwy zaczyna być scenariusz, podawany przez różnych pesymistów, że „z Żelaznej często odsyłają gdzie indziej”, więc zaczynam w myślach nowennę do wszystkich świętych, jakich znam, na czele z JP2 i J23, czyli patronów tej ciąży od samego początku. Okazuje się nagle, że dwa miejsca zwolniły się na oddziale, więc Ela zasiada do wypełniania formularzy, a ja mam przynieść walizkę z samochodu. Dzięki, święci papieże Janowie!

No dobrze, cmok cmok, tu masz kapcie, tu dokumenty, wiadomo, wszystko spakowane miesiąc temu. W razie czego dzwoń. Rano pewnie zaczną powoli próbować wywoływać Basię na zewnątrz, ale na spokojnie, jutro przyjadę, zobaczymy co dalej.

Wracam do domu po 23:00, pora na dobranoc po tym intensywnym dniu. No ale jak tu spać, ciężko przecież, gdy myśli podążają ciągle na Wolę. 

Ostatecznie zasypiam po północy. Telefon blisko głowy. I bardzo dobrze, bo o 2 w nocy zaczynam się w niego wpatrywać, nie rozumiejąc, czemu bije światłem. Po chwili do mózgu dochodzi dźwięk dzwonka, zaraz potem czytam na ekranie „Ela”. 

Tak, to już, przyjeżdżaj, „Sala Wiśniowa”. Jezu, zaczynam działać jak maszyna. Tysiące myśli, ekspresowa analiza sytuacji i szkic planu, po kolei: szybki prysznic, golenie, no bo nie chcę jej przy porodzie drapać policzkami (a jak mi się ręce trzęsą!), kawa, Granda na szybki spacer (chyba pomyślała, że zwariowałem), telefon do douli, ubrać się i do samochodu. 

No dobra, przyznaję, Aleje Jerozolimskie były tej nocy moje, dobrze że radary były w przeciwną stronę.

Allegro – Adagio – Largo – Presto – Vivo – Finale

Poród zaczął się przed 2 w nocą, skończył o 12:05. I tyle, więcej nie powinienem pisać, bo gdy zaczynam się przymierzać, to myślę o wszystkim co się wtedy działo – a przecież mam oddzielić piękno i cud od świętości i intymności. Ale obiecałem, więc dobrze, spróbuję.

Pierwsze wrażenie, gdy dotarłem do Sali Wiśniowej: wow! To naprawdę za darmo, dla nas, zwykłych nfz-owych składkowiczów? 

Sala duża, przestronna, z widokiem z dużych okien na Warszawę, wiele możliwości ustawienia światła, fotele, szafki, drabinka, łóżko, łazienka, narożna wanna, zasłonki, to tamto siamto. Nieźle.

Powoli rozumiem, czemu ten szpital cieszy się takim wzięciem. Na dodatek okazało się, że (nie wiedząc przecież wcześniej) ubraliśmy się z Elą też na czerwono-wiśniowo, więc do kolorystyki tej sali pasowaliśmy jak ulał.

Poród trwał przeszło 11 godzin. Trzy zmiany położnych. Nieustannie była z nami doula Julita Molenda, bez której nie wyobrażam sobie tego wszystkiego. Wokół Eli cały czas ona i ja, co jakiś czas doglądająca położna, ale bez większych interwencji, jedynie co jakiś czas przychodząca zrobić badanie i przeprowadzić męczący zapis KTG.

Przeżywamy wszystko, co było zapowiadane na Szkole Rodzenia: jest czasem lżej, czasem trudniej. Dużo częściej to drugie. 

Skurcze porodowe, ból im towarzyszący przeszywa mnie do szpiku kości. Teoretycznie dowiedziałem się wcześniej, że to dla mnie tez nie będzie łatwe, bo jako mężczyzna nie będę w stanie NIC zrobić z tym, co się dzieje – ale teraz rzeczywiście to przeżywam. 

Staję wobec bólu, jakiego jeszcze nigdy nie widziałem. Widzę moją ukochaną, która cierpi jak nigdy wcześniej. I nic. Wydobywa z siebie krzyk, jakiego wcześniej bym sobie nie umiał wyobrazić. I nic. Krzyczy, że umiera. 

I Nic. NIC nie mogę z tym zrobić. Tylko być obok, podawać rękę do uścisku. Być krok za nią. Pomagać zmieniać pozycje, gdy każdy krok to mordęga, jedynie wejście do wanny z ciepłą wodą przynosi ukojenie.

Nikt mi teraz nie powie, że nie wiem co to znaczy urodzić. Możecie się śmiać, ale wchodzę w to najaktywniej, jak tylko mogłem. Razem z nią oddycham, razem z nią krzyczę, tak samo mamy później zdarte gardła. W drugiej fazie porodu razem z nią prę i zaciskam mięśnie brzucha, tak że bolą mnie przez to do końca dnia. Razem przeżywamy chwile totalnej ciszy, gdy Ela zasypia twardym snem (!) na pół minuty (czasem krócej), między skurczami, regenerując się – i wszystko wokół zastyga. Razem się pocieszamy, że to już niedługo, ale razem też przeżywamy duży kryzys, gdy dawno już po świtaniu – i nic, ciągle tylko boli, rozrywa całe ciało, bez żadnego widocznego efektu. 

Jest i bunt, i rezygnacja. Położna wydaje się trochę ostra, niezbyt empatyczna – ale potem okazuje się, że jest po prostu idealna, wspaniała, dokładnie taka jak trzeba, nawet wtedy, gdy w naszym największym kryzysie twierdzi, że „może jeszcze dwie godziny, a może cztery”. 

Ona nie jest tu od empatii, ale od kontrolowania, pomagania, kierowania. Wspieram ja i doula. To wydaje się brutalne, ale jest niezbędne i bardzo dobre.

Za dwadzieścia dwunasta umawiamy się z Elą, że spróbujemy się wyrobić do Hejnału Mariackiego. No, Basia urodziła się o 12:05, więc chyba akurat, gdy trąbka wybrzmiała. A na pewno pobożnie odmówiono Anioł Pański.

Sam koniec porodu to już wejście w Tajemnicę Stworzenia. Siła rodzącej kobiety to przejście do tego, co w naturze pierwotne. Nie potrafię tego opisać słowami, nawet pobieżnie. 

Piękno i cud, przy jednoczesnym niewyobrażalnym bólu i trudzie. Prawdziwe piękno rodzi się często w ogromnym bólu, tak to już jest w Bożym planie. Tak samo jak miłości często towarzyszy cierpienie.

Widzę, gdy powoli pokazuje się główka Basi, ze śmiesznym zakręconym loczkiem na czubku.

NIESAMOWITE! 

Jednocześnie nie mogę przestać patrzeć na to, co dzieje się wokół. Dochodząca tylko co jakiś czas położna przejęła już dyrygenturę nad całą akcją, powoli i po cichu dołącza jeszcze kilka innych osób, z domowych, kuchennych szafek wyjeżdżają medyczne sprzęty, sala jak w filmie zamienia się w salę rzeczywiście szpitalną. 

Nie mogę wyjść z podziwu nad tymi procedurami: profesjonalnie i fachowo, a jednocześnie spokojnie, bez biegających białych kitlów, medycznej nerwowości i zbędnego stresu. Coś wspaniałego, fantastyczne połączenie!

Moment, gdy Basia wydobywa się z wnętrza Elżbiety, to dla mnie początek nowego świata. 

Nigdy tego nie zapomnę. Gdy ląduje na brzuchu mamy, płaczemy ze szczęścia. 

Jest po prostu przepiękna, śliczna, cudowna w tej swojej stożkowej głowie, obmazana wszystkim, czym się da. 

Odnajduje skórę mamy i wie, że jest przy niej. Przecinam pępowinę, oczywiście. Myślałem wcześniej, jak to będzie – zostaję pochwalony, że dobrze mi poszło, jednym cięciem, jak świeczki na torcie. Jednocześnie położna, przebrana już w chirurgiczne fartuchy, dokańcza resztę niezbędnych działań – i znów nie mogę wyjść z podziwu.

Patrzę na Elżbietę – i już dobrze wiem, co to znaczy instynkt macierzyński od samego początku.

Epilog

Jesteśmy już w pełni rodzicami. Tworzymy nową rodzinę. 

Niestety, ponieważ okazało się, że Basia urodziła się z wrodzonym zapaleniem płuc (to się podobno czasami zdarza), nie mogliśmy za bardzo pobyć sami, we trójkę, jak to jest w tym szpitalu w zwyczaju – małą wzięli na oddział, musieli przebadać, podłączyć do tlenu i wprowadzić pięciodniową terapię antybiotykiem. Ale to silna dziewczyna (3630g, 56cm), początkowo miała jakieś problemy z saturacją, ale płucka się już rozkręciły i w niedzielę wieczorem dodatkowy tlen przestał być potrzebny. 

Teraz tylko czekać kilka dni na wypis do domu i zaczynamy z Elą nowy etap naszego małżeństwa.

W sobotę po porodzie jestem jeszcze dwie godziny z dziewczynami, później wracam do domu (później i tak tam wracam, nie mógłbym inaczej). 

Jadę samochodem i mam wrażenie, że byłbym w bezpieczniejszym stanie jako kierowca, gdybym wypił pół litra wódki, niż teraz: po intensywnym piątku, godzinie snu, dziesięciu godzinach porodu i dwóch emocjonalnych godzinach po nim. 

Ryczę ze szczęścia, mam ataki nagłego śmiechu, jakby ktoś mnie zaczął mocno gilgotać. Nigdy tego nie zapomnę.

W niedzielę idę do kościoła – to się rzadko zdarza poza moją pracą, jedynie w czasie urlopu, ale to wtedy też z Elą. 

Trafiam na mszę dla dzieci, no trudno, ale zupełnie mi to nie przeszkadza, nawet typowe rzeczy które mnie w takich mszach irytują – zupełnie nie są istotne. 

Jestem w końcu najszczęśliwszym człowiek na świecie, zakochany na nowo. 

Poszedłem tam ofiarować Basię – Mamie. W końcu urodziła się w sobotę, w Jej dzień. Tuż po Aniele Pańskim. Dzień po skończeniu mojej Nowenny Pompejańskiej. No to jak inaczej?

Kasia i Helenka

Kasia i Helenka

Wszystko stanęło, zawisło widmo cesarki. Będąc jeszcze w ciąży wiedziałam, że taki moment nadejdzie, że przyjdzie mi zmierzyć się i pokonać samą siebie. Udało się, znów płynęłam.

Na początku wysłaliśmy zaproszenie w Kosmos do naszego Dziecka, zgodnie z filozofią maoryską, iż kontakt z dzieckiem można nawiązać znacznie wcześniej, zanim pojawi się w brzuchu mamy…

Po kilku miesiącach starań, pewnej nocy spędzonej wspólnie z mężem, zwizualizował mi się jego plemnik wchodzący do mojej komórki jajowej.

Byłam bardzo ciekawa czy wizja okaże się prawdziwa…

2 dni po terminie okresu, nie wytrzymałam i postanowiłam zrobić test. Przed tym jednak zamknęłam się w łazience i zapytałam najpierw mojego Dziecka:

– Gdzie jesteś?

W odpowiedzi, w mojej głowie pojawiło się:

– Już jestem… ja już jestem…

Po chwili test potwierdził, że jestem w ciąży.

Chcieliśmy z mężem przywitać naszą córkę w domu. Przygotowywałam się zarówno fizycznie, jak i duchowo do tego wydarzenia.

Los jednak przygotował dla nas inny scenariusz.

W 37 tygodniu okazało się, ze Helenka ma arytmię serca i poród musi odbyć się w szpitalu… Po nitce do kłębka, końcem końców (mimo innych branych pod uwagę szpitali oraz opcji) zdecydowaliśmy się na szpital im. Żeromskiego.

W 6 dniu po terminie, o 2:00 w nocy obudziłam się, ponieważ miałam wrażenie, że sączą mi się wody płodowe. Okazało się jednak, że to czop odchodzi… Był piątek, a ja wiedziałam, że urodzę do niedzieli. Skurcze powoli nasilały się z biegiem dnia. Wszystko było nowe, wyglądało zupełnie inaczej niż przy pierwszej córce… Ja byłam nad wyraz spokojna i szczęśliwa, że to już.

Około 16:00 mąż przywiózł Marysię z przedszkola, skurcze zaczęły być coraz bardziej odczuwalne. Od tej chwili, córka nie opuściła mnie już na krok. Podążała za mną, naśladowała mnie i moje odgłosy… Dotykała czule, całowała. Była dla mnie najwspanialszą doulą, jaką mogłam sobie wymarzyć.

Niedawno uzmysłowiłam sobie, że nie zauważyłam u Marysi cienia niepokoju, mimo, że widziała że jej Mama „cierpi”. Wszystko odbywało się w zgodzie ze mną, w zgodzie z naturą, czułam w sobie ogromny spokój. Moje ciało przejęło dowodzenie, umysł się wyłączył. Wiedziałam, że wszystko zakończy się dobrze.

Powoli wchodziłam w inny wymiar. Skurcze stawały się intensywne, były nieregularne, choć coraz dłuższe. Moja 5-letnia córka była cały czas obecna, przekazując mi ogromną dawkę miłości.

Około godziny 20:00 wygoniłam męża do spania, bo już wiedziałam, że naszą drugą córkę urodzę w nocy. Starszą położyłam spać. Nastąpił moment, o którym wcześniej marzyłam:

Nastała cisza, nikt się nie krzątał… Mogłam wejść w siebie jeszcze głębiej. Zgasiłam światło, zapaliłam świece. Z kominka unosił się zapach lawendy, z głośników płynęła ulubiona Kate Bush. Ja coraz bardziej odpływałam.

O 22:00 obudziłam męża, bo wiedziałam, że to już czas, żeby jechać do szpitala (mimo wcześniejszych obaw, że nie będę umiała rozpoznać tego momentu). 

40 minut drogi – 5 intensywnych skurczy…

Wtoczyłam się na porodówkę, gdzie przywitały mnie przemiłe Panie.

Po badaniu okazało się, że jestem otwarta na 5 cm i niedługo urodzę. 

Idąc na salę porodową (ostatnią dostępną tej nocy) zobaczyłam położną, która będzie mi towarzyszyć i poczułam, że świat musi mnie strasznie kochać skoro zesłał mi „Anioła”- jedną z najlepszych i najbardziej doświadczonych położnych.

W ciągu godziny rozwarcie doszło do 8 cm. Dopisywał nam świetny humor, wydawało się, że zaraz będzie po wszystkim. Stało się inaczej.

Helenka nie chciała wstawić się do kanału rodnego. Musiałam położyć się na boku z kolanami złączonymi. Nastąpił kryzys. Skurcze stały się intensywne, a ja zaczęłam koncentrować się na bólu. Wszystko stanęło. Zawisło nade mną widmo cesarki. Co ciekawe, będąc jeszcze w ciąży wiedziałam, że taki moment nadejdzie…, że przyjdzie mi zmierzyć się i pokonać samą siebie. Udało się! Po chwili poczułam, że skurcze przechodzą przeze mnie jak fala. Płynęłam… Oddychałam i parskałam na szczycie każdego skurczu. Ciało przejęło kontrolę. Moc wróciła. Otworzyłam się.

O godzinie 1:45 Helenka była już z nami. Urodziła się w tym samym dniu, co mój Tato…

Położna pogratulowała mi oraz podziękowała za współpracę. Obie wyraziłyśmy głęboką wdzięczność, że udało się wydać na świat Helenkę siłami natury. Wiem, że gdyby nie ten szpital, nie ta położna poród zakończyłby się cesarką.

Tym razem na świat wydałam też nową JA. Pewną siebie, kompetentną matkę i kobietę.

Moc wróciła i jest we mnie do dzisiaj. Pokochałam w pełni swoje ciało za jego mądrość i siłę. Czuję pokorę i mam pełne zaufanie do życia, bo wiem, że jeśli mu na to pozwolimy, ono samo się o nas zatroszczy.

Kasia i Krzysztof

Kasia i Krzysztof

Uwielbiam rodzić! To jedyny taki moment w życiu. Pełen silnych emocji, bólu i ekstazy, siły i wyczerpania, koniec i początek jednocześnie. Za każdym razem rodziłam się i Ja.

Sobota, 5 października 2013 roku. 

Już od kilku dni namawiam Maleńkiego żeby się zdecydował na Przejście. Duży urósł. Lekarz już na ubiegły tydzień wystawił skierowanie do szpitala na wywołanie porodu, „bo duże dzieci, powyżej 4 kg, to ryzyko w porodzie”. Czułam, że się nie zgadzam, choć bardzo sobie ceniłam wsparcie mojego doktora podczas trudnych początków ciąży z Maleńkim. 

Wsparcia i otuchy dodawały mi Doula i Położna, która mówiła, że „duża kobieta musi mieć duże dziecko, bo małe by się zgubiło”. Podobało mi się takie tłumaczenie. Poza tym córki też się rodziły spore, więc nie miałam wątpliwości, że dam radę. 

We środę byłam na kontroli u Położnej, która oceniła, że poród może się zacząć w każdej chwili. Przestałam wyczekiwać sygnałów. Mieliśmy za sobą już kilka falstartów, a poza tym wiedziałam, że gdy Maleńki będzie gotowy, to da znać. 

Zapewniałam Go jedynie o naszej Miłości i o tym, że Wszyscy już na Niego czekają i są przygotowani na Jego powitanie, a ja akceptuję każdy sposób, w jaki zdecyduje się na Przejście. Jak się później miało okazać sprawdził tą moją akceptację, ale o tym później. 

Niedziela 6 października 2013 roku. Pierwszy dzień reszty życia. Kilkadziesiąt minut po północy obudził mnie silny skurcz. Przekręciłam się na bok licząc po cichu, że to już ten moment, ale nie chciałam zapeszać. Za moment kolejny skurcz i kolejny. Ocho. Maleńki daje znać. Już czas. 

Mąż nie spał jeszcze. Patrzył na mnie czujnym, czułym okiem, gdy zaczęłam swoje porodowe rytuały. Oddech. Zamknięte oczy. Poddanie się fali, która zaczęła mnie dość regularnie ogarniać. Muzyka – krótka mieszanka moich ulubionych kawałków, kilka nowych poznanych dzięki Mojej Douli. Lubię tak o Niej mówić. Moja. 

Ruch. I ta Radość – taka, która sprawia, że aż chce się skakać i krzyczeć! No i masa śmiechu. Poczucie humoru to cecha, którą najbardziej cenię u Męża. Za niedługo miałam się przekonać na własnym ciele o słowach Iny May Gaskin, że śmiech otwiera. Fala ogarniała mnie raz silniej, raz słabiej, ale regularnie, w krótkich odstępach. Nie było wątpliwości – dziś przywitamy Maleńkiego. 

Prysznic. Błogość. Ok. 1.30 nad ranem zadzwoniłam do Położnej i umówiłyśmy się w szpitalu za kilkadziesiąt minut. Potem telefon do Douli. Ależ mało czasu dałam Jej na dojazd. Ale ciężko było logicznie myśleć. Byliśmy wyszykowani. Teraz jeszcze buziaki dla Dziewczynek, które słodko spały, dla mojej Mamy i w drogę. 

Oddawanie się skurczom podczas jazdy samochodem nie jest łatwe. A może to fakt, że nie można się ruszać. Zamykałam oczy i wyobrażałam sobie jak się otwieram. Oprócz pomruku silnika słychać było moją muzykę porodową i mój własny porodowy pomruk. Mąż od czasu do czasu pytał czy jeszcze nie rodzę, czy zdąży dojechać. 

Zdążył. Przed szpitalem czekała już na nas Doula. Pomogła mi się wygramolić z samochodu. Skurcz. Mąż wyjmował torbę z bagażnika i dla żartu założył kask budowlany na głowę i powiedział „no to idziemy?!” – bardzo nas rozbawił. Znowu śmiech. Kask wrócił do bagażnika a my na izbę przyjęć, gdzie czekała już Położna. 

Ach te izby. Przywitała mnie masa dokumentów i pytań, na które nie potrafiłam odpowiadać – kod pocztowy? data urodzenia? NIE PAMIĘTAM! Na szczęście Położna chwyciła mnie za ramię i powiedziała, że najpierw mnie zbada a potem dokończymy formalności. Skurcz. Fotel. Skurcz. I cudowna wiadomość że mam 8 cm. Jest 2.30. 

Bardzo chciałam rodzić w Domu Narodzin. KTG było dobre. Podczas badania KTG Mąż dopilnował formalności, a Moja Doula była przy mnie, blisko. Wspierała mnie czułym dotykiem, ciepłym wzrokiem i słowami „wyglądasz jak bogini”. Nie zapomnę Jej tego! Dziękuję! Tak się wtedy poczułam. Niestety moje kiepskie wyniki morfologii pokrzyżowały plany porodu w Domu Narodzin. OK. Blok porodowy. Najfajniejsza sala, jak zapewniała Położna. Czułam, że już nie ma to dla mnie znaczenia. Rodzę! Reszta jest nie istotna. 

Między skurczami przeszliśmy na salę porodową. Nie pamiętam zbyt wiele. Miałam prawie przez cały czas zamknięte oczy. Łączyłam się w ten sposób ze sobą i z Maleńkim. Nie pamiętam jak się przebrałam. Pamiętam podłogę. Doula ściskała biodra podczas skurczu, ramiona Męża były mi oparciem… dobrze mi było na podłodze na czworaka. Położna stała z boku. Bez słowa przyglądała się. Czuwała. …

Zdecydowałam się wejść do wanny. Ciepła woda. Skurcze nie ustawały, ale jeszcze nie czas na parte. Położna sprawdzała tętno. OK. Skurcz. Badanie, wody odeszły. Skurcz. Tętno – cisza! Nic. Głucha cisza. … Położna zdecydowanym głosem poporosiła Męża i Doulę, aby pomogli mi wyjść z wanny. Sama zawołała po lekarza. Mijały sekundy. I w ten krótki czas zaakceptowałam – w pełni – że za chwilę wyląduję na sali operacyjnej, gdzie będą ratować Maleńkiego. Odpuściłam totalnie. Poród to My – ja i On – więc skoro tak wybiera to ja jestem dla Niego. Jakoś dostałam się na fotel. Zmiana pozycji i tlen pomogły. Tętno wróciło – Maleńki zdecydował się na Przejście. Po kilku skurczach poczułam parte. 

Dzisiejsze łóżka porodowe pozwalają na wiele. W pozycji kucznej na łóżku zaczęłam przeć. Jest 4.00. Z każdym skurczem czułam jak Maleńki przesuwa się kawalątek po kawalątku i pokonuje swoją drogę na ten świat. Z każdym skurczem jest bliżej. Potem chwila by główka sama się wyłoniła … krótkie oddechy „a.. a.. a.. a.. a..” i … jest. 

Słyszę śmiech Położnej „no zobacz co on robi!” – potem się dowiedziałam, że z zamkniętymi oczami kręcił główką, jakby chciał się wykręcić ze mnie. Kolejny skurcz i barki. Byłam świadoma każdego fragmentu ciałka, które się rodziło. Jest 4.20. Maleńki ląduje na moim brzuchu, mrucząc opowiada o swoim Przejściu. Jeszcze przez kilka dni będzie mi wymrukiwał historię swojego Przejścia. Tętniąca pępowina łączy nas jeszcze przez kilka chwil. Jest niesamowita. Zupełnie inna. Jak korale. 

Zapach Maleńkiego jest cudny. Jak narkotyk. Nie mogę oderwać nosa od Niego. Widzę wzruszenie Męża. Witamy się. Tulimy. Wąchamy. Karmimy. Zaczynamy nowy rozdział naszego życia z Krzysztofem Józefem, urodzonym siłami natury, 6 października 2013 roku o 4.20, 4,5 kg, 59 cm.  

Uwielbiam rodzić! To jedyny taki moment w życiu. Pełen silnych emocji, bólu i ekstazy, siły i wyczerpania, koniec i początek jednocześnie. Czuję się wyróżniona, że mogłam rodzić aż trzy razy. Za każdym razem inaczej, za każdym razem wspaniale. Za każdym razem rodziłam się i Ja.

Basia i Staś

Basia i Staś

Mówiłam sobie, że boli, bo się otwiera, niech boli, szybciej przytulę Stasia. Naprawdę cieszyłam się na te skurcze

9 listopad 2012

Mój drugi poród był wspaniały. W nocy odpadł mi czop, czyli poród w ciągu 2 tygodni. Do terminu miałam jeszcze tydzień, z usg – 2 tygodnie. Poprzedni poród był po terminie, więc i teraz nie spodziewałam się nic wcześniej. Miałam jeszcze dużo planów – zajęcia z synkiem w Bebe, serwis samochodu, ostatnie zakupy dla maluszka do szpitala. 

Rano odbyłam wizytę u lekarza – wszystko w porządku. Wieczorem miałam nieregularne skurcze, ale to wtedy u mnie nie było nic nowego. Następnej nocy wstałam, żeby pomóc mojemu trzylatkowi usiąść na nocnik. Ale jakoś wyjątkowo ciężko mi było, dalej te skurcze… W toalecie zauważyłam krew na bieliźnie. Przestraszyłam się, że może łożysko się odkleja, więc szybko na pogotowie.

Moim wyborem było PSK. Środek nocy, ciemno, dzwonimy. Otwiera zaspana pani i na moje tłumaczenie mówi, że to na pewno reszta czopu z krwią, ale owszem, proszę, zrobimy KTG. Pyta czy mam skurcze. Nie wiem. Nie wiedziałam, bo ucichło, ale wieczorem coś przecież było, w samochodzie też jakiś jeden. Na to zaspana pani „albo się ma, albo się nie ma.” KTG trwa całe 5 minut, nic nie pokazuje. A skurcz mam akurat przed i po. Żadnego badania wewnętrznego. Pani patrzy na mnie z powątpiewaniem. Jest przekonana, że wymyślam. Zresztą oni dziś nie mają ostrego dyżuru, i tak by mnie nie przyjęli, na patologię teraz też nie jest łatwo się dostać. Możemy jechać na Warszawską, jeżeli chcemy. To dziękujemy pani.

Na Warszawskiej od razu robią mi badanie wewnętrzne – szyjka zgładzona, 2 cm rozwarcia, poród. No to niespodzianka! Skurcze też się w międzyczasie robią wyraźne. Wszystko sympatycznie, jedyny nieprzyjemny epizod to reakcja personelu na dole na brak zgody na szczepienie dziecka. Na górze na sali już nie komentują.

Sala nieduża, przytulna, światło mocno przyciemnione (w przeciwieństwie do dużej, białej, mocno oświetlonej sali jaką pamiętam w PSK). Najpierw KTG, ale proszę, żeby mnie zaraz odłączyli, bo chcę chodzić. Tak podobno lepiej, działa siła grawitacji.

Tu na chwilę wrócę do pierwszego porodu – był OK, nic z tych strasznych opowieści, ale był baaaardzo długi, z oksytocyną, leżeniem plackiem z tego powodu, moim skupieniu na bólu i na tym jak ja go nie chcę, sporym nacięciem krocza itp. itd.

Przed drugim porodem, dzięki przyjaciółce, trafiłam do Klubu Mam, obejrzałam film „Uwolnić poród” i wzięłam udział w dyskusji po nim, usłyszałam o Inie May Gaskin i jej przekonaniu, że poród jest w głowie kobiety, że jej emocje wpływają na jego przebieg – strach przed bólem hamuje rozwarcie, akceptacja pomaga wydzielać odpowiednie hormony i przyspiesza wszystko. To razem i to, że miałam na sobie przez cała ciążę i podczas porodu pas św. Dominika, plus modlitwy, dały mi wiarę we własne siły.

CIESZYŁAM SIĘ NA SKURCZE I BÓL. Mówiłam sobie, że boli bo się otwiera, niech boli, będzie szybciej i szybciej zobaczę i przytulę Stasia. Naprawdę cieszyłam się na te skurcze. Tak więc sobie dreptałam 4 godziny z kąta w kąt i z radością patrzyłam na zegarek widząc, że skurcze są coraz częstsze. No, może też i bardziej bolesne, ale to świetnie, o to właśnie chodzi. Było cichutko, intymnie. Mąż się nawet zdrzemnął w pewnym momencie. Nie przeszkadzano nam. Potem nowa zmiana, kolejne badanie wewnętrzne i 9 cm rozwarcia! Po 4 godzinach! Poprzednim razem zajęło to wszystko koszmarnie długo.

No i się zaczęło. Owszem, ciężko było, owszem, bolało, ale ja byłam szczęśliwa, że to zaraz, że zaraz będzie z nami Staś. Urodził się cały siny, trochę mu zajęło zanim zaczął oddychać, ale ja cały czas byłam o niego spokojna. Położono mi go na brzuchu, skóra do skóry, mogłam go od razu nakarmić, a że maluszek się mocno przyssał i nie chciał odessać, pobył z nami dobre pół godziny, zanim dał się położnym zabrać. Mnie przyniesiono śniadanie do łóżka jeszcze na sali porodowej i dopiero wtedy zawieziono na górę do naszego synka. Byłam szczęśliwa i ogromnie z siebie dumna – urodziłam sama, bez leżenia, bez oksytocyny, bez nacinania (!!!), bez komplikacji.

Rzeczywiście poród jest w głowie kobiety. Życzę Wam, drogie panie, abyście też zrozumiały jaka siła jest w Was i że wszystko zależy od was, od nikogo innego.

Gosia i Weronika

Gosia i Weronika

Krzyknęłam. Poczułam ulgę. Jest. Urodziliśmy. Urodziłam w ramionach T. Śliczną Dziewczynkę. Naszą trzecią Córkę.

Wdawało mi się, że jestem przygotowana, szpital wybrany, optymistyczne nastawianie, pierwszy raz prowadziłam ciążę u lekarza, który pracuje w wybranym szpitalu.

Miało być logistycznie.

Wiedziałam, że muszę poćwiczyć asertywność, ponieważ poprzednim razem średnio to wyszło i kilka ważnych wydarzeń zostało mi odebranych mimo, iż nie było do tego przesłanek, wystarczyło tupnąć nogą.
Nie tupnęłam i żałuję do dziś.

Na FB przewinęła mi się informacja o warsztatach oswoić poród, a że uwielbiam tematykę porodową, porody naturalne, pomyślałam, że TO JEST TO i postanowiłam wyrwać się z domu. Jak się okazało to był początek pięknej zmiany.

Dzięki spotkaniom z Doulami wymieniłam dziecinne piżamy na dorosłe, kobiece, a do samego porodu założyłam czarną z koronką, wybrałam inny szpital, gdzie nie musiałam tupać nogą, każda moja prośba została spełniona bez wywracania oczami, urodziłam tak, jak chciałam.

Dziś mówię – wyrywając się z domu zapoczątkowałam cudowny poród.

Od samego początku ciąży wiedziałam, że termin zapisany w karcie ciąży jest błędny, ponieważ obliczony na podstawie 28-dniowego cyklu. Moje są 33-35 dni, wiec prawie tydzień rozbieżności.

Z USG wyszło 7.06, z mojej OM 10.06, wg standardów 3.06.

Żeby nie przeginać termin, który sobie obrałam za wyjściowy to ten z usg z 11 tyg ciąży – 7.06 i tego się trzymałam.

24.05 miałam wizytę u lekarza, było 2 cm rozwarcia i szyjka zgładzona w 50%.

Coś się już działo. Dostałam skierowanie do szpitala i zalecenie aby stawić się na oddziale 11.06.

Miałam 2,5 tyg na rozkręcenie akcji porodowej … dużo i mało.

Nie oszczędzałam się, spacery, wycieczki rowerowe, gruntowne sprzątanie, malowanie.

Dni mijały nieubłaganie, pytania “Ty jeszcze nie urodziłaś” doprowadzały mnie do szału.

Niestety, nie ruszyło się samo. Pojechaliśmy do szpitala z założeniem, że sprawdzimy czy wszystko gra i wracamy do domu.

Tak też się stało, jednak musiałam o to walczyć jak lwica. Lekarz, na którego trafiłam był momentami brutalny i nie przebierał w słowach, przytaczając straszne historie o przenoszonych ciążach, które obumierały, próbując przekonać mnie do zostania na oddziale celem obserwacji.

Po zbadaniu okazało się, że sytuacja nic się nie zmieniła od ostatniej wizyty.

Dobiło mnie to, jednak postanowiłam wykorzystać dane mi dwa dni na pobyt w domu.

Lekarz musiał mieć dupochron i robił wszystko, żeby mnie zatrzymać na oddziale w razie W, którego wg mnie miało w ogóle nie być.


Długo z nim rozmawiałam, mówił, że wie jakie skutki uboczne ma oksytocyna, jednak wolą ją podać, dając sobie dupochron – słowo to padało kilkanaście razy zarówno z moich ust, jak i jego.

Na koniec życzył nam porodu takiego, jaki zaplanowaliśmy.

Podpisałam odmowę przyjęcia na oddział i wróciliśmy do domu.

Wahania nastroju miałam straszne. Bałam się bardzo, wizja obumarcia maluszka mnie paraliżowała, z drugiej strony wiedziałam, że mam jeszcze czas, że jest jeszcze parę dni.

Zabrałam się za robienie kompotów z czereśni, drzewo w tym roku cudownie obrodziło. Późnym wieczorem poszłam z przyjaciółka na spacer, było wesoło. Moja piłka pękła, więc pożyczyła mi swoją.

Możecie sobie wyobrazić nas – ja kulający się czołg i Ona – niosąca ogromną piłkę, zapadał zmierzch, humory dopisywały. Wzięłam kąpiel, piłkę zakulałam w kąt z założeniem, że od jutra zaczynam skakać.

Poszliśmy spać. Byłam strasznie zmęczona, nawet przez głowę mi nie przeszło, że to będzie nasza noc.

O 0:45 obudził mnie skurcz, zbagatelizowałam go, w końcu to nie pierwszy w tej ciąży. Próbowałam zasnąć, po 4 min kolejny i tak kilka razy. Wstałam, poczułam, że coś poleciało ze mnie – cudna galaretka. Skurcze były przyjemne.

Powiedziałam T., że jeszcze mamy czas. Poczekamy coby mieć pewność, że to akcja porodowa. Pomalowałam oko, przygotowałam kanapki dla T, starszym Córom ubrania do szkoły i przedszkola…

Czas miedzy skurczami skrócił się do 2 min, odczuwalne coraz bardziej, T. nie wytrzymał presji i stwierdził, że czas jechać do szpitala.

Założyłam czerwona sukienkę, poinformowaliśmy moją Mamę, żeby wybrała starszyznę rano do placówek i pojechaliśmy. Było po 2 w nocy.

Bałam się tej drogi, najwygodniej czułam się stojąc. Nie przemogłam się, aby klęczeć na tylnej kanapie. Usiadłam z przodu.

Było coraz intensywniej, T. pyta czy zjechać do innego, bliższego szpitala (tego z pierwszego wyboru). Powiedziałam absolutnie nie, dam radę.

Dojechaliśmy. Pan z ochrony nie otworzył nam szlabanu, więc czekał mnie spacer szpitalnym parkiem. Było cudownie rześko, ciepło, ptaki ćwierkały.

Dotarliśmy na izbę przyjęć, Pani pyta, który poród, co ile skurcze i prosi, abym się położyła, mówię, że jak do ktg, to się nie położę, chcę stać.

Na co Pani odpowiada, że musi mnie zbadać i zrobić wymaz. Jednak wcześniej zobaczy czy dziecko żyje, mówię ze żyje, ponieważ czułam ruchy przed chwilą.

Wgramoliłam się na kozetkę, Pani zbadała i mówi 8 cm, na co ja z radością odpowiadam, że super bo rano było tylko 2 cm. Pani pociągnęła temat i wyszło, że podpisałam papier odmowy przyjęcia na oddział i burczeć zaczęła, że się wypisujemy i wracamy z 8 cm i kto ma potem papiery wypisywać.

Pan Doktor chciał zrobić proceduralne usg, mówię, że miałam rano, wszystko jest w dokumentacji i było ok, odburczał tylko “jedziemy do góry”. Pani pyta czy chcę na wózku czy na nogach, odpowiedziałam – po schodach, ale się nie zgodziła. Winda czekała.

Na sali porodowej czekała uśmiechnięta Kobieta, mniej więcej w moim wieku. Mówię – T. daj Pani plan porodu. Pani informuje mnie, że trzeba zrobić ktg, informuję stanowczo, że nie położę się na łóżko, pyta jak chcę, odpowiadam – na stojąco lub na klęczkach, wgramoliłam się na łóżko, zawisłam na oparciu tyłem do “zaspanego lekarza”.

Już miałam prosić o przykrycie mi tyłka prześcieradłem, kiedy Pani Położna sama to zrobiła. Zaczynałam czuć się bezpiecznie, Pani mnie słuchała, zaczynała czytać w myślach, spełniać powolutku moje marzenia. T. siedział blisko mnie na fotelu.

Wystarczyła mi jego obecność.

Położna podeszła i omówiłyśmy plan porodu, zapytała mnie o nacięcia, powiedziałam, że byłam nacinana dwa razy i mimo, iż nie wyrażam zgody na kolejne, jestem świadoma jaka jest sytuacja i jeśli nacięcie będzie lepsze od pęknięcia to ma ciąć.

Powiedziała, że zrobi wszystko aby ochronić krocze. Było coraz mocnej i intensywniej, rzuciłam T. z wyrzutem, że nie kupił elektrod do TENS, a teraz mnie bardzo z krzyża boli.

Po raz kolejny Położna mnie zaskoczyła mówiąc:

– Ja mam elektrody, chce Pani Tens?

– TAK TAK TAK.

Było mi łatwiej. Podczas badania odeszły wody, delikatnie pociekły, inaczej niż w poprzednich porodach. Prawdopodobnie z racji pozycji wertykalnej.
Zapis ktg się zakończył, jednocześnie poczułam rozpieranie, chwile wytrzymałam jeszcze na kolanach, potem usiadłam na łóżku, spojrzałam na zegar, było parę minut przed 4.

Mówię T. że jest szansa urodzić o 4.25 – tak jak naszą drugą Córkę, na co Pani Położna odpowiedziała, że wg niej będzie wcześniej.

Tak niewiele brakowało do spotkania z najmłodszą pociechą.
Zaczęłam delikatnie przeć, widziałam że Położna przygotowała nożyczki do nacięcia, powiedziała – to tylko w razie W. Zaufałam.

Kolejny skurcz, Pani prosi, bym dała z siebie wszystko, mówi że widzi główkę, ma ciemne włoski. Mówię T. – nie dam rady, nie urodzę naszej Córki. Nie wiem kiedy znalazłam się w jego ramionach, mówił że dam radę.

Kolejny skurcz, główka Małej już jest. Pogłaskałam Ją, była taka cieplutka.

Kolejny skurcz, słyszę głos proszący, abym nie parła, T. powtarza.

Dotarło. Krzyknęłam. Poczułam ulgę.

Jest.

Urodziliśmy. Urodziłam w ramionach T. Śliczną Dziewczynkę. Naszą trzecią Córkę.

Nareszcie mogłam ją przytulić. Była taka cieplutka, bezbronna.

Pani Położna mówi, że kawał kobiety, ponad 4 kilo, nie uwierzyłam.

Pytam co ze mną, zrozumiała w mig, odpowiedziała, że jest lekkie pęknięcie, 1 stopnia.

Łożysko samo wypłynęło. Pępowina przestała tętnić. Położna zapytała T czy przecina, odmówił, tak jak przy poprzednich porodach, zapytała czy ja chcę.

TAK. Chciałam. Pierwszy raz poczułam takie pragnienie. Rozdzieliłam nas. Usłyszałam głos lekarza, tego zaspanego. Chciałby poznać wagę dziecka, Pani Położna informuje, iż mama życzy sobie 2 godz. kontaktu skóra do skóry, ja trzymałam w ramionach i nie zamierzałam wypuścić, krzyknęłam tylko, że nie schudnie ani nie przytyje w ciągu 2 godzin.

Potem było mniej przyjemnie… zaspany Pan Doktor zabrał się za cerowanie, tylko 6 szwów, jednak miałam wrażenie, że się na mnie wyżywa. No cóż nie można mieć wszystkiego.

Kiedy miałam przejść na normalne łóżko, oddałam Córkę T. Zaraz potem wróciła w moje ramiona. Emocje opadły. Patrzymy na Małą i próbujemy wybrać imię, nasze dotychczasowe propozycje nie pasowały do Niej.

T. zapytał naszej Pani, jak ma na imię. Weronika – odpowiedziała. Spojrzeliśmy na siebie. Tak. To będzie Weronika. Na cześć cudownej Położnej, która spełniła moje porodowe marzenia. Wysłaliśmy zdjęcia Werki mojej Mamie, pokazała je Starszyźnie, były zachwycone, wniebowzięte.

Weronika przyszła na świat 12.06.2018 o 4.15. Ważyła 4010 gram, mierzyła 58 cm.

Cała akcja trwała 3,5 godz.

Przyjęcie na oddział o 3:26.

Cudowny to był poród.

Iza i Wiktor

Iza i Wiktor

Po porodzie i lekarz, i położna przyszli nas przeprosić, tłumacząc to pośpiechem porodu, ale dla nas to już było nieważne. Dominowała radość i miłość.

 Wspomnienie porodowe rok po tym wydarzeniu? Czemu nie ! Wracam z sentymentem do tych magicznych momentów, a spisałam je na świeżo, gdy Wiktor miał tydzień i dwa dni…
Termin porodu wyznaczony przez ginekologa był na 13 czerwca, a mój syn stwierdził, że powitanie rodziców nastąpi szybciej – dzień po Dniu Dziecka.
Końcówka maja była trochę stresująca, zbliżał się 39 tydzień ciąży, wszystko więc mogło się wydarzyć. Stresu dodawał fakt, że mąż z wyjazdu miał wrócić 28 maja, a i moja doula – Emilka w tym czasie była poza zasięgiem.
Pilnowanie poziomu cukru i dieta trzymały mnie w ryzach, a wyznaczone godziny posiłków i pomiary glukometrem nadawały rytm dniom w tym czasie.
Bóle przepowiadające miałam od paru dni, jednak doula mnie uspokoiła, a ja naprawdę starałam się zachować ten spokój.
Całą ciążę chodziłam na jogę, spacerowałam, jadłam pysznie, ale i dietetycznie, medytowałam, zaczytywałam się w “Błogosławiony stan umysłu”, chodziłam na spotkania do Rozkwitu, rozmawiałam z doulą, zajmowałam się sobą.
30 maja mieliśmy wyznaczone pierwsze ktg. I co? I pstro. Lekarz powiedział, że zapis jest okej i widzimy się za tydzień. Dzień później napisałam douli, że odchodzi mi czop, jej odpowiedź brzmiała tak: “Ej poród jest nieprzewidywalny, to może być za 2 godziny, 2 dni lub 2 tygodnie… spokojnie”.
No to dalej brałam się za to uspokajanie i planowanie zajęć do wyznaczonego terminu. Na 2 czerwca umówiłam się do mojej fryzjerki i do kosmetyczki, no bo przecież zdążę, jeszcze tyle czasu.
I…. czekałam… czekałam… skurcze wieczorami przychodziły i odchodziły, pojawiały się i znikały, były nieregularne. Bartek w pracy ustalił, że już nigdzie nie wyjeżdża dalej niż 200 km od domu, ale 1 czerwca wyjechał jeszcze na szybko do stolicy coś załatwić, a wieczorem pojechaliśmy po pizzę, bo miałam tak wielką ochotę na kaloryczny posiłek. Gdy tak szliśmy do pizzerii mąż mówi:
Co ty tak dziś człapiesz i sapiesz?
A nie wiem, jakoś tak mi dziś chyba z tego gorąca już ciężko – odparłam
Wróciliśmy do domu, a był fajny ciepły wieczór, to jeszcze nie kładliśmy się porozmawialiśmy, wspólnie rozmarzyliśmy, jak to będzie fajnie już we trójkę. Powoli zaczęły pojawiać się skurcze, ale były jakieś inne.
Zaczęliśmy je mierzyć. Spojrzałam na zegarek była 22.00. Zaczęłam chodzić po domu, żeby uśmierzyć ból, bo te przepowiadające mijały, gdy spacerowałam. Doszły do tego bóle krzyża, więc Bartek zaczął mnie masować. Trochę zelżało. Postanowiliśmy położyć się spać. Mąż chrapał, a ja miejsca sobie znaleźć nie mogłam. Gdy tylko przyłożyłam głowę do poduszki, skurcz mnie wybudzał i wymuszał podniesienie się z łóżka.
I tak wędrowałam po domu w środku nocy, w ciszy i ciemności, jak Pan Dulski na Kopiec Kościuszki lub w skurczu bujałam się na fotelu przeznaczonym do karmienia, jednocześnie szeptałam i cedziłam przez zęby w stronę brzucha:
– „Wiktorku spokojnie, wszystko jest dobrze, damy radę”.
Między skurczami opowiadałam mu o jego pokoju, o tym, że za jakiś czas będziemy się tulić.
Zachodziłam tylko do sypialni i wybudzałam Bartka na rozmasowanie krzyża.
– Wstawaj… boli mnie… masuj! – mówiłam głosem nie znającym sprzeciwu
O 5 rano zdecydowałam się zadzwonić do Emilki:
– Mam skurcze co 3 min – szepnęłam w słuchawkę
– To co robimy? – usłyszałam zaspany głos douli
– Póki co daję radę… albo przyjedź o 8.00
Obudziłam Bartka. Powoli poczłapałam pod prysznic, a on żeby zająć czas, ogarnął mieszkanie i pojechał do firmy dokończyć pracę.
Emilka przyjechała o 8.00 i niemal od progu powiedziała mi:
– No brzuch to masz nisko, ale za logicznie mówisz jak do rodzenia…
Po krótkiej rozmowie Emilka zdecydowała się wykonać na mnie jedną z procedur Bowena, po której wszystko zaczęło nabierać tempa. Wysłałyśmy Bartka, by pojechał po piłkę do porodu, a w tym czasie Emilka zaczęła masować mi krzyż, zaparzyła liście malin i zapaliła kominek z lawendą i szeptała mi wzmacniające i motywujące słowa. Była mi ogromnym wsparciem emocjonalnym.
Bartek zaczął mierzyć czas między skurczami. Gdy nadchodził czas skurczu kładłam się na piłę i oddychałam, charczałam, wyłam, a Emilka masowała mi krzyż, mówiła do mnie, że ten skurcz minie (a wydało mi się, że każdy skurcz trwał i trwał). Popłynęłam z tym, falowałam na skurczach, które stawały się coraz mocniejsze. Pomiędzy skurczami odpływałam, jakby w półśnie, nie byłam obecna w pokoju.
W powietrzu unosił się zapach lawendy z pomarańczą pomieszany z kawą, którą Bartek z Emilką pili podczas rozmowy. Strzępki ich rozmowy gdzieś obijały mi się o uszy, ale i zaczęły nieprzyjemnie drażnić.
W pewnym momencie miałam już dość masowania, nie pasowała mi pozycja, w której byłam, irytowało mnie wszystko. Wstałam i na drżących nogach szybko uciekłam do ciemnej łazienki, pod prysznic. I tak pod ciepłym natryskiem przeżywałam każdy nadchodzący skurcz. Przyszła do mnie Emilka zapaliła świecę i kominek z lawendą. Poczułam nagle, że muszę uklęknąć. Emilka otworzyła drzwi kabiny prysznica i była ze mną podczas skurczów, które były mocne, mocniejsze niż wcześniej, rozpierające.
Koło godziny 11.00 zaczęłam mówić o umieraniu, chciałam uciekać, krzyczałam, że chcę adoptować dziecko. Chciałam, by to się skończyło. To był słynny kryzys 7 cm. Szybki tel. do przecudownej położnej Gosi z prośbą o przyjazd i sprawdzenie rozwarcia.
Gosia przyjechała, ale ja to już słabo pamiętam. Zbadała mnie i powiedziała do Bartka:
– Ubierać się szybko, może zdążycie
Emilka pomogła mi wyjść spod prysznica i ubrać się. Stałam półprzytomna w przedpokoju i patrzyłam w oczy Gosi:
– Oddychaj – szepnęła
Jakimś cudem udało mi się na pół-siedząco umościć się z tyłu auta. Emilka masowała mi krzyż, ja kurczowo trzymałam się przedniego fotela i przetrzymywałam skurcze. Strasznie się dłużyła ta droga do szpitala. Podjechaliśmy pod drzwi porodówki. Weszliśmy na izbę przyjęć, a tu wszystko potoczyło się lawinowo: przyjęcie do szpitala i podsunięte dokumenty do podpisu (długopis mi się trząsł w dłoniach, a papierów przybywało), zamiana sukienki na ubranie szpitalne.
Usiadłam na wózku i nogi mi się trzęsły, jakby były z waty, dyszałam już jak pies z językiem na wierzchu, było mi duszno. Bartek z Emilką szli dookoła na porodówkę, a ja zostałam tam wwieziona windą przy niewybrednych komentarzach personelu.
Na sali porodowej od kogoś z obecnego tam personelu usłyszałam:
– Niech pani wskakuje na łóżko
– Co? – odpowiedziałam ze złością pomieszaną ze zdziwieniem – W życiu… oszalała pani, jak podniosę nogę, to mi dziecko wypadnie!!!
Poczułam, że ktoś łapie mnie za ramiona i nogi i… 1, 2, 3 i leżę na łóżku, zgięta w pół. Przez myśl mi przeszło: “Ale ja chce rodzić na klęczkach!!!”.
Okazało się, że powiedziałam tą myśl na głos. Na te słowa odezwała się jakaś kobieta między moimi nogami (okazało się, że to położna) powiedziała, że nie ma sensu, bo czasu mało. Zaczęto mnie bombardować pytaniami, na które odpowiedź znał mąż i doula, ale ich nadal nie było. Nie miałam też dokumentów tj. karta ciąży i książeczka kontroli cukrzycy.
Byłam na porodówce SAMA z obcymi ludźmi, bez wsparcia, mogłam liczyć tylko na siebie. Przez chwilę szukałam zrozumienia w oczach personelu, jakiegoś znaku, choć trochę otuchy. Znalazłam ją w oczach młodej dziewczyny tuż obok mnie. Wyczuwałam też jakieś napięcie i nerwy, zaczęłam się bać. Przyszedł lekarz i zaczął na mnie krzyczeć, dlaczego tak późno przyjechałam i że jestem nieodpowiedzialna, bo przy cukrzycy tak siebie i dziecko narażam. Dalej było jeszcze lepiej:
– No i patrzy pani tak się kończą te porody domowe. Jak bieda to do szpitala – powiedział
– To nie jest poród domowy! – krzyknęłam do niego
– To czemu tak późno pani przyjechała?
– Bo tak chciałam!
Ktoś mierzył mi ciśnienie, ktoś inny zakładał wenflon, jeszcze ktoś inny zadawał mi jakieś bzdurne pytania. A douli nadal nie było. Nagle położna krzyknęła:
– Przyj !!!
– Nie umiem!!!
Rozejrzałam się dookoła Emilki nadal nie ma obok mnie.
– Czekajcie… bez Emilki… bez douli nie rodzę…..Eeeeemmmiillllkaaaaaaaa!!!!!
Lekarz na to:
– To w szkole rodzenia przeć nie uczyli? Męża pani nie wzywa?
Położna powtórzyła: Przyj !!!
Zamknęłam oczy. Nagle ktoś ścisnął mi dłoń, pochylił się nade mną, zapach lawendy doszedł do mojego nosa. Uffff to Emilka. I parłam, jak jeszcze nigdy w życiu. Emilka pochylona nade mną do ucha powiedziała:
– Dobrze Ci idzie, jeszcze momencik, dasz radę!
Dotknęłam mokrej główki mego synka, nabrałam powietrza i… stało się… wyskoczył Wiktor. Przestałam na chwilę oddychać, patrzyłam z niedowierzaniem na to co widzę. Jego pierwsze “auła auła” o godzinie 12.45 oznajmiło koniec starego życia, koniec tamtej mnie, narodziła się nowe ja-matka.
Niestety mimo wcześniejszych zapewnień nacięto mi krocze, ale to było nic w porównaniu do tego, co stało się za momencik. Najpiękniejsza chwila w życiu. Cud.
Dostałam swego synka na brzuch, moje maleństwo, o które dbałam całe 9 miesięcy, mogłam spojrzeć w jego mądre, ogromne oczy. Nagle pojawił się Bartek, by przeciąć pępowinę, a dodać należy, że wcale miało go nie być.
Rodzenia łożyska i zszywania nie pamiętam, byłam zajęta Wiktorkiem. Patrzyłam w te małe oczka, pełne ufności i ciekawości. Przytuliłam go i szeptałam, że jestem, że wszystko dobrze, że zmieniło się tylko miejsce jego pobytu.
Zostaliśmy w końcu sami. Bartek pocałował mnie i synka czule w czoło. Przytulaliśmy się, a uśmiech i łzy radości nie schodziły nam z twarzy.
Emilka pomogła mi przystawić pierwszy raz Wiktora do piersi, co rozpoczęło naszą mleczną drogę. Ilość emocji, uczuć, która się pojawiła w tym czasie była ogromna. Dominowała radość i miłość. Kontakt skóra do skóry trwał 2 godziny i 15 minut. Po tym czasie przewieziono nas na połóg i rozpoczęliśmy nowy etap życia.
I tak powstała rodzina, moja rodzina. I oczywiście tę historię Bartek i Emilka mogą opowiedzieć zupełnie inaczej.
P. S. 1 O tym dlaczego tak późno Emilka z Bartkiem dotarli do mnie dowiedziałam się później. Mianowicie personel szpitala zatrzymał ich i nie pozwolił do mnie wejść.
P. S. 2 Po porodzie i lekarz, i położna przyszli nas przeprosić, tłumacząc to pośpiechem porodu, ale dla nas to już było nieważne.

Kasia z synkiem

Kasia z synkiem

Nigdy nie myślałam, że będę w życiu w takiej sytuacji, jak na filmach. Że będę ręką sprawdzać w aucie, czy nie czuję główki dziecka. Że będę czuła, jak ono przesuwa się we mnie niżej. Droga do szpitala trwała 18 minut, które zapamiętam na całe życie.

Prawie pięć lat po pierwszym porodzie (jego opis jest tu: Kasia z córką) znów ta sama historia – ciąża, oczekiwanie na malucha, wielka niewiadoma… 

Wszystko tak samo, a jednak wszystko inaczej. Czułam, że ten człowiek w brzuchu jest inny – ma inny temperament, inne upodobania. Byłam ciekawa, jak będzie wyglądać nasza historia. 

Nie spieszyło mi się do porodu, od początku ciąży zapowiadałam, że planuję urodzić po terminie. A jednak w ostatnim tygodniu przyszło to typowe dla końcówki ciąży zniecierpliwienie, wyczulenie na każdy objaw, który mógłby zapowiedzieć poród, lekkie poddenerwowanie. 

Termin przyszedł, minął, pierwszy raz byłam po terminie i chwilami trudno było mi utrzymać ten stan spokojnego oczekiwania bez zniecierpliwienia.
Dwa dni po terminie wieczorem zdałam sobie sprawę, że czuję lekkie, w zasadzie nieprzyjemne skurcze, równiutko co 20 minut. Nigdy nie czułam tak regularnych bóli z takimi dużymi odstępami, poza nimi nic się nie działo… 

Postanowiłam spędzać czas normalnie – wykąpać się, położyć spać, ale obserwować. Gdzieś w głębi duszy miałam przeczucie, że to już się nie wyciszy. Bóle i emocje, że to może „to” nie pozwoliły mi szybko zasnąć, ale ostatecznie zapadłam w głęboki, nieprzerywany niczym sen.
Obudziłam się rano. Co dziesięć minut przychodził do mnie nieprzyjemny skurcz, jednak był dość lekki, radziłam z nim sobie zupełnie. Mogłam oddychać, a po dwóch oddechach przechodził i dalej mogłam swobodnie rozmawiać. 

Regularność była obiecująca, ale, pamiętając skalę bólu i częstotliwość skurczy z pierwszego porodu, wiedziałam, że jeszcze za wcześnie na dalsze kroki. Do naszego łóżka przyszła córka, przytulaliśmy się we troje, rozmawialiśmy, wygłupialiśmy się, celebrując rodzinną sobotę. Na wszelki wypadek poprosiłam jednak męża o odprowadzenie naszej córeczki do dziadków. 

Około 10:00 oni wyszli, a ja siedziałam w wannie, w dobrym humorze, myśląc, że chciałabym, żeby to ruszyło – w jedną lub w drugą stronę, bo nic się nie zmieniało. W moim pierwszym porodzie pojechaliśmy do szpitala chyba trochę za wcześnie (a przynajmniej tak mi powiedzieli na izbie) – bardzo chciałam uniknąć tego tym razem. Choć ten stan był już dość męczący, czułam się obolała, to stwierdziłam, ze skoro mogę rozmawiać, jeść, a nawet odpoczywać, to jeszcze „nie to”. 

W zamian cieszyłam się nagłym czasem podarowanym nam z mężem – tylko we dwoje – mamy go przecież tak niewiele. Rozmawialiśmy, przytulaliśmy, postanowiłam się zdrzemnąć. 

Miałam takie wrażenie, że ciało dostosowuje się do tego, czego potrzebuję. Kiedy uznałam, że jestem zmęczona tym, co się dzieje, postanowiłam się zdrzemnąć, a skurcze w zasadzie wtedy wyciszyły się.

Byłam jednak spokojna o to, że wrócą, kiedy poczuję się na siłach i może wtedy coś się rozkręci. Spałam. Wszystko, co się działo, było zupełnie inne od pierwszej fazy mojego pierwszego porodu. Wtedy nie umiałam jakoś „ogarnąć” tego bólu, choć nie układał się w regularnie skurcze. Nie umiałam w żaden sposób ocenić, czy to już, czy nie, miotałam się we własnym ciele, niespokojna, niewiedząca kiedy coś się rozkręci. Był to dla mnie najtrudniejszy moment z całego porodu. 

Teraz inaczej – mimo tego, że czułam się raczej „źle” – wiedziałam, z czego to wynika, z ogromnym optymizmem czekałam na „właściwą” akcję, doceniałam każdą chwilę z mężem, czułam bardzo duży kontakt z moim ciałem i umiałam z nim współpracować. 

Około 12:00 stwierdziłam, że jestem gotowa próbować dalej. Pomyślałam sobie, że skoro mam zacząć rodzić, to muszę mieć na to siły i poprosiłam męża o odgrzanie mi lasagne. Zaraz potem bóle znacząco się wzmocniły, przeczekiwałam je, kręcąc biodrami na czworaka na podłodze i poprosiłam męża o telefon do naszego lekarza z informacją, że się już dzieje.
Lekarz powiedział nam, żebym wzięła no-spę, weszła do wanny i przyjechała na kontrolę, jeśli bóle nie wyciszą się po pół godziny. Zrobiłam tak. Weszłam do wanny i… wszystko ucichło! Kolejny skurcz nie przyszedł… czas płynął, a mnie absolutnie nic nie bolało. To wydawało się niemożliwe, byłam w zasadzie przekonana, że się już nie wyciszy, skurcze po obiedzie zrobiły się dość mocne, charakterystyczne… A tu spokój, odpoczynek. Wyszłam z wanny trochę zdezorientowana. 

Założyłam bieliznę, poszłam do sypialni i za chwilę zmiótł mnie z nóg skurcz tak mocny, że nie mogłam już powstrzymać krzyku. Typowy, silny, porodowy skurcz, wywracający mnie całą na drugą stronę… 

Leżałam z mężem na łóżku, czekając, aż przejdzie. Wiedzieliśmy, że musimy się spieszyć do szpitala. Drugi przeogromny skurcz przyszedł zaraz po pierwszym. Razem z nim poczułam, jak odchodzą mi wody. Była 13:15. 

Razem z tymi skurczami przyszła do mnie kompletna zmiana świadomości. Już nie czekałam, aż te nieprzyjemne odczucia w brzuchu się „rozkręcą”, już rodziłam. Z ogromnymi bólami, uniemożliwiającymi myślenie. Zaczęliśmy zbierać się w ogromnym pośpiechu. 

Zarzuciłam tylko w przedpokoju na siebie sukienkę, chwyciliśmy torbę, skurcze przychodziły jeden po drugim, tak mocne, że nie mogłam utrzymać się na nogach i wrzeszczałam… i… tu poczułam znajome uczucie. Zajęło mi kilka sekund, zanim je rozpoznałam. Ale przypomniałam sobie, co to i naprawdę się przestraszyłam. 

Powiedziałam do męża tylko: 

„To są już parte. Nie wiem, czy zdążymy”. 

13:21 zamykaliśmy za sobą drzwi do domu, a kolejne minuty wracają do mnie w stop-klatkach, w sekwencjach scen. W pierwszej z tych scen klęczę na podłodze windy, wiozącej nas do garażu, wrzeszcząc z bólu tak głośno, jak jeszcze nigdy w życiu. Dochodzę do auta. 

Dalej pamiętam przeogromny ból skurczy, pamiętam, że raz wyrwało mi się po jednym „nie dam rady”, ale zaraz powiedziałam do siebie i do męża głośno: „dam radę. Dobrze mi idzie”. 

Ale przede wszystkim pamiętam, że w każdym skurczu, wraz ze zwierzęcym rykiem, krzyczałam do męża: 

„Ono wychodzi! Ono już wychodzi!!!”, 

a on krzyczał do mnie: 

„Nie przyj jeszcze! Nie przyj! Błagam cię nie przyj, wytrzymaj jeszcze kilka minut, już zaraz będziemy!!!”. 

Nigdy nie myślałam, że będę w życiu w takiej sytuacji, jak na filmach. Że będę ręką sprawdzać w aucie, czy nie czuję główki dziecka. Że będę czuła, jak ono przesuwa się we mnie niżej. Droga do szpitala trwała 18 minut, które zapamiętam na całe życie. 

13:39 wjechaliśmy na teren szpitala (na pamiątkę mamy bilet ze szlabanu z tą właśnie godziną). Pod samymi drzwiami szpitala biegł do mnie pędem ochroniarz z wózkiem. Zdążyliśmy. Tu już wiedziałam, że będzie dobrze, już nawet nie pamiętam tak bólu z tego momentu. 

Na izbie przybiegła do mnie położna. Wspaniała, ciepła osoba, po której widać było ogromną radość. Radość z tego, że rodzi się nowy człowiek. Zerknęła tylko szybko – słowa „no, jest dziesięć, jedziemy rodzić” wypowiedziała z autentyczną radością. Zapytała jeszcze: „Jak masz na imię?”. „Kasia”. „A ja Monika”. I za to jestem jej bardzo wdzięczna, w sekundę zbudowała ze mną osobową relację, czułam się z nią tak bezpieczna… 

Wjechaliśmy na salę, zrzuciłam długą sukienkę, ale nie dałam już rady założyć koszuli. Rodziłam nago, przykryta prześcieradłem, wokół mnie od razu zebrał się tłum uśmiechniętych ludzi. Oprócz mojej położnej była neonatolog, była pielęgniarka z przenośną pelotą do ktg i był lekarz, którego rola w moim porodzie była taka, że stał w pewnej odległości, uśmiechnięty, patrzył i powiedział z uznaniem: „ale pani pięknie rodzi!”. I była to rola niebagatelna, bo usłyszeć coś takiego w trakcie parcia, to jak dostać skrzydła i nową siłę do rodzenia. 

Bolało bardzo. Byłam też bardzo, nieporównywalnie bardziej, niż za pierwszym razem, świadoma tego, co się dzieje z moim ciałem. 

Czułam niesamowite pieczenie, trudne do wytrzymania – i wiedziałam, że to moja położna w tym miejscu ręką chroni krocze przed pęknięciem. Chyba tylko wdzięczność za to, że to robi, pozwoliła mi wytrzymać to uczucie. Położna wspaniale mnie prowadziła przez każdy skurcz, przez parcie i oddech. Czułam przechodzące niżej i niżej dziecko, czułam, że wychodzi główka. Położna powiedziała wtedy „poproszę żel” – i za to też będę jej niezwykle wdzięczna. Skupiłam się na tym, żeby przeć mimo bólu i dyskomfortu. 

I tak, z kolejnym skurczem, pojawił się na świecie mój synek. Miał gęste, czarne włosy, sieć pajęczynowatych wybroczyn na buzi – spowodowanych intensywnym porodem, był idealnie zdrowy i zupełnie wymarzony, ważył 3,780 kg.  

Była 13:52. 

Jak się okazało, żel porodowy i przede wszystkim fantastyczna położna – spełnili swoje zadanie. Nie potrzebowałam ani jednego szwu. Nie miałam nie tylko pęknięcia, ale nawet najmniejszego otarcia. Już niedługo potem tuliliśmy się we troje – ja, mój mąż i nasz całkiem nowy syn, który już wtedy okazał się amatorem mleka, ssał pierś przez godzinę, mocno, z zadowoleniem przełykając. 

Tak przywitałam na świecie drugie dziecko. Z perspektywy czasu widzę, że był to poród „idealny” – aczkolwiek moment bólu i strachu, czy zdążymy do szpitala, odcisnął się w nas mocno. 

Mój mąż opowiadał, że kiedy wieczorem położył się spać, wszystkie emocje zaczęły mu puszczać i znów „słyszał” mój krzyk. 

Personel szpitala jeszcze tego dnia żył chyba naszą historią, bo każdy, kto pojawiał się w moim pokoju, pytał z zainteresowaniem: „a to pani przyjechała w drugim okresie porodu?”, a od znajomych płynęły gratulacje. Nie tylko te z racji pojawienia się dziecka. Te od znajomych nam mężczyzn były skierowane do mojego męża i brzmiały: „Szacun, że dał radę prowadzić!”.  

Katarzyna i Franio

Katarzyna i Franio

Dumna, że urodziłam własnymi siłami, bez żadnych znieczuleń i tak bardzo przepełniona ogromem miłości do tego bezbronnego maleństwa, że mogłam iść i wykrzyczeć całemu światu, że już jest na zewnątrz.

Dzień Narodzin w Domu Narodzin

“w rocznicę urodzin mego synka” – chciałoby się jeszcze dopisać, ale sobie w temacie już daruję.

Choć urodził się 2 września, wszystko zaczęło się dokładnie rok temu. 

Nie bardzo chciałam opisywać jak wyglądał poród itd., ale mój mąż nalegał i nalega wciąż. Uzasadnia, że mam to napisać ku pokrzepieniu innych kobiet w ciąży. No to uległam. Piszę. Teraz już mi nie będzie marudził. 

Bo wbrew powszechnie panującej opinii, że poród jest ble, ohyda, boli i się o tym nie mówi; u mnie, a raczej u nas było zupełnie inaczej, a gdy urodziłam mogłam góry przenosić i byłam taaaaaaaaaaka szczęśliwa! 

Ech… wzruszyłam się.
Zatem. 1 września 2013 roku. Niedziela.
Pamiętam tyle, że nie chciało mi się stać przy garach w ówczesnym stanie olbrzymiości, więc na obiad poszliśmy na mega pyszną pizzę “Cztery pory roku” i oczywiście zamiast groszku były oliwki.
Mimo wielkiego apetytu, trochę zabraliśmy do domu na kolację. I tak, około godziny 18.00 zaczęły się malutkie, króciutkie, prawie niebolesne skurcze, a we mnie… spokój… (choć myślałam, że będę panikować!). 

Tak to natura wymyśliła, że w swoim czasie uwalniają się odpowiednie hormony. Mąż mój stwierdził, że skoro nic się nie dzieje, a ja nie wiem, czy to skurcze przepowiadające, czy w ogóle takie tam coś, nie wiedziałam sama co, to idzie pobiegać. Wtedy przygotowywał się po raz kolejny do Maratonu warszawskiego. Stwierdziłam, że, ok. W końcu NIC się nie dzieje. Poszłam wszamać jeszcze jeden kawałeczek pizzy, bo głodna byłam.
Jakoś tak jednak mąż szybko wrócił, chyba już po pół godziny, a ja wtedy miałam skurcze raz co 10 minut, raz co 15 minut. Gdy tylko mąż o tym usłyszał, naraz kazał sobie tłumaczyć, co i gdzie w torbach do Domu Narodzin zapakowałam dla siebie i dla Frania, bo przecież wcześniej nie miał kiedy tego ogarnąć. 

I przykazał szybko wejść po prysznic (wanny wtedy nie mieliśmy) na test wody. Na szkole rodzenia przy Placu Grzybowskim u Pani Kasi Grzybowskiej (którą serdecznie polecam!) dowiedzieliśmy się od położnej, że gdy coś się zaczyna dziać, a my (kobiety) nie wiemy czy to już, wtedy należy nalać sobie przyjemnie ciepłej (nie gorącej!) wody do wanny lub wejść pod prysznic na około 20 minut… Albo skurcze miną – były to przepowiadające, albo przyspieszą – i wiadomo co.
Nietrudno się domyślić, która opcja była u mnie. 

Po wyjściu spod prysznica skurcze były już co 5 minut, a potem już co 3 minuty, a potem… zwymiotowałam (nie chciałam tego tak dosadnie napisać, ale nie wiem, jak inaczej). No tak, organizm się oczyścił – normalne.
Jakoś tak trudno było nam uwierzyć, że to już… 

Tak się jakoś długo zbieraliśmy… Tak mozolnie… tak powoli… – w szkole rodzenia mówili, żeby za szybko jak się skurcze zaczną nie pędzić do szpitala, bo często pod wpływem stresu na miejscu mijają i odsyłają kobitę z powrotem; więc żeśmy sobie to chyba wtedy mocno do serca wzięli. Tak mocno, że jak dojechaliśmy do szpitala św. Zofii było już około północy.
Na miejscu cudowne powitanie, którego mój mąż nie zapomni chyba do końca życia. 

Pani na recepcji:
– “Dobry wieczór. W jakiej sprawie państwo przyjechali?” 

Mój mąż z czterema torbami pod wpływem stresu:
– “Jak to w jakiej? Żona rodzi!”
I oczywiście proceduralny standardzik: papierki, KTG, badanie położnicze, na którym wyszło, że jest już 5 centymetrów rozwarcia. 

“Miło” – pomyślałam.
Pominę trochę to, co się tam jeszcze działo, w każdym razie w końcu dotarliśmy na oddział Domu Narodzin, a gdy położna powiedziała, że będziemy rodzić w Rzymie, tylko się do siebie uśmiechnęliśmy z mężem. Cóż za zbieg okoliczności – tam się dowiedziałam, że jesteśmy w ciąży.
Sala – Rzym. 

Schludna, czysta. Duża. 

Stylowe małżeńskie łoże, eleganckie meble, fototapeta na ścianie, fotel dla osoby towarzyszącej, duża rogowa wanna, piękna łazienka z umywalką, toaletą i prysznicem. Wszystko nowiuśkie. Na parapecie odtwarzacz cd, dookoła świeczki. 

Nie skorzystaliśmy ze wszystkiego, bo nie było czasu! Najważniejsze – nie było widać żadnych sprzętów medycznych, które mnie przerażają. Sala w ogóle nie kojarzyła się z salą szpitalną
– “To co? Wchodzisz do wanny?” – zapytała położna.
– “No jasne! Zawsze marzyłam o porodzie w wodzie!” – odparłam.
– “Jak będzie szedł skurcz, to śpiewaj aaa i nie myśl o żadnych technikach oddychania. Jak będzie Ci się chciało siku, wychodź, poruszaj się trochę i z powrotem do wody, jeśli będziesz chciała”
– “Aha. Ok. Dziękuję.”
I zostaliśmy sami. Ja z Frankiem w brzuchu, mój mąż i cieplutka woda w wannie.
W tym miejscu muszę wskazać na nieocenioną rolę partnera, który cudownie wtedy podtrzymywał mnie za głowę i rękę, ściskał dłoń, gdy śpiewałam.
Tak minął pewien czas. Nie wiem jaki, bo straciliśmy rachubę. Położna zaglądała może co kilkanaście minut. Wszystko szło w swoim tempie, a ja czułam się jak w transie. Skurcz – odpoczynek, skurcz – odpoczynek, itd. … Ból był, ale inny, nie taki, jak sobie wyobrażałam, że będzie. To był dobry ból, prowadzący do najcudowniejszej chwili w życiu kobiety.
Gdy wyszłam z wanny na kolejne trochę wymuszane siku, czułam, że nie chcę już tam znów wchodzić. 

Skurcze i związany z nim ból się nasiliły. Nie mogłam znaleźć sobie miejsca. Raz na szyi męża, raz przy drabinkach. Przyszła położna. Zbadała mnie i mówi, że jest ładnie. 9 centymetrów rozwarcia i jak chce mi się już przeć, to droga wolna. 

W pierwszej chwili pomyślałam: “Jak to? A gdzie był kryzys siódmego centymetra, o którym tyle słyszałam?!” Nie było. Miłe zaskoczenie.
Potem było ciężko, nie wiedziałam czego chcę. W jakiej pozycji ukucnąć, usiąść na stołku, czy się położyć… Nie wiedziałam, pewnie ze zmęczenia. Trwało to jakiś czas. 

Znów nieoceniona rola męża, który BYŁ (tak cudownie obecny – podtrzymywał na ciele i duchu, przeżywał razem ze mną – i tak potrzebny) i NIC nie mówił. Kocham go!
A no i nie napisałam, że przez cały ten czas, wody mi nie odeszły. Dopiero w fazie parcia pękł pęcherz. Zdarzyło się nawet, że go dotknęłam. Taki bardzo elastyczny balon wypełniony płynem. Można powiedzieć, że synuś nasz w czepku urodzony. 

Ostatecznie przyszedł na świat, gdy byłam w pozycji leżącej na boku, 2 września 2013 roku o 4.55. 54 cm, 3640 g. Towarzyszyły mi już wtedy dwie położne i mąż, a zaraz potem cieplutki i mokry Franio, który zadarł główkę do góry i tak przez długi czas patrzył na mnie i swojego tatusia ślicznymi malutkimi oczkami, słuchając mego bicia serca i naszych szeptanych rozmów. 

Tego momentu nie da się opisać słowami. Ten cud trzeba przeżyć.
Byłam wzruszona, ale się nie popłakałam. Dumna, że urodziłam własnymi siłami bez żadnych znieczuleń i tak bardzo szczęśliwa, przepełniona ogromem miłości do tego bezbronnego maleństwa, do swego pierworodnego syna, że mogłam iść i wykrzyczeć całemu światu, że już jest na zewnątrz. Nie czułam zmęczenia. Przyszło znów dopiero, gdy zaczynały opadać emocje.
Łożysko urodziłam po uprzednim podaniu przez położną oksytocyny, bo już pod koniec skurcze słabły, prawdopodobnie ze zmęczenia, a gdy urodziłam, już prawie całkowicie zniknęły. Byłam trochę nacięta, ale gdyby mąż mi potem nie powiedział, w którym to było momencie, to do tej pory bym nie skojarzyła. I tak to oto.
Mam nadzieję, że jeśli któraś z Was się bała porodu, to choć trochę teraz będzie spokojniejsza. 

Alleluja!