Agnieszka i Felek

Agnieszka i Felek

Pierścień ognia, kiedy wychodziła główka paradoksalnie wspominam bardzo dobrze. Czerpię z niego olbrzymie poczucie siły.

Na poród czekałam i czekałam. Od początku nastawiałam się na rozwiązanie po terminie, bo tak wynikało z długości cyklu, którego nie uwzględniła ginekolożka. Nie denerwowałam się zbytnio, ale we środę na wizycie zbadała mnie i powiedziała, że szyjka zgładzona. 

Zadowolona zadzwoniłam do Gosi, naszej cudownej położnej i poprosiłam o ocenę. Czułam jakieś delikatne skurcze i naiwnie myślałam, że to już. Oczywiście okazało się, że o żadnym zgładzeniu nie ma mowy i tak czekaliśmy kolejne dni, urozmaicane codziennym ktg u bombowego ginekologa, okazjonalnymi koktajlami położnych, wieczornymi przepowiadaczami i nerwowymi telefonami do Gosi. 

W końcu nadeszła poniedziałkowa noc, dwa tygodnie po terminie. Około 2 obudziły mnie skurcze i nie pozwoliły zasnąć. Byłam zachwycona. Poskakałam na piłce, wzięłam kąpiel, a skurcze nie przeszły, więc dałam znać Gosi, że chyba będzie się działo. Wpadła do nas po dyżurze, o 7 rano, zbadała i rzekła: 3 cm. To TO. Ustaliliśmy, że wróci do domu się przespać, a my będziemy dawać znać. 

Skurcze były słabe i stosunkowo nieregularne. Ich częstość to spadała, to rosła. Trochę mnie to drażniło. Czytałam książkę, bawiłam się z kotami, dzień jak co dzień. 

Około 17 wróciła Gosia, poszliśmy we trójkę na spacer. W skurczu przystawałam i przytulałam się do Kuby, mojego męża. W ciąży przeczytałam wszystkie historie porodowe i w cichości ducha uważałam, że spacerowanie w trakcie porodu to szaleństwo. Zmieniłam zdanie. 

Wróciliśmy do domu, skurcze nadal raz były częściej, a raz rzadziej. Zjedliśmy gołąbki na wzmocnienie, a Kuba poszedł zagniatać ciasto na chałkę. Atmosfera była jak na spotkaniu ze znajomymi – ploteczki, herbatka i suszone jabłka. Ale gdzie ten poród? Gdzie te bóle, krzyki, chlustające wody? Taki stan utrzymał się gdzieś do pierwszej w nocy, a więc prawie dobę od pierwszych skurczy. W międzyczasie dojechała druga położna, Ewa. 

Dziewczyny poradziły nam się poprzytulać albo przespać, a same drzemały na kanapie. Mój mąż był już dosyć zdenerwowany brakiem postępu i powiedział, że jego zdaniem, jeśli nic nie ruszy do trzeciej, powinniśmy jechać do szpitala. Wiedziałam, że to fatalny pomysł. Nie odeszły mi wody, więc nic nas nie goniło, mogłabym sobie rodzić jeszcze tydzień i czułam się z tym dobrze. Gosia zadzwoniła do naszego ginekologa, żeby uspokoił Kubę. Ustaliliśmy, że nic złego się nie dzieje i zostajemy w domu. Namówiłam męża, żeby się zdrzemnął i wtedy skurcze ruszyły. 

Były krzyżowe, dosyć bolesne, ale do wytrzymania. Spędzałam je na stojąco, oparta o parapet albo stół. Pojękiwałam sobie i jakoś szło. Kilka razy przyszła mi do głowy myśl, że może lepiej byłoby mi ze znieczuleniem, ale na szczęście pomiędzy skurczami zapominałam o sile bólu i nie bałam się kolejnego. Kilka skurczy złapało mnie na leżąco. To dopiero był ból! Nie mam pojęcia jak kobiety dadzą radę urodzić na leżąco. Około szóstej rano, we środę, zaczęły się parte. Spędziłam je w toalecie, każdy podrywał mnie na nogi. Tylko pozycja stojąca pozwalała mi znieść skurcze. 

Po jakimś czasie dziewczyny zaprowadziły mnie na przygotowaną matę. Oparłam się o piłkę i parłam. Pomiędzy skurczami zasypiałam. Ściskałam Kubę za ręce, krzyczałam z całej siły. 

Wydaje mi się, że ten etap trwał chwilę, ale ponoć minęła godzina. Pierścień ognia, kiedy wychodziła główka paradoksalnie wspominam bardzo dobrze. Czerpię z niego olbrzymie poczucie siły. 

Pytałam Gosię ile jeszcze tych skurczy, a ona odpowiadała, że jeszcze jeden, góra dwa. Nie powiem, pomagało. 

Nagle, nie wiem kiedy i jak, poczułam wyślizgiwanie się ciałka, co romantycznie porównuję do zwojów białej kiełbasy. Gosia podała mi synka i mam nadzieję, że tę chwilę zapamiętam do końca życia. Spojrzał na mnie i zaczął płakać. Był cudny. Bez krwi, mazi, różowiutki jak na filmach. W momencie brania Felka na ręce uklękłam i wtedy plumknęło łożysko. Uczucie dziwne, ale nie nieprzyjemne. 

Po chwili Kuba wziął małego na ręce, sama przecięłam pępowinę i zaczęło się szycie. Gosia założyła chyba trzy szwy, ale to był najbardziej bolesny moment całego porodu. Okropieństwo. 

Dalszego ciągu nie pamiętam. Ponoć drzemałam z synem w ramionach, on smacznie zajadał, a Kuba tulił się z nami. Zmęczenie wzięło górę.

Od porodu minęło prawie trzy miesiące, a ja tęsknię za tym uczuciem. Chciałabym znowu urodzić. Poczuć tę siłę, zmęczenie i skrystalizowane szczęście na samym końcu. A teraz idę potulić mojego idealnego synka.

Magda i Kubcio

Magda i Kubcio

Doświadczenie trzeciego porodu to dla mnie lekcja, że choć głowa zarządza porodem, to jednak zew natury ma moc wielką i tym razem ten zew okazał się silniejszy niż głowa.

Mając doświadczenie 2 porodów naturalnych (pierwszy – nie do końca w pełni naturalny ale mieszczący się w tych kategoriach, drugi – łagodny, w wodzie, choć długi i intensywny – Magda i Tymon) moje myśli krążyły wokół porodu domowego, choć wcale nie tak od razu i nie bez lęku. 

Wielkie szczęście, że wokół siebie mam już wiele osób, które domowo rodziły i historii wspierających i zachęcających wysłuchałam sporo. 

Z Gosią – położną “domową” znamy się od porodu mojego pierwszego synka, a więc stopniowo otwierałam się na tę opcję, by w trzecim trymestrze być tego absolutnie pewną i czuć, że na pewno się uda, zakładając tylko lekki, mały stopień prawdopodobieństwa, że może jednak trzeba będzie jechać do szpitala (aby zachować pozory planu B).

Ciąża (jak i 2 poprzednie) to był dla mnie czas bardzo fajny, radosny, spokojny. Spokoju mi przybywało z każdym dniem, tygodniem, a końcówka to już prawie stan zen. 

Marzyłam o takiej sytuacji, że rodzę sobie łagodnie i cicho (choć tutaj wątpliwość była, bo przy poprzednich porodach miałam dużą potrzebę dźwięków głośnych, a w fazie parcia wręcz krzyków konkretnych, lekka obawa była, co na to sąsiedzi, a jednocześnie takie poczucie, że mogłabym wzbić się poziom wyżej niż ostatnio i przeżyć poród spokojniej, świadomiej, bez “odlotu”, który obezwładnia), że za ścianą śpią starsze dzieci, a ja jestem we własnej wannie, a obok jest mój mąż i Gosia. I właściwie tak się stało. 

Doświadczenie trzeciego porodu to dla mnie lekcja, że choć głowa zarządza porodem, to jednak i zew natury ma moc wielką i tym razem u mnie ten zew okazał się silniejszy niż głowa. Rano w poniedziałek odszedł mi czop śluzowy, Piotrek właśnie wyjeżdżał do Warszawy, zdążyłam go jeszcze zatrzymać w drzwiach, powiadomić o odkryciu, mieliśmy chwilę wahania czy może jednak nie powinien zostać, ale ostatecznie stwierdziliśmy, że jedzie i jak się akcja rozkręci będzie wracał. 

Odwiozłam dzieci do przedszkola, zdążyłam załatwić 2 ważne sprawy zw. z pracą (aktywna byłam do końca, dosłownie), czując w głębi, że chyba coś się zbliża, ale byłam pewna, że to jeszcze kwestia doby, dwóch, a nie godzin. 

Wieczorem położyłam starsze dzieci spać i 5 minut po, gdy znalazłam się w swym łóżku poczułam pierwszy skurcz – oczywiście nie byłam pewna, że to już TO, myślałam sobie, że to pewnie przepowiadający, choć jednocześnie postanowiłam zmienić pościel i ogarnąć przestrzeń wokół siebie (niczym kotka – o kotce będzie później). 

Po kilku regularnych skurczach, co 10 min, wiedziałam już, że oto rodzę i że wcale nie jest dobrze, bo a) mąż w Warszawie, b) Gosia na dyżurze nocnym w szpitalu. 

Piotrek był akurat na koncercie i kiedy zadzwoniłam powiedział, że czuł i czekał i że właśnie jest po fajnym przeżyciu muzycznym, podczas którego myślał intensywnie o porodzie, a więc wystrzelił natychmiast w drogę. 

Zadzwoniłam do Gosi, ustaliłyśmy, że czekam do 4 rano i wtedy będzie mogła wyrwać się z dyżuru.

Tak więc plan był taki, aby najpierw doczekać do ok. 1-2 na Piotrka, następnie do 4 na Gosię. 

I o tej 22 wierzyłam,  że jestem w stanie tak zarządzić porodem, że spokojnie dam radę. 

Na wszelki wypadek spakowałam, choć niechętnie, torbę do szpitala, jednak wierząc, że tak naprawdę nie będzie mi wcale potrzebna. Fale sobie przychodziły, ja starałam się minimalnie poruszać, aby niczego nie wzniecać, leżałam, próbowałam drzemać. 

Czułam, że intensywność wzbiera, że czas pomiędzy się skraca, ale wyobrażałam sobie, że to zupełny początek… Czas mijał bardzo szybko, a ja w łożu, pod kołdrą, słuchając radia, czekając na Piotrka, czasem myśl się pojawiała : Kurczę, a jak nie zdąży… może dzwonić po dziadka (mojego tatę), może jechać do szpitala… Ale ostatecznie myśl tę spychałam w dal i leżałam sobie dalej. 

Starałam się być na maksa zrelaksowana, przyjmować falę, przyglądać się jej, nie nazywać tego bólem, a akceptować, pozwalać przepływać. I było to możliwe, była cisza, spokój, choć intensywność także. 

Ale nie nazwę tego bólem, wymyka się to w moim odczuciu definicji bólu, to coś innego… Kiedy pojawił się Piotrek pierwszy moment ulgi nastąpił, i jednocześnie imprezka się rozkręciła zdecydowanie, ale było nam z tym ok., żartowaliśmy między skurczami (tfu, tfu, przypływami), trzeźwość umysłu była zachowana i odliczałam minuty do 4, a tu dopiero po 2… 

Czułam coraz większą chęć, aby wejść do wanny, a jednocześnie obawiałam się, że akcja tam na tyle się rozkręci, że Gosia nie zdąży, więc starałam się leżeć sobie dalej. 

To było zupełnie inne doświadczenie, podczas poprzednich porodów pierwsza faza to były aktywne działania, aby się otworzyć, chodzenie, kucanie, prysznic itd., a tutaj… spowalnianie akcji i leżenie. 

Śmiałam się, że czuję, jak mi wjeżdżają do głowy “wizualki” i że staram się je odrzucać, ale to było tak mocne, że w pewnym momencie już nie byłam w stanie i widziałam rozkwitające kwiaty itd. I to był dla mnie znak, że jestem już daleko. Piotrek stwierdził też, że widzi moje porodowe oczy i że one mówią: za chwilę urodzi się nam dziecko. 

I rzeczywiście, nagle poczułam potrzebę parcia i przestraszyłam się nie na żarty, bo dochodziła dopiero 3 i jak tu przeżyć godzinę gdy zew natury jest tak silny??? 

Zadzwoniłam więc do Gosi, opowiedziałam jak jest, za chwilę oddzwoniła informując, że wyjeżdża i będzie w przeciągu 30 min. 

Postanowiłam więc zrobić to, na co długo czekałam, a więc udać się do wanny. Cudowne ciepło i dźwięk napuszczanej wody – rozpłynęłam się po jednym zanurzeniu, po czym poczułam zbliżającą się głowę Kubsona. 

Padłam na kolana. To okazało się moją ulubioną pozycją podczas tego porodu, głową opierałam się o kran (mój kochany mąż zaproponował, ze może przynieść mi poduszkę, ale ta intensywność zimnego kranu wbijającego mi się w czoło jakoś mi się podobała, następnego dnia miałam siniaka). 

Zażądałam stanowczo obecności Gosi, czując, że za chwilę dziecię ze mnie wyjdzie, nastąpiła lekka panika, moje hasła w stylu : ok., Piotrek, on się rodzi, odbierasz ten poród…  

Pamiętam pierwszy mocny skurcz, wraz z którym poczułam główkę, miałam wtedy przemożną potrzebę zaryczenia niczym lwica, ale na tym efekty dźwiękowe się skończyły. 

Później wspomnienie naszej rodzącej kotki nagle mnie zalało, tego, jaka była spokojna i jak piękne oddychała – dyszała. I instynktownie zaczęłam robić właśnie to, czułam się jak owa kotka, lęk i euforia mieszały się ze sobą, między skurczami raz panikowałam, a raz prawie płakałam ze wzruszenia, że oto rodzę, we własnej wannie, po cichu, obok śpią chłopcy, jest tak jak chciałam. 

Gosia wpadła na ostatnie 10 min akcji, jej dotyk był kojący, pamiętam me pytanie: Gosia, czy to w ogóle jest główka? Nie zdążyłam sprawdzić ułożenia. Potwierdziła, że główka, dotknął również Piotrek i w kolejnym skurczu Kubcio się urodził – tak szybko i tak cicho…

Nie mogłam w to uwierzyć, że to już i że jest taki spokojny, zakwilił tylko chwilę, spojrzał na mnie i z łagodnością wtuliliśmy się w siebie.. 

No a później to już euforia, łzy, deklaracje miłości, pocałunki w wannie z mężem itd. 

Zbudził się Filip i odwiedził nas w wannie, zapoznał się ze świeżo narodzonym bratem i wrócił do swego łóżka – to było piękne powitanie i takie normalne, absolutnie tak, jak chciałam. 

Przeszliśmy do łóżka, urodziłam łożysko, zastał nas poranek, Kubcio poczynił pierwsze próby ssania piersi, Piotrek przyniósł nam zupę i świeżo upieczony chleb – jadłyśmy z Gosią na podłodze, piękny to był czas. Za chwilę przydreptał Tymon, zapoznał się z bratem, ach… błogi spokój i komfort własnego łóżka. 

Miałam ochotę wybiec na ulicę i wykrzykiwać: Luuudzie, jak poród to tylko domowy.

Minęły prawie 3 tygodnie, atmosfera błogiego spokoju wciąż u nas obecna. W sercu radość wielka i wdzięczność. 

Życzę każdej kobiecie takiego doświadczenia!

Maria i Marcin

Maria i Marcin

Wtedy przypominam sobie, że są żelki. Druga Położna je przynosi, a ja wcinam półtorej paczki. (…) Ewidentnie zaczynają też działać żelki i czuję, że mam więcej siły.

Tango, żelki i Marcin

Zaplanowałam, że urodzę 15. Termin miałam na 20. Od 14 testowałam wszystkie znane ludzkości metody wywoływania porodu: słynne 3S, akupresurę, herbatkę położnych, herbatkę z liści malin, olej z wiesiołka i pewnie coś jeszcze, co zaginęło już w mrokach mojej pamięci.

24 wieczorem udajemy się kolejny raz na schody w pobliskim wieżowcu z windą. Zaprzyjaźniony pan ochroniarz ze zrozumieniem pyta, czy jeszcze nie, a my po raz kolejny schodzimy 60 pięter w dół. Zasadniczo nic. 

Przy powrocie intensywnym marszem coś tam niby czuję, ale tyle, co już od jakiegoś czasu. Kolejnego dnia wieczorem otwarcie wystawy, na które jesteśmy zaproszeni. Nastawiam się, że zrobimy spacer. Tymczasem od rana walki z wywoływaniem ciąg dalszy. Puszczam afrykańskie rytmy, do których tańczę i równocześnie rozczesuję dokładnie włosy i robię ścisły warkocz francuski, żeby nie rozłaziły mi się włosy, gdyby coś miało się zadziać. I przyda się na otwarcie wystawy. 

Niby coś czuję, dzwonię powiedzieć T, że coś się zaczyna dziać, ale w tym tempie to przed poniedziałkiem nic z tego nie będzie, więc z dużym spokojem. Czuję ulgę, że w ogóle coś się zaczęło dziać i jest szansa, że przez kolejny tydzień, który jeszcze sobie daliśmy na poród w domu jednak coś się rozkręci. 

T wraca z pracy, szykujemy się na wystawę. Zgodnie z założeniem idziemy spacerem. Wracamy też spacerem. Na szczęście przy ruchu skurcze nie ustają i chyba są nawet w miarę regularne, co jakieś 10 minut. 

Skurcze, w sensie: skurczyki. Coś tam czuję w brzuchu i tyle. Idziemy spać. O 1:00 budzę się do toalety (nadal coś tam czuję) i jakoś tak jest więcej mokrego. Budzę T: chyba zaczęły odchodzić wody – mówię. Wstaję z piłki, na której siedziałam i słychać małe chlup na podłodze. 

Tak, na pewno odeszły mi wody, ale bez spektakularnych kilku litrów, tylko małe chlup. Nie jest to mój idealny scenariusz, bo ogranicza nas czasowo, ale z drugiej strony: super, przynajmniej wreszcie wiem, że rodzę, a nie się wkręcam. 

Zaczynamy zapisywać skurcze, są regularnie co dwie minuty, ale słabe, 30 sekund. Dzwonię do Położnej powiedzieć, że odeszły wody i jak skurcze. Każe zadzwonić za dwie godziny. Doskonale. Skurcze się zagęszczają (co 2-3 minuty), ale nie wydłużają (30 sekund). 

Po dwóch godzinach dzwonię do Położnej. Umawiamy się, że przyjedzie koło 8:00 zobaczyć jak sytuacja. A my usiłujemy rozbujać skurcze: idziemy na spacer. Nasza ulubiona trasa, którą wielokrotnie już pokonywaliśmy w ramach S jak spacery. W czasie skurczy wieszam się na plecaku T i oddycham. Jest całkiem miło. Wracamy: mamy skurcze co 2 minuty, ale krótkie. I jak dla mnie mega spoko w sensie bólowym. Bez problemu radzę sobie z nimi ruchem i oddechem. 

Przyjeżdża Położna: badanie. Rozwarcie 3 cm. Dramatu nie ma (byle byłoby więcej niż 2), ale szału też nie (4 byłoby miło). Jest jakoś tak sennie. Ja się bez przekonania bujam na piłce, biedny T siedzi w komórce i notuje skurcze, albo załatwia coś, o co go proszę. 

Ogólnie cieszymy się, że będę rodzić i fajnie, fajnie, ale jakoś tak bez szału. Położna mówi, że może koktajl położnych. Fantastycznie, T idzie po składniki, ja tylko się modlę, żeby go nie zwymiotować. Oni ważą w kuchni koktajl, ja czekam i przechodzę przez kolejne skurcze. Położna mówi, że jeszcze daleko, ona pojedzie do domu, a my powinniśmy się wyciszyć i przespać (błogosławiona jej intuicja i doświadczenie). Tak robimy. T zapada w sen, ja drzemię, ale mocno wypoczywam i się uspakajam. 

Po jakieś godzinie (jest pewnie koło 12:00) skurcze już nie dają mi leżeć. Wstaję i zaczynam chodzić. 

Ale mam już inną energię. I chodzi mi po głowie, że chcieliśmy potańczyć nasze ukochane tango w czasie porodu. Puszczamy playlistę z telefonu, zgraną tam w razie konieczności wyjazdu do szpitala. 

Stajemy do tanga. 

Objęcie. I to jest klik. 

Zaczynamy tańczyć, przy skurczu płynnie wychylamy się lekko do tył. Oddychamy razem, skurcz mija, tańczymy dalej. W tym tańcu jest jakaś niesamowita płynność. Słucham muzyki, podążam za ciałem T, on wyczuwa moje skurcze, nie muszę w zasadzie nic mówić. 

Jakoś w międzyczasie przyjeżdża Położna. Chyba jest koło 15:00. Tańczymy jeszcze chwilę, a później Położna mnie badanie. 

Rozwarcie chyba 5, czyli cel minimum osiągnięty. Mówi, że teraz jest dobry moment na wannę, a ja się cieszę, bo mam ochotę chwilę odpocząć. Tango jest cudowne, ale jednak odrobinę męczące. 

Kładę się do wanny, zaczynam polewać wodą. Ciepła woda jest bardzo przyjemna, czuję jak moje ciało cudownie się relaksuje. Ale pojawia się pierwszy skurcz i wywraca mnie w wannie na czworaka, bo jednak na leżąco jest średnio wygodnie. 

Siadam po turecku. Spoko. Oddycham w tej pozycji i jest ok. Polewam się wodą i między skurczami cudownie i głęboko odpoczywam. Na skurcze nieco zmieniam pozycję i wołam T, żeby ze mną oddychał, bo sama się gubię. Ale mam wrażenie, że skurcze się skracają, Położna potwierdza, więc bez żalu żegnam się z wanną. Bez sensu w końcu marnować i skracać takie z trudem wypracowane skurcze. 

Trochę chodzę po korytarzu. Pamiętam towarzyszące mi myśli: Boże, jak bardzo ja nie mogłabym teraz być w szpitalu. Jak cudownie jest być domu. 

Później wracamy do tanga. 

Od czasu do czasu siadam na piłce, żeby odpocząć. Tylko na skurczach wstaję i przyjmuję wypracowaną pozycję z T, jednak tak jest najlepiej i najmilej. Gdzieś kolejne badanie, już na worku sako, a nie na łóżku (miły progres). Rewelacja. 

Między kolejnymi skurczami wstaję i żwawo chodzę po korytarzu z myślą, żeby je wzmocnić. Ja czuję, że mam jeszcze masę mocy i siły, Położna jednak co jakiś czas martwi się, że będę wyczerpana (oczywiście kolejna słuszna intuicja: jej doświadczenie i wiedza są niesamowite). Mnie się to wydaje abstrakcyjne i zupełnie nietrafne. Bo ja mam przecież jeszcze całą masę energii i mocy. Jakoś chyba przyjeżdża Druga Położna. 

Położna masuje kolejne centymetry rozwarcia, jest już chyba 8 cm, z miłym zdziwieniem stwierdzam, że ominął mnie kryzys 7 cm. Doskonale. 

Wracamy do tańczenia. 

Cały czas wydaje mi się, że te skurcze są bardzo ok, a my w ich trakcie wychylamy się w delikatnie. Słyszę, jak Położna mówi do T, że nie da rady i musiałby oprzeć się o ścianę. On tłumaczy, że znamy tę pozycję z tanga, a poza tym to jest stolarzem i ma siłę. Otwieram na chwilę oczy i widzę, że stoi mocno zaparty jedną nogą w podłogę. Upst, chyba to wychylenie jest trochę mniej delikatne niż mi się wydaje. 

Wracamy do tańca. Pamiętam jeden skurcz, który był jakoś mocno bolesny: mam wrażenie, że zmieniam wyraz twarzy na całkiem żałosny. Może ze 2 takie skurcze były. T przypomina sobie, że jest tens i w sumie można by go użyć. Dziewczyny przytakują. Myślę, że może to nie głupi pomysł, bo między skurczami już też trochę bolą mnie plecy, ale z tymi kablami będzie niewygodnie tańczyć. Bez sensu. 

Chcę tańczyć. 

W ogóle cały czas mam zamknięte oczy i nie do końca ogarniam, co się dzieje. Nie umiem odtworzyć, co robiły położne, gdzie siedziały, jak się zachowywały, czy dostały coś do picia. Sok pomarańczowy dostały i Drugiej Położnej smakował. Druga Położna jest przy mnie i mówi, że pięknie rodzę i świetnie sobie daję radę. Leje balsam na moją duszę. Badają tętno Młodego. Już po pierwszych uderzeniach słyszę, że jest to rytm, który znam z KTG w szkole rodzenia. 130 pytam, potwierdzają. Czyli pełen spokój. Jest doskonale. Dochodzimy tym masażem do pełnego rozwarcia. 

Ok. Miło, że ominęły mnie parte przy niepełnym rozwarciu, które trzeba powstrzymywać.

Zastanawiam się, co dalej. Wieszamy chustę do noszenia dzieci na drzwiach. Wieszam się na chuście z 2-3 razy, T podtrzymuje mnie za plecami (jak to jest możliwe, że on zawsze wiedział dokładnie, jak i gdzie stanąć, żeby było idealnie wygodnie pozostanie tajemnicą). Ale jednak ręce się trochę męczą. Dobra. 

Kładziemy się na worek sako. Mnie się cały czas wydaje, że nie dzieje się nic szczególnego i w ogóle jakoś tak spoko. Na komendę zaczynam przeć. 

I tu dwie niespodzianki: nie mogę ogarnąć z oddechem. Mam wrażenie, że powietrze zostaje mi u góry, nie umiem go skierować w dół. Oraz druga. Po jednym parciu prawie mdleję. Niemiła niespodzianka, bo wydawało mi się, że mam siły, żeby góry przenieść, a tu czuję mrowienie w ciele i ewidentnie prawie mdleję. Przykrusek. Jeszcze z dwa skurcze, ale nie jestem w stanie przeć na jednym skurczu więcej niż raz (za krótkie?). Martwi mnie to, że zemdlałam, więc mówię, że wszystko jest bardzo ok, ale chyba potrzebuję pozycji, w której skurcze zadziałają same bez parcia, bo nie mam na nie siły. 

Prę jeszcze kilka razy, raz bardzo mocno i jakoś tak sobie wyobrażam, że zbliżamy się do końca i może właściwie zaraz urodzę. Złudzenia. Dziewczyny myślą, co robić. Jakoś tak myślimy o kolankowo-łokciowej, ćwiczyłam oddychanie do niej na zajęciach. Może będzie lepiej. Kilka razy próbuję ułożona na worku sako, ale jakoś tak nie idzie. T jest cały czas ze mną, cały czas dokładnie tam, gdzie powinien być. 

Położna proponuje, żeby spróbować w sypialni na leżąco, na boku. To przenosimy się do sypialni. Najpierw na lewym boku, jakoś też nieszczególnie to idzie. Cały czas mam wrażenie, że nie mogę ogarnąć oddechowo i jest mi dość słabo. Przewracają mnie na prawy bok – jest lepiej, ale skurcze nadal są słabe i nie bardzo mogę na nich sensownie przeć. 

Wtedy przypominam sobie, że są żelki. Druga Położna je przynosi, a ja wcinam półtorej paczki. Dziewczyny radzą, żebym parła tylko na mocnych skurczach, a słabsze przeczekała. Przeczekuję oddychając, jest ok. Położna mówi, że może spróbujemy w pozycji „na żółwia”, czyli na plecach. To mi się bardzo średnio podoba, zwłaszcza w świetle tony lektur o tym, że jest to najgorsza możliwa i niefizjologiczna pozycja. Położna mówi, że czasem jednak pomaga i na tym etapie to pomoże Młodemu dobrze się wstawić. OK. 

Kładziemy się na plecy. Dramatu bólowego nie ma, ale nie czuję, żeby to jakoś szczególnie pomagało. Jakoś po drodze jeszcze chyba z dwa razy prawie mdleję i to, co się dzieje zaczyna mi się powoli rozmywać. 

Wracam na prawy bok. Chyba. Skurcze robią mocniejsze, a ja faktycznie mogę przeć. 

Czuję pojawiającą się między moimi nogami główkę. Dziewczyny mówią mi, że mogę jej dotknąć. Robię to, głaszczę główkę naszego syna. Myślałam, że strzał energii będzie większy, ale i tak ją głaszczę. Prę. Czuję, jak główka się pojawia, już prawie wychodzi, ale gdy tylko przestaję przeć, to się cofa. Jakby ją coś zasysało do środka. I tak z 5, może 7 skurczy. Ja prę, a on wraca. 

Zaczynam się na Młodego irytować. No bo co w końcu kurczę blade, jakby to powiedział Mikołajek. Dziewczyny pytają, w jakiej pozycji chciałabym ostatecznie urodzić. Nie mam pojęcia. Proponują stołek porodowy, przenosimy się na niego. T siada za mną. Znowu idealnie tam, gdzie miał być. Prę. Ale jakoś dziewczyny mówią, że to nie to (nie kojarzę dlaczego) i wracamy do pozycji na boku. 

T mówi coś o dźwigni i ja wreszcie kumam, na czym to ma polegać. 

Ewidentnie zaczynają też działać żelki i czuję, że mam więcej siły. Położna też pokazuje mi punkt, w który mam przeć i to mi wreszcie pomaga się ogarnąć oddechowo. I znowu ten sam numer z cofającą się główką. Teraz się irytuję na Młodego. 

Dość tego. I zaczynam chyba naprawdę konkretnie przeć. Po cztery, pięć razy na skurczu. I czuję, że mogłabym jeszcze więcej razy, ale dziewczyny mnie powstrzymują. Prę dalej i czuję moc i słyszę T, który bez przerwy z prawdziwą i niezwykłą fascynacją w głosie mówi mi, że jestem niesamowita. To jest dla mnie bardzo ważne. 

Później słyszę, że położne mówiąc coś o rączce. Żegnaj moje wymasowana z taką determinacją krocze, myślę. A później chyba jeszcze jedno parcie i czuję, jak coś na kształt królika wysuwa się z mojego ciała. 

Położne kładą mi Młodego na brzuchu. 

Metafizyka. Ekstaza. Euforia. 

Urodziliśmy naszego syna. Jest 20:35.

Ania i Mieszko

Ania i Mieszko

Oczekiwałam czegoś takiego, co zwali mnie z nóg i sprawi że ściany zadrżą w posadach od mojego wrzasku, a tymczasem nic…

29.05.2017

Kilka lat temu, kiedy nie planowałam jeszcze ani trochę powiększania rodziny, wręcz deklarowałam, że nigdy żadnych dzieci, zainteresowałam się ideą porodów domowych. W ogóle zainteresowałam się samym przebiegiem porodu tak po prostu, żeby mieć jakąkolwiek wiedzę na ten temat mimo, że mnie to miało nie dotyczyć. Tego przecież nie uczą w szkołach. 

Obejrzałam parę filmów. Ze zdziwieniem odkryłam, że wcale mnie to nie obrzydza, choć jest to brudne, krwawe, bolesne widowisko, natomiast niezwykle… rozczula. 

Kiedy wreszcie dojrzałam do macierzyństwa i któregoś dnia ze zdumieniem stwierdziłam, że jestem w ciąży, wiedziałam, że spróbuję urodzić w domu. W czwartym miesiącu ciąży zaczęłam szukać położnej, która mogłaby się nami zaopiekować pod koniec maja. 

Na moje zapytania mailowe odpowiedziała jedna osoba. Stwierdziłam, że widać tak ma być, że właśnie ona, skoro nikt inny nie ma czasu w tym terminie. Dodatkowo okazało się, że mieszka raptem 3 km od nas, więc fajnie, blisko. W trakcie ciąży spotkałyśmy się dwa razy. Pierwszy raz na wizycie, gdzie poznawałyśmy się, omawiałyśmy moje wątpliwości i tysiąc kwestii medycznych, gdzie zostałam zbadana i dowiedziałam się wielu kluczowych rzeczy, których żaden lekarz nie raczył mi powiedzieć. Drugi raz w końcówce ciąży, u nas w domu, żeby obejrzeć “plac boju” i podpisać umowę.

Ciąża przebiegała u mnie książkowo, lekarze nie mieli za wiele do roboty, zlecali kolejne badania, wszystko w normie. Tylko na miesiąc przed porodem zostałam nieco wystraszona przez moją lekarkę prowadzącą, że szyjka jest bardzo spłycona i że mogę zacząć rodzić w każdej chwili… 

Bardzo mnie to zmartwiło, bo gdyby nastąpił przedwczesny poród, musiałby się odbyć w szpitalu. Przez dwa tygodnie chodziłam jak na szpilkach, żeby się czasem nie zaczęło, unikałam wysiłku itd. Na szczęście mój organizm stanął na wysokości zadania i donosiłam ciążę. 

Co więcej, poród nie zaczął się ani w 37, ani w 38, ani nawet w 39 tygodniu. Termin miałam wyznaczony na 27 maja. Gdybym nie zaczęła rodzić do tego czasu – pierwszego dnia po terminie miałam się stawić na KTG. Tak też się stało. Była to niedziela. 

Jednak tego dnia coś się zmieniło… Zaczęło się bardzo niewinnie. Kiedy wstałam o świcie do toalety stwierdziłam, że być może odszedł mi czop śluzowy i znalazłam pierwsze ślady krwi na bieliźnie. Mając w pamięci opowieści mojej mamy, której pierwszy poród zaczął się właśnie od czegoś takiego, poczułam, że tym razem to chyba jest coś na rzeczy. 

Jednak poza tą odrobiną krwi, nic nie wskazywało na to, że miałoby się coś zacząć. Zgodnie z ustaleniami, pojechaliśmy do szpitala na KTG, zostałam też zbadana przez swoją położną, z którą miałam rodzić. 

Werdykt był raczej mało obiecujący… Równie dobrze może to potrwać jeszcze kilka dni. KTG nie wykazało niczego szczególnego. Zapisało się kilka niebolesnych skurczy (w końcówce ciąży miałam ich baaaardzo dużo, czasem co kilka minut przez 3 godziny) i kilka ruchów dziecka. Norma. 

Wróciliśmy do domu, a ja musiałam uzbroić się w cierpliwość. Jednak tego dnia krążyłam niespokojnie i zaczęłam notować nawet te niebolesne skurcze. Ale jedynie okresowo występowały z jako taką regularnością, maksymalnie co 10 min. Nic spektakularnego. Natomiast mi nie dawała spokoju myśl, że jak to, przecież u mamy dokładnie tak się zaczęło… Tylko u niej po mniej więcej godzinie, dwóch pojawiły się pierwsze skurcze, a tu nic. 

Wieczorem zadzwoniłam jeszcze raz do położnej, żeby zdać jej relację. Poleciła mi na wszelki wypadek wypić jakąś meliskę, wziąć dwie nospy i położyć się wcześnie spać, żeby porządnie odpocząć. Tak też zrobiłam. 

Nie dane mi było jednak pospać, już niebawem wybudziła mnie bolesność w dole brzucha… Drzemałam – już raczej na siłę – jeszcze jakieś dwie godziny. Po tym czasie wstałam, zasiadłam do komputera i zaczęłam obserwować, liczyć i notować. Nie dało się ukryć, to były skurcze, słabiutkie, ból taki jak przy miesiączce, ale regularne, coraz częstsze i stopniowo coraz mocniejsze. Oczywiście, to nadal mogły być skurcze przepowiadające, mogło się to rozpłynąć, ale ja czułam że to JUŻ. To było dziwne uczucie, tyle razy wyobrażałam sobie ten moment, wizualizowałam sobie poród, na pewno podświadomie bałam się go trochę, na pewno chciałoby się odsunąć to w nieskończoność albo sprawić żeby jakimś cudownym sposobem już było po wszystkim, a tymczasem TO właśnie się działo. 

Byłam zupełnie spokojna i może trochę radośnie podniecona.

Czas mijał, akcja powoli się rozkręcała, co półtorej godziny dzwoniłam do położnej i zdawałam jej relację. Trochę miałam wyrzuty sumienia, że ciągle przerywam jej sen, ale musiała być zawczasu świadoma sytuacji. Czas leciał bardzo szybko, włączyłam sobie ulubioną muzykę i trochę krążyłam po domu podrygując, trochę leżałam. O pierwszej w nocy dołączył do mnie mąż i już razem liczyliśmy i odmierzaliśmy czas. 

Wreszcie, około 4:30, w czasie kolejnego telefonu do położnej zdecydowałyśmy, że powoli może się do nas wybierać. Nie czułam jeszcze takiej potrzeby, ogólnie czułam się dobrze i bezpiecznie w domu sama z mężem. 

Ból nasilił się na tyle, że zaczynałam już mruczeć w skurczach i skupiać się na rozluźnianiu. Mniej więcej pół godziny później położna była już u nas. Oczywiście zaczęło się od badania i skromnej nadziei, że mimo łagodnych do tej pory skurczy będzie jakiekolwiek rozwarcie. Było! Dobre 3-4 cm. Walczyliśmy dalej. 

W miłej atmosferze, przy muzyczce, żartach i opowieściach wszelkiej maści. No, powoli przestawałam być w stanie mówić w czasie skurczu, czasem opowieść była poszarpana. 

Tym sposobem dotrwaliśmy nie wiadomo kiedy do godziny 9, kiedy to okazało się, że właściwie mogę powoli próbować przeć. Nieco wcześniej dołączyła do nas druga położna, która miała asystować przy finale. Jakieś mi się to dziwne wydało, żadnego kryzysu, “łagodne” skurcze. Oczekiwałam czegoś takiego, co zwali mnie z nóg i sprawi że ściany zadrżą w posadach od mojego wrzasku, a tymczasem nic… Jak to mówią, miłe złego początki! 

Wszędzie czytałam, że najtrudniej doczekać pełnego rozwarcia, a potem to już pikuś. U mnie było dokładnie odwrotnie. 

Okazało się, że wcale nie mam wielkiej ochoty przeć, ani instynkt nie podpowiada mi kiedy i jak to robić. Dodatkowo szyjka, mimo rozwarcia, jakoś tak “zamykała się/zawijała?” nad głową malca i nie chciała go przepuścić. 

Moja położna trochę musiała nią pomanewrować, żeby ułatwić główce przeciśnięcie się i przyznaję, były to najbardziej bolesne chwile porodu. Gdzieś w trakcie tego odeszły mi wody. Potem z kolei, nie umiałam sobie znaleźć żadnej sensownej i pasującej mi pozycji do tego nieszczęsnego parcia. Znowu, gdyby nie pomoc położnej, która sama zaproponowała najbardziej efektywną pozycję (w kucki), pewnie robiłabym to zupełnie na pałę bez najmniejszego efektu. Jak już wspomniałam, skurcze były słabe, rzadkie, czasem nawet co 3 minuty. 

W związku z tym mąż dostał niebagatelne zadanie – drażnienie sutków w celu wyprodukowania naturalnej oksytocyny. I faktycznie, masował tak w przerwach między skurczami przez całą drugą fazę porodu. Pod koniec miałam już tego serdecznie dosyć! 

Kryzys przyszedł kiedy po raz kolejny sięgnęłam do krocza i po raz kolejny stwierdziłam, że główka jest CAŁY CZAS na tej samej wysokości, pomimo że dawałam z siebie wszystko. Młody wysuwał się i cofał, wysuwał i cofał… Naprawdę byłam zawiedziona. Zdawało mi się, że jestem silna, że raz dwa wypchnę malca a tu guzik! 

W tamtej chwili byłam tak zdesperowana, że błąkały mi się po głowie myśli o nacinaniu i podawaniu oksytocyny, byleby tylko jakoś to poszło. O ironio! Modliłam się w duchu, żeby gdzieś w czeluściach torby mojej położnej znalazła się jakaś malutka ampułka z tą substancją… Tymczasem trzeba było zacisnąć zęby, dosłownie, i zmagać się dalej. Zagrzewana do walki przez obie położne i męża parłam ile wlezie. Kiedy już byłam absolutnie załamana i zrozpaczona, nastąpił przełom. To chyba ten słynny kryzys i wyrzut adrenaliny potrzebny aby dokończyć dzieła… Maleństwo przyszło na świat tuż po 11, po dwóch godzinach parcia. Oczywiście, okręcone pępowiną, ale całe i zdrowe. Boże, co za ulga… 

Z podłogi, z klęczek, przeszłam na sofę, gdzie miałam jeszcze urodzić łożysko. Maluch oczywiście od razu trafił na mój brzuch. Nastąpił szereg czynności wykonywanych w zawrotnym tempie, połowy z nich nie ogarniałam, 6 rąk oceniało, wycierało i okrywało dziecko, zaciskało klips na pępowinie, a następnie przecinało ją, wycierało mnie z krwi i smółki, zbierało stosy brudnych prześcieradeł, ręczników i podkładów medycznych (no, może nie całe stosy, ale trochę tego było), badało brzuch, oczekiwało na urodzenie się łożyska itd. Łożysko urodziło się bardzo szybko, na szczęście całe. 

Po oględzinach krocza okazało się, że pękła jedynie śluzówka – nieznacznie – położna założyła parę szwów. Chyba zaraz po tym, jak już byliśmy wreszcie ogarnięci i przestałam wreszcie pojękiwać z bólu – tak, niestety, moment urodzenia dziecka to jeszcze nie koniec cierpienia – zaczęliśmy próby przystawiania do piersi. 

Po ostatecznym zakończeniu wszystkich niezbędnych czynności, mogłam przejść do sypialni, gdzie zostałam wygodnie ułożona i kontynuowaliśmy naukę ssania. Trwało to czas nieokreślony, w ogóle czas nie istniał dla mnie tamtego ranka. Domyślam się, że po około ustawowych dwóch godzinach, położna ponownie zbadała maluszka, zważyła, zmierzyła, ubrała i zajęła się z kolei mną, pomogła przejść pod prysznic itd. Nie wiem, ile czasu jeszcze z nami była, na pewno wypełniała stosy papierów i udzielała nam ostatnich rad. Wreszcie (niestety), zamknęły się za nią drzwi, a my zostaliśmy z tym „fantem”… ale to już inna historia.

Podsumowując… Mówią, że poród jest jak przebiegnięcie maratonu. Ja bym tego tak nie nazwała. Na pewno nie przebiegłabym takiego dystansu, musiałabym umrzeć gdzieś na piątym kilometrze… natomiast udało mi się urodzić. Będę to wspominać jako jedno z najlepszych doświadczeń w moim życiu. 

Przez cały czas byłam absolutnie spokojna, że wszystko przebiega prawidłowo, no może z wyjątkiem tego chwilowego kryzysu. Czułam się absolutnie zaopiekowana, bezpieczna. 

Mam jednak poczucie, że moje ciało i mózg nie zareagowały na poród w stu procentach książkowo. Nie odczułam “wyłączenia się” z rzeczywistości i “włączenia się” gadziego instynktu, nie było żadnej “pierwotnej mocy” ani “przepływu energii”. Tylko ciężka praca. Za to miałam poczucie, że mnie tam wtedy nie było, że jakbym patrzyła na to wszystko z boku, jakby to nie działo się ze mną. Nigdy wcześniej nie czułam się w ten sposób.

No i ostatnie wielkie rozczarowanie: mówią że ból przychodzi i odchodzi, prawda jest taka, że na zmianę boli bardzo i nieco tylko mniej…

Ola i Bartosz

Ola i Bartosz

Ja znów się wyluzowałam. Dziewczyny odpoczywały w kuchni przy herbatce, my oglądaliśmy kabarety. Śmiechu było co niemiara o 4-tej nad ranem!

Życie toczyło się… 

Ponieważ historia lubi się powtarzać, a my należymy do ludzi otwartych na życie… rok później zakiełkowało małe Ziarenko!

Od początku byliśmy pewni, że mamy synka, toteż mówiliśmy do niego po imieniu. Bartosz rozwijał się prawidłowo, rósł nieziemsko. Porównywałam badania – jak to facecik – większy, cięższy, silniejszy.

Zuzia często pytała: 

“Mamusiu, a w którym pokoju będzie się Baltos lodził?”

Czyli znów wiadomo było, że nie ma mowy o szpitalu. Instynktowne pytanie dziecka. Ono wie, ze poród jest czymś zupełnie naturalnym. 

Gdzie może być bardziej naturalnie, zwyczajnie, niż w domu. 

Sporadyczne pytania i sugestie już nie robiły na nas wrażenia. Z uśmiechem czekaliśmy na Bartosza.

Nadszedł termin porodu, cały ten czas był dla mnie wyjątkowy. Wiedziałam, że drugi poród może być szybki i przyznam – był lekki stres. Od porodu Zuzi zdążyliśmy przeprowadzić się dwa razy. Aktualne mieszkanko było dla mnie nowe – zaledwie kilkudniowe. Zapowiedzią porodu było nic innego jak mycie okien pod nieobecność męża, a że większe mieszkanie to i namachać się musiałam ostro.

W piątym dniu po przeprowadzce, a już trzy dni po terminie wskazanym przez USG, chyba pojawiło się coś na kształt skurczy. 

Odprawiłam moją córeczkę do zestresowanej siostry i jak na złość nie mogłam dodzwonić się do Mateusza. Pomaszerowałam zatem do wanny i w kąpieli zadzwoniłam do Marii, a tu zagwozdka! 

Maria ma rodzinną imprezę, ale obiecuje, że przyjedzie. Mąż na szczęście też przyjechał. Od 18-stej, kiedy to zarejestrowałam regularne skurcze, wszystko zdążyło klapnąć. Jak przyjechała położna, około 23-ciej, to w zasadzie całkowicie się rozregulowałam.

Po badaniu wiedziałam, że jakieś tam rozwarcie sensowne jest i że jest szansa na poród. Tylko nie wiadomo było kiedy. Uzgodniłyśmy z Marią, że ona jedzie dalej się bawić, a ja mam ją informować o przebiegu sytuacji. 

Krótko po jej wyjściu skurcze się nasiliły. Znowu wskoczyłam do wody i dałam znać Marysi. Nie chciałam psuć jej rodzinnej atmosfery, toteż po obdzwonieniu położnych, okazało się, że jest jedna, która wraca właśnie z „fałszywego alarmu”. Maria obiecała pojawić się rano jeśli nie urodzę do tej pory.

Przyjechała Edytka. Bartosz jakby wyczuł sytuację i wyluzował. Skurcze także wyluzowały. Wszystko wyluzowało. 

Woda pochłonęła mnie bez reszty. Trzeba było zatem wyczołgać się na ląd, coby wzmóc akcję porodową. Bardzo marnie się zapowiadało. Kurczyłam się nieregularnie, boleśnie i mniej boleśnie.. Duże odstępy czasowe między skurczami prowokowały organizację czasu. I tak upłynął wieczór i noc. 

Nad ranem zjawiła się… Maria. Moje dzieci chyba potrzebują tej położnej! Ja znów się wyluzowałam. Dziewczyny odpoczywały w kuchni przy herbatce, my oglądaliśmy kabarety. Śmiechu było co niemiara o 4-tej nad ranem!

W końcu zaczęło się na dobre. Bartosz wiercił się jak szalony, a i Edyta nie dawała mi spokoju. Badała w każdym skurczu. Poczułam, że odeszły mi wody. Myślałam sobie: kurcze, czemu teraz, czemu na moim ulubionym tapczanie. Zanim się zorientowałam, już znalazłam się w pozycji kucającej, a Edyta wołała:

„pchnij go, jeszcze troszeczkę i przytulisz Bartoszka!” 

Przyznam szczerze, że w tym porodzie objawił się mój operowy wokal. Nie przypuszczałam, że jestem w stanie coś takiego z siebie wydobyć! Niemniej jednak niesamowicie mi to pomagało. Także w 17 minut udało mi się wyśpiewać syna.

Cudnie było znów poczuć tę ulgę i mieć Maleństwo przy piersi. Znowu pękłam (jak się okazało), ale czy to ważne? 

Bartosz był z nami – to się liczyło. Urodziłam w sypialni, wymalowanej dwa tygodnie wcześniej, z kilka dni wcześniej umytymi przeze mnie oknami. Przy moim łóżku, do którego, po szybkim prysznicu się wdrapałam i z synem przy piersi usnęłam.

Mateusz chyba dostał kopa. Siedział jakiś czas z dziewczynami w kuchni. Jak ochłonął, powiedział mi co go tam trzymało.

Bartosz miał owiniętą pępowinę wokół szyi. Edyta nie panikowała, pracowała z nim. Dlatego tak wiercił się w tym porodzie, próbował się wymotać. I z pomocą ciotki Edyty, udało mu się! 

Wiem też jaki byłby schemat działania szpitalnego. Kiepska akcja porodowa, marne skurcze, podajemy oksytocynę. Akcja przyspiesza, pępowina się zaciska, dziecko nie ma szans na wymotanie. Decyzja – cesarskie.

To nie mój wymysł, to słowa doświadczonych położnych, które oprócz domowych, przyjmują również porody w szpitalu.

Naszego synka nikt nie ponaglał, sam dobrze wiedział ile czasu potrzebuje, żeby poradzić sobie z trudną sytuacją. Dzięki tym marnym skurczom, dzięki Edycie, dzięki porodowi w domu, mogłam urodzić naturalnie. Dzięki Bogu! Był to dla nas olbrzymi cud!

Potem „procedura” standardowa. My śpimy, dziewczyny zajmują się papierologią, całują nas na pożegnanie i widzimy się następnego dnia. 

Mieliśmy problem z neonatologiem. To był czas letnich urlopów i nikt nie chciał się do nas ruszyć. Nieźle się nagimnastykowaliśmy, a i tak pani doktor zjawiła się następnego dnia. 

Nie ukrywała zdumienia, podobnie jak i ja. 

Bartosz miał 4,5 kg i 60 cm długości. Uff. Daliśmy radę i tym razem. 

Wieczorem mąż przywiózł Zuzię od cioci. Po ucałowaniu braciszka spytała: 

“Mamusiu, to co ty masz teraz w brzuszku?”

CDN 

Monika i Tosia

Monika i Tosia

Uwierzcie mi, wystarczy zmiana myślenia w naszej głowie, aby ból skurczy zamienić w odczucia całkiem miłe i w dodatku pełne sensu.

To może czas też na mnie i moje wspomnienie. Przepraszam, że takie przydługie…

Do porodu domowego przygotowywałam się od początku ciąży, zaraziłam swoim pomysłem też męża, który po pierwszym spotkaniu z położną nie miał już wątpliwości i jak się z czasem okazało stał się jedynym moim sprzymierzeńcem. 

Decyzja ta wypływała z głębokiego przekonania, że to jest najlepsze dla: mojego dziecka (którego po opuszczeniu bezpiecznego i ciepłego miejsca nie będą dotykały obce ręce, będzie tulone tylko przeze mnie i swojego stwórcę), dla mnie ( bo to ja rodzę swoje dziecko, a nie zespół lekarzy) i całej mojej rodziny (mam dwoje starszych dzieci – pełnoletniego syna i nastoletnią córkę, którzy wyobrażenie o porodzie maja raczej straszne niż piękne). 

Dodatkowym argumentem było wspomnienie z poprzedniego szpitalnego porodu. Chociaż wszystko dobrze się skończyło, to cały poród i pobyt w szpitalu był na tyle traumatyczny, że długi czas potrzebowałam pomocy psychologa, aby dojść do siebie. Przede wszystkim zabierano dziecko, zwyczajowo co dzień na badania i kąpiel, ale również na noc, aby mamy mogły odpocząć. 

Tylko ja nie chciałam odpoczywać miałam dużo siły i chciałam opiekować się swoim dzieckiem. Codzienna walka z pielęgniarkami o to, aby mi jej nie zabierano zostawiła ślady do dziś, mimo że córeczka ma już 13 lat nadal jak jej dłużej nie widzę, odczuwam niepokój, niestety.

Na tytle bardzo byłam zdecydowana na poród domowy, że nawet brak kwalifikacji mnie nie zraził.

Miałam całkowite, wewnętrzne przekonanie, że wszystko będzie dobrze. 

Może nie powinnam tak pisać, żeby nie rozbudzać apetytu u innych planujących poród domowy z brakiem kwalifikacji, ale u mnie poród domowy udał się niemal idealnie. 

Miałam brak kwalifikacji ze względu na: wysokie ryzyko zespołu Downa (1:24), liczne mięśniaki, „cukrzycę” ciążową i jako wieloródka po 40 roku życia. 

Miałam problem, aby znaleźć położną, która by poród odebrała, a w zasadzie usłyszałam, że z takimi wynikami nikt w całej Polsce tego porodu się nie podejmie. 

Długo szukałam i po wielu odmowach udało mi się znaleźć wspaniałą położną. Niestety mój termin porodu (1.01.2016) pokrywał się z jej wyjazdem na urlop. Więc znowu nici. 

Nie poddałam się, szukałam dalej. W końcu udało mi się namówić jedną, która nie była całkiem przekonana, spotkanie „organizacyjne” miałyśmy 22 grudnia. 

Jako że nadchodził czas świąt, a położna miała dyżury w szpitalu, więc spisałam sobie dni, w których jest w pracy, szepcząc do Tosi do brzuszka, że w tych dniach ma zakaz przychodzenia na świat. Ta położna była moją ostatnią nadzieją…

Wszystko zaczęło się niewinnie po południu 30 grudnia. Po całym dniu spędzanym w kuchni na przygotowaniu potraw na sylwestra, wygodnie położyłam się na sofie, aby udać się na zasłużony odpoczynek. W zwyczaju miałam podczas takiego odpoczynku nadrabianie rozmów telefonicznych albo słuchanie relaksacji porodowych i powtarzanie afirmacji. 

Było około 17:30, leżąc poczułam, że jest mi nienaturalnie mokro, przyzwyczajona przez ostatni okres ciąży do korzystania z toalety kilka razy w ciągu godziny (śmiałam się, że doskonale rozumiem mężczyzn z prostatą), chcąc nie chcąc podniosłam się, aby pójść tam po raz kolejny. 

Ale już wstając coś mi się nie zgadzało, bo ciecz się sączyła cały czas. Ooooo, to chyba nie to. 

Aby empirycznie ustalić cóż to za ciecz, postanowiłam zbadać odczyn pH za pomocą papierka lakmusowego, który jak każda przykładna żona pracownika laboratorium posiadam w czeluściach kuchennych szafek. 

Szybka diagnoza iiiiii yes, yes, yes – zaczęło się – papierek wykazał pH wód płodowych (zrobił się zielonkawy). 

Euforia i radość, zaczęło się.

Mniej więcej o tej samej porze nieśmiało pojawiły się skurczyki. Przepiękne, cudowne, jeszcze leciutkie i króciutkie, ale bardzo częste. Kartka, długopis i już zapisujemy, historyczna pierwsza zapisana godzina to 18:21. 

Telefon do siostry i położnej: „Kochane zaczęło się, przyjeżdżajcie”. W swoim grafiku położna miała wolne. 

Ja tymczasem w pełnej euforii i radości zaczęłam wdrażać w życie plan, jaki przygotowywałam na tę okoliczność przez ostatnie pół roku. Z pełnym uśmiechem na ustach i poczuciem ogromnego szczęścia udałam się pod prysznic, następnie ułożyłam sobie włosy, aby pięknie wyglądać witając moją Tosiunię na świecie. W ostatniej chwili zrezygnowałam z makijażu myśląc, że jednak powinna zobaczyć mnie i poczuć całkowicie naturalną, poza tym w czasie porodu mogłabym się rozmazać i efekt byłby odwrotny do zamierzonego. 

Trochę te moje przygotowania przypominały szykowanie się do bardzo ważnego wydarzenia w moim życiu… Co ja piszę – do najważniejszego wydarzenia w moim życiu – urodzenia w pełni świadomie i samodzielnie mojego dziecka!

Cały czas czułam mieszankę podekscytowania, radości, euforii i…. trudno to opisać słowami. 

Ze szczęścia unosiłam się nad ziemią…, a każdy skurcz zamiast bólu przynosił świadomość, że moja ukochana córeczka zbliża się do mnie. 

Uwierzcie mi, wystarczy zmiana myślenia w naszej głowie, aby ból skurczy zamienić w – może nie przyjemność (słyszałam o porodach z orgazmem, mnie się nie udało, choć było blisko), ale odczucia całkiem miłe i w dodatku pełne sensu (każdy skurcz to większe rozwarcie a dziecko coraz niżej).

Nagle dzwoni telefon. Zadzwoniła położna, że ona jednak nie przyjedzie bo… „zapomniała pieczątki z pracy”. No powód to może jest, dla mnie całkiem nieważny i drugorzędny, ale jest. 

Będąc w totalnym szoku zaczęłam coś mówić, żeby mnie nie zostawiała w takiej sytuacji, że to już czas, że nie chcę do szpitala, a sama przecież nie urodzę…

W zasadzie mało pamiętam co mówiłam, a i z przytoczonej wyżej atmosfery radosnego oczekiwania niewiele zostało. 

Odłożywszy słuchawkę, chcąc nie chcąc zaczęłam, płacząc i połykając łzy, szykować spakowane torby, moją i Tosi do szpitala. Wiedziałam że poród będzie piękny i mój, i całą energię skupiłam właśnie na nim odrzucając wizję miejsca. 

Wiedziałam, że to już ostatnie godziny rozłąki z moim dzieciątkiem i że już niedługo będę tulić ją w ramionach. Mąż i siostra, również zasmuceni pomagali mi w szykowaniu, poprosiłam ich, aby dali mi kwadrans, abym mogła dojść do siebie i abym przestała się mazać. 

Po tym czasie mieliśmy zadecydować co i jak robimy dalej. I do jakiego szpitala jedziemy, bo w zasadzie nie zadecydowaliśmy o tym wcześniej. Na wspomnienie tych chwil do dziś oczy zachodzą mi łzami. Nie byłam jeszcze na takim rozwoju świadomości porodu, aby zostać sama w domu, niestety. 

Nagle otwierają się drzwi i staje w nich położna z całym „ekwipunkiem” do przyjęcia porodu. Zbaraniałam, wykrztusiłam „dobry wieczór”, a Pani położna na to: „no przecież nie mogłam Cię tak zostawić”. Do dziś w to nie wierzę. 

Ponownie zaczęliśmy szykować sypialnię na miejsce przyjęcia Tosi, a potem zrobiliśmy herbatkę i czekaliśmy na rozwój wydarzeń. Ok. 20:00-20:30 po badaniu miałam 5 cm rozwarcia. 

Położna świetnie kierowała moim oddechem, mąż i siostra na zmianę przy najgorszych skurczach pomagali mi je łagodzić. Te już były bardzo silne i długie, ale nadal miałam pełną świadomość, że to dzięki nim już niedługo zobaczę moje dzieciątko. 

Bardzo dobrze sprawdziła się duża piłka porodowa, pozwalała na łagodne przeżywanie skurczy. Położna czasem kazała mi kłaść się na boku, ale ta pozycja była dla mnie mniej komfortowa. Cały czas też monitorowałam tętno małej, generalnie nawet nie ruszały jej mocne skurcze. Serduszko biło szybciutko i równiutko przez cały czas porodu. 

A my się rodziliśmy w spokoju, przy świecach, muzyce relaksacyjnej, we wspaniałej rodzinnej atmosferze. 

Pomiędzy skurczami odwiedziłam w pokojach moje starsze dzieci tłumacząc im, że tak właśnie wygląda poród i że nie ma to nic wspólnego z tym co znają z filmów i opowieści, że nie ma się czego bać. Starszaki jednak wydawały się całkowicie pochłonięte strategicznym zdobywaniem leveli w jakiejś grze i tylko łaskawie na moment zdjęli słuchawki z uszu, popatrzyli na mnie powiedzieli „ok” i wrócili do gry. Ech ta młodzież…

Dziś wiem, że to była ich reakcja obronna, bali się o mnie, bali się tego porodu, myślę że dla nich to była duża lekcja życia.

Przed 22 położna zbadała mnie po raz kolejny, nadal 5 cm. Dziwne – ponad godzinę naprawdę silnych skurczy, a ja się nie rozwieram… dziwne. 

Położna (jak się potem okazało całkiem specjalnie, tak ponoć się robi, aby kobieta się otwarła) stwierdziła, że wyskoczy na chwilę do domu po coś tam. Zgodziłam się, bo skoro tak wolno to idzie to ok, ja w tym czasie wymyśliłam sobie ciepłą kąpiel (już w czasie porodu okazało się, że nasza sypialnia jest nieco zimnym miejscem), stąd ciepła kąpiel złagodzi skurcze i trochę mnie rozgrzeje.

Było może 10 minut po 22, a ja jeszcze pod prysznicem czuję maksymalne skurcze parte nie do opanowania. Minę musiałam mieć nietęgą, bo zarówno siostra, jak i mąż, mieli lekkie przerażenie w oczach. 

Jedyna rzecz, do której potrzebna była mi położna to określenie momentu pełnego rozwarcia i zielonego światła, kiedy mogę zacząć przeć. 

I nadejszła ta chwila, a jej nie ma… 

Mąż dzwoni po położną, telefon gra u nas w sypialni pozostawiony w torebce. Moje skurcze są już na tyle silne, że stoję ze skrzyżowanymi nogami przy łóżeczku, siostra w oknie monitoruje przejeżdżające auta. 

No nie było nam do śmiechu, choć chyba się śmialiśmy. I wreszcie jest, przyjechała, całe szczęście.

Dalej potoczyło się błyskawicznie. Szybkie badanie, pełne rozwarcie, widać już główkę, siostra mówi podekscytowana, że ma pełno włosów. 

Ja w ferworze parcia, a na to komenda położnej: „nie możesz przeć, śpiewaj”. Jak do jasnej ciasnej śpiewać i nie przeć na pełnych skurczach partych??? Mimo śpiewania i nie parcia mała urodziła się błyskawicznie o 22:34, na dwóch skurczach. Wylądowała u mnie na brzuszku, a darła się wniebogłosy (też nie ma głosu jak mama, choć słucha się jej przyjemniej). 

I tak po raz trzeci zmieniła się konstelacja gwiazd na naszym niebie, dwie starsze ustąpiły miejsca super Tosi, zresztą starszaki od razu oderwały się od swoich leveli w grze i przyszli ją zobaczyć. Ich miny bezcenne. 

Po wszystkim nieco mniej przyjemne rodzenie łożyska, szycie lekkiego pęknięcia (choć małe, to wyjątkowo krwawiące) i cały ten poporodowy obrzęd. 

Dla mnie nic się nie liczyło, ważne było tylko to, że Tosia jest już z nami. Zdrowa, cudowna trochę głośna jak na domowe dziecko, ważąca gdzieś około 3400 g (domowa waga nie jest najdokładniejsza). 

Dziś mijają dwa tygodnie, a ja ciągle nie mogę uwierzyć w to, co się stało. Cała składam się ze szczęścia. Ten poród nie miał prawa się zdarzyć, a jednak determinacja, wiara w swoje siły, moje bardzo dobre przygotowanie; zarówno fizyczne jak i psychiczne, wsparcie męża. 

Wielka odpowiedzialność: ścisła kontrola cukrzycy (ostatni miesiąc wyniki idealne, przez całą ciążę dieta, w sumie w ciąży schudłam 3 kilogramy), USG idealne, zapis KTG idealny, stały monitoring tętna przed i w czasie porodu. 

Muszę przyznać, że ani przez chwilę w czasie całego porodu nie obawiałam się niczego, położna bardzo profesjonalnie prowadziła go od strony „technicznej”, a ja robiłam to co ciało mi podpowiadało. 

Całe to wydarzenie bardzo mnie wzmocniło i dało poczucie, że my kobiety czujemy więcej niż najlepsze sprzęty diagnostyczne. Mamy siłę i moc i gdyby nie przeszkadzano nam w porodzie to nie byłyby tylu nieszczęść przy porodach, a sam poród byłby najszczęśliwszą chwilą w naszym życiu. 

Ja czułam całą sobą zarówno słuszność swojej decyzji, jak i to że wszystko będzie dobrze. 

I wszystko jest dobrze…

Aleksandra i Pola

Aleksandra i Pola

Kiedy nasza położna pojawiła się w drzwiach, trzymałam Poleczkę w rękach. Mały ufoludek w rajstopie. Tak wyglądała.

Witamy się kolejny raz. To już piąty!

I tym razem jest o czym opowiadać. Nie obyło się bez przygód. Ale po kolei..
Otóż do połowy ciąży nie mieliśmy pewności kto zacz w tym brzuchu.. Potrzeba było planu imiennego w obu przypadkach. 

Zgoda była jedynie w przypadku dziewuszki. 

Cóż poradzić, 10 lat stażu małżeńskiego zobowiązuje do stawiania na swoim…
Na szczęście dziecko nie pozostanie bezimienne gdyż… jest dziewuszką. Apolonia. Imię bezsporne. A poród? Cóż…
Jako, że to nie pierwsze… obawiałam się czy aby nie przeoczę… 

Jednak Pola postanowiła mocno dać o sobie znać. Już dwa dni przed ewakuacją miałam bolesne skurcze. No ale dwa dni rodzić?!? Nie zniesę.
Owego dnia, a był to piątek, 27 lipca rankiem poczułam, że to może być TO. Chałupa nowa, wanny brak. Zadowoliłam się brodzikiem, celem sprawdzenia jakości moich skurczy (“zadowoliłam się” to jednak nie jest właściwe słowo).
No niby nie ustawały, niby trochę bolały. Nie specjalnie to wszystko jakoś szło. 

Mąż przezornie jednak dzieci odstawił w bezpieczną przystań (w tym miejscu jeszcze raz przytulam do serca M i P, przy czym P po wielokroć – ja wiem, że to niezapomniane wrażenia). 

Zalecenie położnej było takie: weź nospę, wypij meliskę i połóż się spać. Wzięłam, wypiłam i poszłam… oglądać serial, bo spanie nie przeszło. Za bardzo podekscytowana byłam chyba porodem (jakby to pierwszy był..). 

Skurczy nie przybywało, akcja rodem z drugiego mojego porodu – nuuda! Byłam in tacz z położną, i co rozmawiałyśmy, to słyszałam: zadzwoń za 1,5 h albo jak wydarzy się coś bardziej spektakularnego. To dzwoniłam…co 1,5 h.
Aż tu nagle…
Mąż przytaszczył wannę (czytaj napompował basen) do salonu. I zaczęło się rodzenie. Najpierw powoli, jak żółw ociężale…
W okolicach 17 było już nieco ciekawiej – skurcze silniejsze i nawet co drugi bolesny! Łał! Maria dalej kazała czekać na ciekawszy moment tej akcji.
No i ok. 20… Nagle gwizd! Nagle świst! Para buch! Pola w ruch! 

Akcja ruszyła z kopyta, zastanawiałam się co tak szybko…

Pół godziny później Maria była już w drodze do mnie. Polcia natomiast była bezlitosna, skurcze co 4 minuty i każdy coraz silniejszy. Nie wyglądało jakby chciała zaczekać na cioćkę!
Ok 22 to już nie były żarty, malutka pchała się mocno ciekawa tego świata. 

Czułam, że to będzie poród tylko mój… I tak się działo, Apolonia rodziła się w pęcherzu, nie potrzebowała niczyjej pomocy. Trochę się wystraszyłam czując główkę tuż tuż, ale przecież nie wepchnę z powrotem!
Kiedy nasza położna pojawiła się w drzwiach, trzymałam Poleczkę w rękach. 

Mały ufoludek w rajstopie. Tak wyglądała. 

Niesamowite – zobaczyć jak wygląda mały człowieczek w łonie…
Cała ta akcja trwała kilka minut i już mogliśmy Skarba tulić!
Spodziewałam się standardowego finału tej przygody: ja z Polką odpoczywamy, Mateo podgrzewa rosołek (napój bogów, z każdym porodem lepszy!), Maria uzupełnia papiry…
A tu nie! Przygodo witaj! Otóż dobrze by było urodzić łożysko. A ono nie zamierzało – ups! 

Po jakimś czasie potrzebowałam oksytocyny… poszło szybko, jeden skurcz i bach. Jest łożysko. Tyle, że nie całe. Został fragmencik. Smuteczek…

Potrzebny był transfer. To już nie smuteczek, to rozpacz. 

Szara włochata panika siedziała mi na ramieniu i wyła do zaćmionego księżyca, że nie chce się nigdzie ruszać…
A jednak, karetka zadzwoniona. Czekamy (nie próżnujemy, rzecz jasna, Maria ugniata macicę jak tylko się da. Musiała sobie odbić za niemożność badania – mnie – w – każdym – skurczu). 

Przyjechali w końcu, po drugim telefonie! Zafundowaliśmy godzinnemu dziecięciu jazdę samochodem w środku nocy. Plan był taki: dostaję znieczulenie ogólne, robią co trzeba, rano wychodzę do domu. W międzyczasie Pola trafia na oddział noworodkowy. Oj baaardzo nie chciałam.

Tymczasem w szpitalu (ostatni raz kiedy byłam w szpitalu to, nie licząc kilkugodzinnego epizodu z kolanem, jak się rodziłam…) trafiłam na dyżur bardzo zacnego lekarza, specjalisty od USG. Najpierw je zrobił, ocenił stan rzeczy i zapytał czy dam się “wyczyścić” bez znieczulenia? Absolutnie nieświadoma tego co to znaczy, zgodziłam się. 

Po kwadransie pan doktor oznajmił, że nie ma co mnie tam trzymać i sru do chałupy. Pola nie zdążyła się nawet rozgościć, ba, obudzić.

Wróciliśmy do siebie, cali i zdrowi! 

Dalej było już tylko piękniej, wiadomo – kupki, kolki.
27 lipca, kiedy Pola się rodziła, było zaćmienie księżyca. Grawitacja niesamowita. Potwierdzam!
W całej tej historii widzę palec Boży. Widziałam Go już wtedy, ale inaczej niż teraz, po czasie. Wtedy było we mnie dużo żalu. Nie brałam pod uwagę szpitala przecież…
Ale jak już trafiłam, to wyszłam obronną ręką. Ten lekarz, usg, brak znieczulenia… to wszystko sprawiło, że droga do PD wciąż otwarta.
A dziś widzę więcej. Nie polegam sama na sobie, mogę – czasem, jak WIDAĆ muszę – być zależna od innych ludzi. 

Być może po to szpital w tej historii. Żebym nie chojrakowała. 

Kto wie, może jeszcze kiedyś…

Sylwia i Daniel

Sylwia i Daniel

Sumując: poród – super! Niesamowite doświadczenie, idealne miejsce, great support.

Od czego się zaczęło? Z piątku na sobotę miałam w nocy takie bóle jak przy okresie, chyba były też te skurcze przygotowujące Braxtona-Hicksa, chociaż nie byłam pewna czy to skurcze czy nie (i dalej nie jestem). Mało spałam przez to, no i ciągle siku i siku. 

W sobotę rano to samo. Mąż napompował basen – i tak chcieliśmy przymierzyć jak się zmieści, zrobiliśmy małe przemeblowanie w naszym kuchnio-salonie. Ja ciągle nie byłam pewna czy to już się zaczyna czy nie, wybraliśmy się na spacer (jak się potem okazało tak właśnie zaczynała się I faza porodu).

Chodziliśmy prawie 3 godziny, z przerwą na burgera. Chciałam zjeść coś zdrowszego, ale ogromny nacisk na pęcherz sprawił, że pierwsze lepsze miejsce, w którym była toaleta okazało się naszym przystankiem na obiad (i tak nie był taki zły, ze świeżą sałatką). 

Potem zrobiliśmy zakupy – dużo zdrowsze: owoce, woda, przekąski, wszystko, co miało niedługo się przydać. Zdążyliśmy jeszcze skorzystać z bycia mężem i żoną przed zbliżającym się “postem” (ha, też taki porodo-wywoływacz).
Mieliśmy jeszcze ugotować coś zdrowego, ale mi już przeszła ochota na “duże” jedzenie – jogurt i chyba jakiś owoc i nic więcej już mi się nie chciało. Skurcze były coraz częstsze, a ja ciągle jeszcze się zastanawiałam czy to skurcze czy nie. 

Około 16.00 zadzwoniłam do mojej położnej Emmy i powiedziałam, że chyba coś się zaczyna, ale nie jestem pewna, powiedziałam że czuję coś co jakieś 10 min na 15 sekund, potem przechodzi. Potwierdziła, że wygląda jak początek i kazała mi dać jej znać, jak będzie częściej i dłużej, około 40 sekund. Ok. 

Pamiętam, że potem zaczęliśmy już całkiem przygotowywać nasze miejsce – powyjmowaliśmy te owoce, przekąski, ja jeszcze pozmywałam naczynia, muzyka relaksacyjna była już od jakiegoś czasu włączona. 

Wzięłam prysznic. Dobrze mi było w wodzie, potem chodziłam w kółko w wannie i się zastanawiałam – to już czy nie? 

Czop śluzowy (chociaż wolę tą angielską nazwę – show). Odetchnęłam z ulgą, ufff… to jednak TAK.

Cieszyłam się i dalej łaziłam w kółko w wannie. Odeszły mi wody – hura! Mierzyłam czas tych skurczy, wyszłam z wanny, chodziłam po domu, kołysałam się na piłce, oddychałam głęboko – tak jak uczyli na hypnobirthing. 

Zapaliliśmy świeczki, zgasiliśmy światło, zaczęliśmy aromaterapię – olejek lawendowy, na relaksację (potem szałwiowy, pomocny przy skurczach). Skurcze były już dłuższe, zadzwoniłam do Emmy. Słuchała przez telefon i sprawdzała na zegarku. Powiedziała że przyjedzie za pół godziny – super! Kochany zaczął napełniać basen. Czułam coraz mocniej te skurcze. 

Około 20.00 przyjechała Emma, zmierzyła mi ciśnienie i temperaturę, słuchała serduszka małego. Weszłam do basenu i zaczęłam się odprężać. Było mi super. Mąż co jakiś czas dolewał ciepłej wody, ja te skurcze czułam już na tyle mocno, że zaczęłam down-breathing, czyli wydechy mocne, z buczeniem. 

Dobrze mi się buczało. Na aaa, buuu i różne inne, śpiewanie w scholi okazało się tu całkiem pomocne. Skupiłam się tylko na oddechu, straciłam kontakt z tym co się działo dookoła (czyli weszłam w birthing zone, jak to śmiesznie określają w mojej książce) i buczałam dużo głośniej, nie ograniczałam się, wszystko jedno mi było co na to sąsiedzi (ci z naprzeciwka powiedzieli na drugi dzień że było cicho – akurat, ale ktoś z góry pukał w ścianę, mi tam było dobrze buczeć, policja nie przyszła, więc jakoś wytrzymali). 

W tej fazie mąż nie bardzo wiedział co robić, bo mówił coś do mnie, ja nie odpowiadałam, nie chciałam nic od nikogo, buczałam i już. Wybacz kochany – doceniam Twoją obecność, a jakoś nie miałam ochoty na masaże czy cokolwiek innego.

Emma co jakiś czas sprawdzała jak tam serduszko małego, zawsze był happy baby. Coś tam w trakcie jadłam czasem, ale mało, najbardziej to winogrona. I piłam zimną wodę. Pamiętam że zapytałam która godzina i strasznie mnie zdziwiło że 1.00, myślałam że jest koło 22.00. 

Skurcze tu już były dość męczące, nie mogę powiedzieć że nie bolało – tu już bolało, ale i tak spodziewałam się czegoś dużo gorszego. Buczałam dalej, ale byłam już zmęczona, brakowało mi siły. W końcu poprosiłam o entonox (przypom.tzw. gaz rozweselający), był pomocny. 

Buczałam dalej. Przyjechała druga położna, Claire. Ja zmieniałam pozycje – wychodziłam z basenu, chodziłam, siedziałam na piłce. Emma zapytała czy chcę, żeby sprawdziła rozwarcie. Chciałam, bo już chciałam żeby się kończyło – było 9 cm (i to był pierwszy raz kiedy ktoś mi tam zaglądał do środka, nie było konieczności żadnych “badań”, więc tego nie robiły wcześniej). Ucieszyłam się. Dalej siedziałam w basenie, wdychałam entonox, chodziłam. 

W końcu zaczęło się parcie – uff, parcie już nie bolało, tylko wymagało ode mnie dużo siły. Tu też zmieniałam pozycje, chodziłam do toalety – w końcu tam jest naturalne miejsce do parcia. 

Emma i Claire co jakiś czas patrzyły takim podłużnym lusterkiem czy pojawia się główka. Wróciłam do basenu, tam mi było najlepiej, kucałam. W końcu pieczenie – wiedziałam co oznacza, jest główka! 

Miałam coraz mniej siły i chyba już nie buczałam, krzyczałam. Nie były to krzyki bólu, tylko odgłosy które miały mi pomóc w parciu. W końcu poczułam że główka wyszła i zaraz “wypłynął” mój syn. 

Usłyszałam tylko “Take your baby!”, wzięłam go na ręce, wydawał mi się taki niesamowicie duży! Był już z nami o 8.24 rano.
Nie płakał. Co akurat nie było takie dobre, bo nie mógł złapać mocnego oddechu, dostał tlen, Claire zajęła się pępowiną. Miałam życzenie w birth-planie, żeby pozostała aż przestanie pulsować, ale trzeba było odciąć, żeby sam zaczął oddychać. Mąż przeciął, podały mu jeszcze tlen i mały zaczął płakać. Uff… Po wszystkim. 

Skin to skin. Nie pamiętam kiedy wyszłam z basenu. Pamiętam, że byłam na łóżku, z tyłu tulił mnie kochany, na rękach był Daniel. 

Przyszły dwie inne położne, bo miały zmienić Emmę. Siedzieliśmy na łóżku i wszystko było takie niesamowite. Poczułam małe ciśnienie w środku i wyszło ciepłe łożysko. Wielkie, nie spodziewałam się że to takie duże. Któraś położna wzięła je do miski i sprawdzała, ja dalej siedziałam z małym, próbowałam go karmić, pomogły mi z pozycją. 

Nie wiem ile czasu minęło, zapytały czy mogą sprawdzić mnie na dole. Żadnych rozdarć, żadnego zszywania (masaż pomógł). Chyba minęło z godzinę? 

Zważyły go, 3,31 kg. Potem mąż wziął go na ręce, a ja poszłam pod prysznic. Jak skończyłam to znowu go przystawiłam do piersi, tym razem z sukcesem, zaczął już coś jeść. Położne miały jeszcze sporo papierkowej roboty, Emma i Claire się pożegnały, a te dwie, których imion nie pamiętam pracowały dalej, coś wypisywały i wypisywały, długo to trwało. Jedna z nich zrobiła mi herbatę, przyniosła coś tam jeszcze do jedzenia. Kochany zajął się małym, ja się położyłam. 

I tu chyba czas skończyć tą historię. Jak położne wyszły, to poszliśmy we trójkę spać, tyle że ja nie zmrużyłam oka. Za bardzo niesamowite to wszystko było. 

Jakoś minęła ta niedziela – nie pamiętam. Czułam się bardzo dobrze, na 19.00 pojechaliśmy we trójkę do kościoła.

Sumując: poród – super! Niesamowite doświadczenie, idealne miejsce, great support.

Kasia i Pola

Kasia i Pola

Podzieliłam się moimi myślami o porodzie domowym z ukochanym. Powiedział: urodzimy tam, gdzie będziesz chciała. Krótko i zwięźle. 

Zrobiłam to! Urodziłam moją córkę w moim domu! Odwaliłyśmy kawał dobrej roboty.
Jestem Kasia, mam 28 lat, wspierającego męża i dwuletniego synka Nikosia.
Krótko o pierwszym porodzie: pobliski szpital, poród 19 h, niekończący się ból, brak świadomości własnego ciała, oksytocyna…
Na tym zakończmy opowieść o pierwszym porodzie.

Ciąża nr 2: od samego początku przechodziła mnie myśl o porodzie domowym, o wsłuchaniu się w swoje ciało, o tym jakby było cudownie być we własnym domu, we własnych zapachach, z mężem i jego bliskością, bez tłumów obcych ludzi i ostrego światła porodówki.
Podzieliłam się moimi myślami z ukochanym. Powiedział: urodzimy tam, gdzie będziesz chciała. Krótko i zwięźle.
Do tematu pd powróciliśmy jakiś czas później. Jest decyzja. Dzięki wsparciu kochanej Ani (4 pd za sobą), wybraliśmy położne z sąsiedniego woj. Kochane dziewczyny z FEMMED (Kamila, Ania i Ewa).

Ten dzień:
Hmmm… lipiec, upał… postanowiłam z mężem udać się z synkiem na basen, a po basenie na krótki spacer na nasza działkę. Dzień wcześniej odczuwałam lekkie skurcze, był moment, że nawet zaczęłam je liczyć. Wróciliśmy do domu, położyliśmy synka spać, zjedliśmy wspólnie kolacje. Tego wieczoru czułam się nad wyraz dobrze i rześko mimo kolejnego dnia upału.
Godzina 23.00 mąż zostaje w salonie, kończy coś oglądać, ja kładę się w sypialni, przewracam się na bok i czuję “pyk” – pękł worek owodniowy. Wołam z sypialni do męża, że odeszły mi wody. Podkład, krótkie info do położnych i czekamy co będzie dalej. Adrenalina lekko się podniosła.
Długo nie trzeba było czekać, bo po 15 min zaczęły się skurcze. Podkręciliśmy się z mężem, zaczęliśmy ogarniać zabawki młodego, trochę w domu. Mąż po pewnym czasie zaczął lekko panikować, ja czułam spokój i radość. Skurcze przybierały na sile i zyskały regularność.
Godz. 2.00- proszę męża żeby się zdrzemnął, zregenerował, zadzwoniłam do dziewczyn, żeby się zbierały (miały około 2h drogi). Ja chciałam zostać wtedy sama.
W tym czasie dużo chodziłam, pisałam z siostrą wesołe wiadomości, poszłam pochodzić po schodach, pooglądałam kartę urodzeń syna, a skurcze były coraz mocniejsze i częstsze.
Godzina 4.00: mężu pobudka, zaraz będą położne, skurcze co 3 minuty – boooolesne.
Usiadłam w rogu sofy i już nie było mi wesoło, dopóki chodziłam i ruszałam biodrami było do wytrzymania, a teraz skurcze przybrały na mocy… zamieniałam kilka zdań z mężem i przyjechały dziewczyny. 

Badanie, 4 cm… pocieszając, że szyjka bardzo krótka i akcja może pięknie pójść do przodu. Wtedy wiedziałam, że to odpowiedni moment na wejście do wanny. Woda, świece, olejek lawendowy, delikatny dotyk męża, przyniosły lekkie ukojenie, relaks i odpoczynek. 

Przyszedł świt, piękny widok na góry z okna łazienki działał kojąco… było tak spokojnie, czułam jak woda mnie unosi. Jednak po półtorej godziny spędzonej w wannie, skurcze zaczęły być nie do zniesienia, a woda zaczęła mnie drażnić. Postanowiłam wyjść, ale powiedziałam do męża, żeby nie spuszczał wody bo jeszcze tam wrócę.
Mimo, że pięknie wsłuchałam się w swoje ciało, postęp porodu miło mnie zaskoczył…
Godzina 5.55 weszłam do sypialni, bardzo mocny skurcz, zaraz po nim kolejny, wskoczyłam na łóżko. Słyszałam jak położne pytają męża, czy mamy podłożoną folie pod łóżko, odparł, że nie trzeba. Ochrzaniłam go ostro, zeszłam szybko z łóżka, żeby dziewczyny mogły rozłożyć folie, ale kolejny skurcz powalił mnie na kolana. Czułam, że główka jest już baaardzo nisko. Przeszłam na łóżko, klękam opierając się o szafkę za łóżkiem i o godzinie 6.15 tuliłam moją maleńka córeczkę w ramionach.
Moment przed narodzinami przyszła babcia wyprawić synka do żłobka, chwilę po narodzinach małej wstał synek… słońce nieśmiało wpadało do sypialni przez niedociągnięta roletę… było pięknie.
Dziękuję położnym z FEMMED – spisałyście się na medal.
Dziękuje mojemu mężowi za to, że w ciszy był przy mnie, że był delikatny, czuły i razem przyjęliśmy nasze maleństwo na świat w naszym domu.
Dziękuje moim siostrom za wsparcie, Mai za to, że zawsze jest koło mnie i pomogła mi podjąć tą decyzje.
Dziękuje Ani i Madzi z mojej miejscowości za to, że mogłam o wszystko zapytać. Byłyście dziewczyny dla mnie inspiracją.
Dziękuje Joasi J i R za to, że wspierały mnie w trakcie ciąży.

Agnieszka i Patrycja

Agnieszka i Patrycja

Po 1,5h urodziłam tak jak chciałam – u siebie i po swojemu. Położne dojechały jak już wychodziłam z basenu z Małą na rękach.

Opowiem Wam moja trzecią przygodę. 

Po pierwszych dwóch traumatycznych porodach wiedziałam, że trzeci będzie w domu. Na samą myśl o szpitalu trzęsą mi się mięśnie, a serce dostaje ataku paniki. 

To był już 42 tc, o 1 w nocy poczułam pierwsze skurcze. Ucieszyłam się ogromnie, bo ile ciąża może trwać? 

Mimo, iż cała ciążę czułam się wyśmienicie i do samego końca byłam bardzo aktywna, z niecierpliwością czekałam na rozwiązanie. 

Po godzinie zadzwoniłam do męża, żeby był pod telefonem, bo jak będą regularne, to ma wracać do domu. On tylko stwierdził, że teraz ma przerwę w pracy i kładzie się spać i że zadzwoni za godzinę. Tak też było. Ok 3 w nocy mąż wrócił z pracy. Ja w tym czasie poinformowałam Doulę, że już zaczynamy. (Nasza Doula ma do nas 2h drogi pociągiem. Spakowała swojego półrocznego syna do nosidła i w nocy ruszyła na akcje). 

Ja w tym czasie pomyłam naczynia, na które nie miałam czasu wieczorem. Mąż poodkurzał salon, rozstawił i napompował basen. Skurcze były, ale nie narastały zbytnio na sile. 

Ok 4 rano obudziła się moja najstarsza 8-letnia córka. Była tak podekscytowana, że drżało jej całe ciało. W ramach jej rozluźnienia rozkładała płatki róż, a potem wskoczyła do basenu. 

Przed 6 rano ze stacji mąż odebrał Doulę. Wypiłyśmy kawę i po chwili stwierdziłam, że nie ma sensu się męczyć na stojąco, bo nie przybiera nic na sile, więc kładę się spać. No i tak spałam do 8. 

Pierwsze mocniejsze skurcze przeleżałam, na trzecim obudziłam męża, czwarty i piąty był w łazience…. Dalej przestałam liczyć. 

Ciągle mając wrażenie, że będą jeszcze silniejsze zeszliśmy do salonu i weszłam do basenu. Kilka skurczy później czułam już parte. Wtedy pozwoliłam sobie na krzyk (a będąc w szpitalu raczej bym się starała opanować lub wołałabym o znieczulenie). Mąż dzielnie mnie trzymał. 

Doula i córka były w tym czasie na spacerze z psem. 

Byłam całkowicie wolna, nie ma co się dziwić temu, że nasza najmłodsza córeczka pojawiła się na świecie niczym błyskawica. Raptem chwilkę po powrocie do domu psa czułam jak pęka pęcherz płodowy. Nie całe 3 skurcze później Malutka wypłynęła do basenu. Trzymałam ją przytuloną do piersi i nie wierzyłam, że już jest z nami. 

Po 1,5h urodziłam tak jak chciałam – u siebie i po swojemu. Położne dojechały jak już wychodziłam z basenu z Małą na rękach. Moja 8-latka dzielnie przecinała pępowinę. A dumny tatuś nie mógł opanować emocji. 4-letni syn również oszalał na punkcie najmłodszego członka rodziny. 

I w ten sposób mamy wspaniałą trójkę i jednego Aniołka.