Ola i Artur

Ola i Artur

Pamiętam zapach, wyjście główki, potem obrót ciałka, wyjście ramionek… Pamiętam, że wołałam do niego “Chodź, chodź”, że Ewa chwaliła jego piękne uszka… W trzecim partym, o 22.30 urodził się nasz synek, Arturek.

W 2015 r. rodziłam po raz pierwszy. W szpitalu na Winiarach w Płocku. Moja wiedza na tamten okres była inna, uboższa. Skupiałam się na czytaniu o ciąży, laktacji, pielęgnacji noworodka itp. Wiedzę o porodzie ‘nabyłam’ na szkole rodzenia w tymże szpitalu. Na tamta chwilę wydawała mi się wystarczająca. Już wtedy wiedziałam to: chcę rodzić naturalnie [szybsze dochodzenie do siebie, korzyści dla dziecka], nie chcę cc, chcę karmić piersią.

Wynajęłam położną z polecenia, zwiedziłam porodówkę – oswoiłam przestrzeń, tak mi się wydawało. Rodziłam z przekonaniem, że to personel pomoże mi urodzić. Byłam już w szpitalu [skończyło mi się zwolnienie] jak zaczęły się pierwsze nieśmiałe skurcze. Nikt nie wierzył, że rodzę: dostałam śniadanie, potem obiad.

Przed 14.00 odeszły mi wody, 17.00 – urodziłam pierworodną… I narodziłam się na nowo, jako Mama, ale też jako nowy człowiek! Mój poród był transformujący, dał mi takie poczucie siły i mocy! Nie sądziłam, że jest to możliwe. Pomijając kilka rzeczy miał znamiona porodu marzeń, jednak niektóre z tych pozytywów były dziełem przypadku – np. że nie byłam głodna 😛 Parłam półleżąc [nie wiedziałam, że można inaczej], parłam na komendę [j. w.], byłam nacinana, byłam szyta – to najgorzej wspominam z całego porodu. Od tamtej pory coraz bardziej interesowałam się tematami okołoporodowymi i pokrewnymi. M. in. czytałam i słuchałam pozytywnych historii porodowych, głównie w grupie na fb „Poród domowy”.

Kiedy kolejny raz byłam w ciąży, wiedziałam już ‘z czym to się je’, wiedziałam, czego chcę, a czego nie i dążyłam do tego, żeby mój kolejny poród był jeszcze lepszy niż pierwszy. Czerpałam garściami z zajęć prywatnej Szkoły Rodzenia. Oglądałam filmiki w necie, czytałam polecane książki – tym razem o porodzie naturalnym, o jego fazach, pozycjach itp., bo wiedziałam już, że to jak i w jakich warunkach rodzi się dziecko ma ogromne znaczenie. Mimo, że w porównaniu do 9 miesięcy ciąży, a potem całych lat rodzicielstwa, poród wydaje się być epizodem. Odwiedzałam zajęcia szkół rodzenia w obu płockich szpitalach, spotykałam się z położnymi, miałam nawet wstępnie wynajętą położną do porodu na Winiarach.

Niestety… okazało się, że mój drugi poród może nie być lepszy, może nawet nie być równie dobry, co ten pierwszy… W obu szpitalach [na Kościuszki i na Winiarach] kluczowe dla mnie sprawy stały pod znakiem zapytania lub wprost poinformowano mnie, że nie da się tego zrobić, mimo, że wynika to z nowych standardów opieki okołoporodowej! Na czym mi tak zależało? M. in.: na ochronie krocza, parciu w pozycjach wertykalnych [!!!], braku interwencji bez wyraźnych wskazań medycznych, późnym odcięciu pępowiny, 2-godzinnym kontakcie skóra do skóry – nieprzerwanym! Byłam wściekła, zdezorientowana, zdruzgotana, zagubiona, przerażona i porażona tym, co słyszę… Nie chciałam rodzić, marnując energię na walkę z personelem…

Nie myślałam, że będę rodzić w domu, jednak okazało się, że… po prostu nie mam innego wyjścia. Nie mówiliśmy nic rodzinie, choć wiedzieli, że pojechaliśmy do Łodzi spotkać się z położnymi – poważnie rozważaliśmy też możliwość rodzenia w szpitalu łódzkim [lub warszawskim]. Moja mama nawet zapytała mnie, po co tak ‘kombinuję’, przecież pierwszy poród wspominam dobrze. Zastanowiłam się i odpowiedziałam jej, że właśnie dlatego – że mam po prostu ‘wysoko postawioną poprzeczkę’. Długo biliśmy się z myślami z mężem jaką podjąć decyzję – głównie chodziło o odpowiedzialność i… finanse, jednak zdecydowaliśmy się w końcu i nie żałuję niczego!

10 kwietnia. Myślałam, że to będzie później, moja tzw. intuicja podpowiadała mi datę 19.04 [termin z usg/miesiączki między 18 a 24.04]. Ewentualnie w same święta wielkanocne. Miałam jeszcze to i tamto do zrobienia przed porodem. Tymczasem 10go od rana pobolewał mnie brzuch. Mąż dostał rozwolnienia tego dnia, więc myślałam, że jak nic coś zjedliśmy wczoraj (zamówiony obiad). Choć to wyglądało jak skurcze macicy (niepewność jest najgorsza)…

Od około 14.00 zaczęłam je monitorować: nieregularne, krótkie, zdołałam się zdrzemnąć. Więc jeśli to skurcze, to tylko przepowiadające. Mogą się pojawić na 2 tygodnie przed porodem, pfff. Umyłam głowę, zrobiłam zdjęcie brzuszka (bo kto wie?), coś tam nadrobiłam na fb, odpoczywałam.

Koło 19.00 zadzwoniłam do położnej z Łodzi, pani Doroty, podzielić się swoją niepewnością. Powiedziała, że niedługo kończy dyżur i po nim na wszelki wypadek spakuje swoją torbę, a ja żebym się wcześnie kładła. O 19.30 napisałam smsa do Ewy, mojej douli, nadal niepewna podłoża tych bólów brzucha.

Godzina 20.00: pierworodna umyta, w piżamie, jeszcze tylko czytanie na dobranoc – mąż ogarnie; ja już też gotowa do spania leżę w sypialni i… Odeszły mi wody!!! (Na szczęście na podkład! I na szczęście czyste!) I przeszła niepewność! 😉 Zaczęło się!

Telefon do babci – zgarnie Marysię na noc; do położnej (właśnie skończyła dyżur), do Ewy (skończyła zajęcia w szkole rodzenia). Ja do wanny (wiem, że lepiej na wczesnym etapie rozwierania szyjki nie siedzieć w wodzie, więc tylko się opłukuję). Marysia – w ciuchy założone na piżamę (“- Ach ta mamuszka, zsikała się 2 razy” 😉 = a to wody mi się sączyły), pojechali…

Skurcze się zagęściły i to mocno. W łazience już zostałam do końca. Pojawiało się w niej wszystko, o co poprosiłam męża ❤ świece, podkład na podłodze, laptop z relaksującą muzyką, z nagraniem porodowych afirmacji, woda do picia, stanik od bikini (w nim rodziłam), on sam… Trochę siedziałam na sedesie, kucałam nad podkładem, zwieszałam się z grzejnika na ręczniki, kręciłam biodrami… Mąż spisywał skurcze. Między nimi czułam stale napiętą macicę, co nie dawało pełnego relaksu. Potem już był jeden za drugim. Trudno, leję wodę do wanny, może to pomoże mi się rozluźnić.

Gdzieś koło 22.00 przyjechała Ewa. Pomasowała mi trochę krzyż, przytulała w skurczach, gadałyśmy pomiędzy… super uczucie. Czułam jej wsparcie i współodczuwanie. Około pół godziny później poczułam, że muszę “dwójkę”. I jak tylko zrobiłam, opadłam z sedesu na kolana, bo tu już parte! Pamiętam mój szok, że to już! Że nie wiem czy jest pełne rozwarcie. Opierałam się jedną ręką o wannę, głową o męża, a prawą ręką trzymałam główkę! Tak, moje ręce pierwsze dotykały mojego dziecka! Pamiętam słowa Ewy, które sprowadziły mnie na ziemię: “Dmuchaj świeczki” i “Oddychaj dla siebie i dla dziecka”. Na Kuby “Co teraz?” uspokajającą odpowiedź: “No nic, Ola urodzi i poczekamy na położne”. Pamiętam zapach, wyjście główki, potem obrót ciałka, wyjście ramionek… Pamiętam, że wołałam do niego “Chodź, chodź”, że Ewa chwaliła jego piękne uszka… W trzecim partym, o 22.30 urodził się nasz synek, Arturek. Na ręce Ewy. W łagodnym świetle świec, cichej atmosferze (powstrzymałam się od niekontrolowanych wybuchów radości 😉 ).

Jakieś 10 minut później przyjechały położne. Z nimi już w salonie, na worku sako, odpoczywając, tuląc i karmiąc bejbuszka urodziłam łożysko. Okazało się, że minimalnie pękła mi śluzówka pochwy, ale to drobiazg w porównaniu z nacięciem krocza (nic nie boli i nie ciągnie). Spełniło się moje marzenie o porodzie w domu. Wszystko się udało! Natura napisała dla nas najlepszy możliwy scenariusz!!! 😀 ❤

Jeszcze takie myśli mi się nasunęły:

1. nasza pierworodna 4-latka jest przekochana i do rany przyłóż ❤ mówi, że kocha braciszka, że jest słodki i chce przy nim wszystko robić;

2. bałam się, że po jej powrocie od dziadków będzie mi się wydawać ‘większa’, że będę ją mniej kochać niż do tej pory – nic z tych rzeczy ❤ kocham ją jeszcze mocniej!

3. wiedziałam, że tak będzie: już tęsknię za byciem w ciąży… -_- jakie to głupie: było mi już tak ciężko, miałam już dość, a teraz… mam poczucie straty 😛 jak składałam ciuchy ciążowe, to ryczeć mi się chciało… jeszcze się nie mogę oswoić, że to już…

4. nasz synek jest bardzo spokojnym, pogodnym i bardzo uśmiechniętym dzieckiem – i jestem przekonana, że w dużej części jest to zasługa warunków, w jakich się urodził. Nikt go nie zabierał, nie kłuł igłami zaraz po urodzeniu, nie było obcych głosów, cudzych rąk, ostrych świateł… Pokazaliśmy mu, że świat jest bezpiecznym i przyjaznym miejscem

Narodziny Lubka

Narodziny Lubka

Zgromadziliśmy się u mnie pokoju (Przemek oraz nasza dwójka przyjaciół – współlokatorów). Oni jedli chipsy, gadaliśmy śmialiśmy się. Ja przerywałam na czas skurczy (obkładana na nerkach ciepłą gryczaną poduszką uszytą rano przez Wojtka – współlokatora). 

Lubek urodził się 1 stycznia, w niedzielę o 6 rano. 

Jeszcze w piątek miałam przekonanie że w najbliższym czasie nie urodzę. Termin miałam na 6 stycznia, ale wiedziałam że często pierwsze dzieci rodzi się po terminie. Nie miałam też żadnych skurczy przepowiadających. Dlatego też planowaliśmy na sylwestra pojechać na cały weekend pod warszawę do przyjaciół. 

Ale w sobotę o 5 rano obudziło mnie mokro- upewniłam się że to wody i obudziłam Przemka. Stwierdziliśmy że wody się tylko sączą, nie wypłynęły wszystkie. Nie miałam skurczy – chociaż trochę bolało mnie podbrzusze, jak przy okresie.  Dlatego uznaliśmy że trzeba iść spać- tak radzili w szkole rodzenia (niewiadomo ile potrwa poród więc lepiej spać póki można). 

Około 8 rano zadzwoniliśmy do naszej położnej. Która najpierw zareagowała dość ostro- dlaczego nie zadzwoniliśmy wcześniej. Ale zgodnie z prawdę powiedzieliśmy że wszystko było dobrze – wody bezbarwne, więc nie było powodu. Położna zjawiła się mnie zbadać i osłuchać. Dziecko w środku było w porządku, szyjka dalej długa. 

Daliśmy również znać mojej mamie która mieszka niedaleko i wcześniej już się zaoferowała że na znak przygotuje nam zupę „porodową” (pożywna zupa której ma być gotowy wielki gar dla rodziny rodzącej w domu żeby potem nie trzeba było gotować w panice). 

Rodziliśmy w domu. Decyzję o domowym porodzie podjęliśmy w ciąży, na samym początku. Gdy dowiedziałam się, że jesteśmy w ciąży zaczęłam myśleć nad porodem. Żaden ze szpitali które opisywały moje przyjaciółki nie wydawał się właściwy. Nidy nie leżałam w szpitalu, jako ogólnie zdrowa osoba rzadko miałam kontakt z opieką lekarską. Bardzo dziwnie czułam się myśląc że teraz miałabym wylądować tam w momencie takim ważnym i nowym jak poród. Jednocześnie ktoś przekazał mi informacje o porodzie w domu. Przegadaliśmy to z Przemkiem i poczuliśmy że to właśnie jest rozwiązanie dla nas. Nawiązaliśmy kontakt z położną, wykonywaliśmy wszystkie niezbędne badania. Wszystko na szczęście było w najlepszym porządku i nasz plan mógł zostać zrealizowany. 

Cała sobota upłynęła na oczekiwaniu porodu. Raz miałam skurcze, a raz nie. Czasem regularne, czasem nie. Wydawało mi się wtedy że dość mocne i że bolesne- ale z drugiej strony wiedziałam że nie  takie znowu jeszcze poważne. (mogłam w ich czasie rozmawiać itp.). Moją maksymą na ten okres było „będzie znacznie gorzej”.  Odbyliśmy spacer po okolicy, spacer do apteki kupić ostatnie sprawunki, wnieśliśmy do domu komodę z przewijakiem która od kilku dni czekała w samochodzie, poukładałam w niej ubranka. Ale porodu dalej nie było.

W ciągu dnia byłam na telefonie z położną. 

O 17 zgodnie z procedurą gdy poród zaczyna się od odejścia wód pojechałam na KTG do szpitala. Wizyta była całkiem przyjemna – w szpitalu cisza i spokój, zbadała mnie położna która była na zmianie ale która również przyjmuje porody w domu i która znałam ze szkoły rodzenia. 

Poleżałam pod KTG i pielęgniarka powiedziała że porodu nie ma  (chociaż ja zwijałam się z bólu musząc leżeć bez ruchu na łóżku przez chyba 40 min). Położna pocieszyła mnie że ważniejsze jest to czy ja czuję poród niż zapis KTG. Wszystko było Ok i wypełniłam formularz wypisania się ze szpitala na własne życzenie i własną odpowiedzialność (W szpitalu po 12 godzinach chcieliby mi wywoływac poród oksytocyną, podczas porodu w domu dają na to 24 godziny).

W drodze powrotnej powoli zaczęły się „prawdziwe” – mocne i regularne skurcze. 

Zgromadziliśmy się u mnie pokoju (Przemek oraz nasza dwójka przyjaciół – współlokatorów). Oni jedli chipsy, gadaliśmy śmialiśmy się. Ja przerywałam na czas skurczy (obkładana na nerkach ciepłą gryczaną poduszką uszytą rano przez Wojtka – współlokatora). 

Byłam cały czas na telefonie z położną (która od koleżanki bezpośrednio wysłuchała również raportu z badania mnie w szpitalu). 

Za jej radą poszłam posiedzieć w wannie. Gdzie dalej siedzieliśmy w czwórkę. Skończyła się ciepła woda w termie więc na zmianę moi pomocnicy latali gotować i dolewać wodę. Moi towarzysze na zmianę mierzyli czas skurczy i czas pomiędzy nimi- właściwie nie wiemy teraz dlaczego ale wydawało się ważne to ciągłe mierzenie. Zgodnie z zapowiedzią położnej w wannie skurcze stały się rzadsze i słabsze.

Wojtek i Ania podjęli decyzję że nie wybierają się na sylwestrowe imprezy tylko zostają z nami. 

Wpadła położna – sprawdzić czy wszystko ok. Umówiłyśmy się że ona będzie w okolicy i dam jej znać kiedy będę potrzebowała jej stałej obecności. 

 Po wyjściu z wanny Skórcze stały się mocniejsze (zgodnie z tym jak mówiła położna). Przemek pomagał mi je przetrwać mocno uciskając dół pleców. Bardzo ważne było dla mnie żeby był ze mną cały czas, nawet na chwilę się nie oddalał. Na szczęście byli Ania i Wojtek którzy biegali przynosząc herbatkę, jedzenie, picie, otwierając drzwi położnej itp.

Po północy zadzwoniłam do położnej że czuję że to moment żeby przyjechała. Gdy przyjechała położna Wojtek i Ania usunęli się na 3 plan. Resztę wieczoru spędzili razem – pracując na komputerach, gadając, od czasu do czasu sprawdzając czy czegoś nam nie potrzeba – serwując herbatki.

Położna siedziała na kanapie. Przemo cały czas był przy mnie, pomagał podczas skurczy. Położna zasugerowała kilka zmian pozycji. Ja głośno oddychałam, krzyczałam, rozluźniałam  się i odpoczywałam między skurczami. Jak wynikło jednak z badania szyjka skracała się bardzo powoli, powoli następowało rozwarcie… Po kolejnym okresie skurczy – tym razem siedzenia na piłce i kolejnym badaniu okazało się że nadal brakuje mi 1 cm… 

Jednocześnie skurcze spowolniły się… Odstępy były nawet 7-10 min. 

Położna zasugerowała że albo mogę je „rozchodzić” albo wykorzystać przerwy i razem z Przemkiem spróbować się zdrzemnąć.  Wybraliśmy tę drugą propozycję. 

Nie pamiętam ile to trwało. Spaliśmy – ja pomiędzy skurczami, Przemo obok nieprzerwanie (musiał być bardzo zmęczony bo podczas skurczy darłam się na całe gardło). Skurcze na leżąco bolały dużo bardziej. W pewnym momencie poczułam że już dłużej nie będę mogła, że już mam dosyć że to tak długo trwa. Powiedziałam o tym położnej która zachęciła mnie w związku z tym do tego żeby zacząć chodzić – i tym samym wywołać poród. 

Chodzenie zadziałało bardzo szybko. Natychmiast poczułam że to już parcie (główkę obijającą się o kanał, albo o coś innego czułam już leżąc na łóżku w niektórych skurczach). 

Ten moment był dla mnie najtrudniejszy. Kiedy przychodził ten dziwny skurcz nie wiedziałam co robić. Trochę wieszałam się na Przemie ale nie było to wygodne, usiadłam na toalecie, kucałam, klęczałam. Nie mogłam znaleźć sobie miejsca. Cała ta faza trwała jednak bardzo krótko. Położna zachęcając mnie do chodzenia mówiła że potrwa to do 2 godzin, potrwało znacznie krócej. Nie jestem pewna upływu czasu, ale chyba ze 30 min. Druga położna, która wzywana jest na II fazę porodu dotarła dokładnie w momencie kiedy potrzeba było dodatkowych rąk bo Lubek pojawił się na świecie. 

Położyłam się na łóżku (wcześniej klęczałam o nie oparta), na brzuchu położyły mi Lubka, Przemo usiadł tak żebym mogła się oprzeć. Tak spędziliśmy trochę czasu, potem położyłam się w łóżku, już z odciętą pępowiną, Lubek owinięty pieluchą , przytulony do mnie. Miał bardzo dobry odruch ssania więc przyssał się do piersi mocno, trochę bolało bo ja jeszcze nie zdarzyłam wyprodukować mleka na zaspokojenie tego ssania. 

 Wtedy do pokoju zajrzeli zgromadzeni w korytarzu – współlokatorzy oraz moja mama która zniecierpliowona że to tak długo trwa chwilę wcześniej przyszła do nas i razem ze współlokatorami w kuchni przy herbatce czekała na zakończenie. 

Po jakimś czasie położne zabrały Lubka, ubrały go. Lubek został położony tacie na klacie i poszedł spać. W tym czasie położna pomogła mi się  przemieścić do łazienki i obmyć się. 

Położna próbowała powiedzieć mi jeszcze kilka rzeczy, ale zaczęłam zupełnie odpływać. Zostawiła więc nas śpiących. Całą niedzielę nasz dom pogrążony był we śnie. Wszyscy odsypialiśmy noc. Lubek spał do wieczora, przebudził się tylko na chwilę na karmienie i spał dalej. Bardzo bardzo spokojny. 

My wieczorem zjedliśmy wspólny obiad na łóżku wokół śpiącego Lubeczka. Wieczorem wpadła również położna, dokończyła formalności oraz przekazała wszystkie informacje. W ciągu kolejnych dni wpadała jeszcze 2-3 razy – zrobić niezbędne badania, aby sprawdzić stan młodego, zmierzyć i zwarzyć, pomóc mi w karmieniu. Czułam się bardzo zaopiekowana. Mi okazała bardzo dużo uwagi i stawiała moje zdrowie i samopoczucie na pierwszym miejscu, ale również ważne albo i ważniejsze była była chyba miłość  i czułość którą okazywała Lubkowi od pierwszej sekundy jego życia. Zgotowała mu cudne i uważne przywitanie.

Kolejne dni to były dni dochodzenia do siebie, szeregu odwiedzin przyjaciół i rodziny oraz odwiedziny lekarki i położnej które dokonywały wszystkich niezbędnych badań poporodowych.   

To był dobry poród. Wszystko przebiegło w zgodzie ze mną i spokojnie. To, że byli ze mną bliscy było niezwykle ważne (nie tylko przemo ale i współlokatorzy). Wsparcie dwójki przyjaciół było w sumie nieoczekiwane (zgodnie z poradą położnej byli przygotowani że poród może przebiegać bardzo różnie, i że mogę mieć potrzebę samotności – byli gotowi ulotnić się z domu o dowolnej godzinie). A okazali się być wsparciem i dla mnie i dla Przemka.  Pomagali organizacyjnie, ale i psychicznie – wprowadzali przyjazną atmosferę, codzienności i normalności. Ważny był spokój całego otoczenia – Przemo oraz położna byli cały czas spokojni że wszystko przebiega tak jak powinno. Nasza położna – czujna i mająca wszystko pod kontrolą ale jednocześnie zrelaksowana i nieprzestraszona. Dzięki ich spokojowi ja również byłam zupełnie zupełnie spokojna. 
No i na koniec – bardzo ważna była dla mnie możliwość pozostania we własnym łóżku i pozostania w nim przez kolejny tydzień – kiedy to po tygodniu wyszliśmy na pierwszy krótki spacer. 

Kinga i Nadia

Kinga i Nadia

Dziwne, że ludzie nie wierzą w Cuda, skoro codziennie rodzą się ich miliony.


Urodziłam w domu… udało się. Nigdy nie byłam z siebie taka dumna… Ale oczywiście zacznijmy od początku.

Myśl o porodzie domowym zagościła w mojej głowie na długo przed tym, zanim w ogóle zaszłam w ciążę. A jego realizacja spełniła moje wielkie marzenie o wyjątkowym prezencie dla ukochanej córeczki.

Zacznijmy jednak od tego, że początkowo w ogóle nie chciałam mieć dzieci, głównie z powodów ideologicznych. A także dlatego, że gdy tylko wyobrażałam sobie mój poród, oblewał mnie zimny pot. Moje wyobrażenia były dość standardowe jak na nasz kraj (choć, mam nadzieję, powoli się to zmienia) i wystarczająco przerażające, a jednak przecież nie pozbawione realizmu. Miałam więc świadomość szpitalnej maszyny, która mnie wchłonie i będzie decydować o tym, co dla mnie dobre, jak mam rodzić i – co było dla mnie najboleśniejsze – która najpewniej zabierze ode mnie dziecko zaraz po narodzinach. Gdy myślałam o takim Maleństwie zabranym prawie natychmiast (te przysłowiowe 5 minut na brzuchu nie przemawiało do mnie), bezosobowo obracanym, mierzonym, ważonym w obcym, jasnym, głośnym i zimnym otoczeniu, cierpiałam. Nie chciałam, aby takie były pierwsze chwile mojego dziecka na tym świecie. Nie chciałabym, aby żadne dziecko było tak witane, choć nie zawsze można tego uniknąć – na pewno jednak nie tak często, jak ma to obecnie miejsce. Myśląc o moim idealnym porodzie, zawsze widziałam półciemne pomieszczenie, ciche i swojskie. Nie czułam, że trzeba rodzić w szpitalu. Ale wydawało mi się, że nie ma od tego ucieczki.

Zaczęłam szukać – początkowo przyjaznych szpitali, ale nawet ten, który wydawał mi się jako tako przyjazny, był nadal szpitalem, czyli instytucją, w której tak naprawdę niewiele miałam do powiedzenia. Później znalazłam Dom Narodzin w Warszawie, jednak został zamknięty, zanim zaszłam w ciążę. Sprawa wydawała mi się beznadziejna i wtedy wpadłam na opcję porodu domowego, choć dziś już nie pamiętam, co mnie na nią naprowadziło.

 Jakbym doznała olśnienia. Przecież o to mi właśnie chodziło. Wspaniale. Zaczęłam więc zbierać wszelką, dostępną wiedzę na ten temat. Czytałam książki, wszystkie wynalezione artykuły, nawet forum poświęcone porodowi domowemu. Gdy kupiłam i przeczytałam „Urodzić razem i naturalnie” Ireny Chołuj wiedziałam, że tak właśnie chcę powitać moje dziecko na świecie. Płakałam ze wzruszenia nad tą książką. 

Zaczęłam powoli planować ciążę. Przestałam pić ulubione wino, odstawiłam pigułki kilka miesięcy wcześniej, zrobiłam badania, położyłam nacisk na zdrowy styl życia, dobrze jadłam, dużo spałam, cieszyłam się życiem. Zadzwoniłam więc do pani Ireny Chołuj, pytając czy mogłaby rodzić ze mną w domu. Rozbawiło ją to, że nie jestem nawet w ciąży i poleciła zadzwonić, gdy już będę w piątym miesiącu. 

Gdy zaszłam w ciążę zaczęłam na dobre przekonywać męża do pomysłu porodu domowego. Od początku o nim wiedział, ale póki co nie brał go na poważnie. Teraz zaczął wykazywać niepokój. Sam pomysł mu się podobał (szczególnie to, że nie będzie musiał zostawić nas w szpitalu i wracać samotnie do domu), ale bał się ogromnie, że słynne „coś” się nam stanie – mi lub Maleństwu. W końcu dał się przekonać rozsądnymi argumentami, liczbami, statystykami, no i podszeptem serca, mam nadzieję.

Szukaliśmy położnej. Pani Irena mieszka bardzo daleko od nas, więc delikatnie zasugerowała poszukać kogoś mieszkającego bliżej. I wtedy znalazłam Marię. Gdy tylko przeczytałam jej opis na stronie Dobrze Urodzonych, wiedziałam że to moja położna. Czułam to dokładnie tak, jak wiedziałam, że chcę urodzić w domu. Napisałam do niej maila, potem zadzwoniłam, wreszcie pojechaliśmy na spotkanie z nią i Kasią (naszą drugą położną). To spotkanie tylko mnie utwierdziło, że to jest kobieta z którą ja po prostu muszę rodzić. Nie mogło być inaczej. Tak zaangażowana, miła, wspierająca a jednocześnie profesjonalna, praktyczna i bardzo rzeczowa. Idealne połączenie, jakbym ją sobie sama stworzyła.

Przez całą ciążę pogłębiałam moją wiedzę na temat porodu, jego fizjologii, ale i możliwego ryzyka – wiedziałam, że ostatecznie mogę urodzić  w szpitalu, choć wydawałoby mi się to strasznym psikusem od losu. Poszliśmy do szkoły rodzenia (ale nie przyszpitalnej, o nie!). Przygotowywałam się mentalnie i psychologicznie – codziennie wizualizowałam sobie swój cudowny poród i pierwsze nasze spotkanie z córeczką. Nazwaliśmy ją Nadia – od lat to imię czekało na swój moment.

Zanim zaczęłam rodzić na dobre miałam dwa falstarty, więc owego wielkiego dnia wyprawiłam męża do pracy, mówiąc że jeszcze nic nie wiadomo i nie musi ze mną siedzieć. Zanim jednak pojechał, poszliśmy na spacer (była 6 rano i mroźny, pochmurny poranek). Gdy zostałam sama, wzięłam prysznic, a skurcze nie przeszły (bezbolesne, ale niezbyt miłe). Zamiast tego zaczęły się pokazywać regularnie co 7-10 minut. Zadzwoniłam do Marii, która uznała, że „może to już to, ale jeszcze nic pewnego i aby zadzwonić, gdy skurcze pojawią się co 5 – 7 min”. Poinformowałam więc Roberta, aby lepiej na wszelki wypadek powoli zbierał się i przyjeżdżał. Był o 10. Spędziliśmy przedpołudnie robiąc „porodowe calzone” z warzywami. Skurcze nie były uciążliwe, trochę mnie tylko wstrzymywały w działaniu, prawie ich nie zauważałam. Ok. 14 osiągnęły 5-7 minut, Maria oznajmiła „Chyba rzeczywiście się rozkręcasz, będę u Ciebie ok. 16, wcześniej mogę nie dać rady”. Nie zmartwiłam się, wszystko szło super. To było absolutnie naturalne, że jestem w domu, gotuję z mężem i rodzę. Nie miałam żadnego odruchu, potrzeby jechać do szpitala. Nawet się nad tym nie zastanawiałam. Wstawiliśmy porodową zupkę (doskonałe zalecenie dziewczyn, przydała się w pierwszych dniach połogu).

Tuż przed przyjazdem Marii wskoczyłam już na 3 minuty i skurcze zrobiły się nieprzyjemne. W swej naiwności zastanawiałam się, czy Maria na pewno zdąży na czas. Zdążyła, weszła z uśmiechem, wysłała Roberta po torbę do samochodu, zniknęła w łazience, a gdy się pojawiła sprawdziła, jak się ma Nadia. „Słyszysz jak bije? Serce jak dzwon”. Odeszły mi wody. Potem poszłyśmy do sypialni, zbadać na jakim jestem etapie. To był pierwszy i ostatni raz, gdy Maria badała mnie na leżąco. Dotychczas świetnie radziłam sobie z bólem, ale przy tym skurczu pierwszy raz krzyknęłam. Dobitnie zrozumiałam, że rodzenie na leżąco jest absolutnie nienaturalne, no i takie bolesne! 

4 centymetry. Dopiero! A ja myślałam, że już z 6. Maria tylko się uśmiechnęła i powiedziała, że to już 4.

Nadia była wysoko w kanale, nie napierała na szyjkę, wszystko więc szło wolniej niż można się było spodziewać. Musiałam ją obniżyć. Skakałam na piłce, pojadając między skurczami calzone i śmiejąc się w głos z żartów Roberta. Maria uznała, że zupełnie nie wyglądam na rodzącą. Śmiała się, że mam „niezły spust” i raczyła zabawnymi opowieściami. Chichotałam tak, że brzuch mnie bolał. Strasznie mnie wszystko bawiło. Gdy skurcze wzmocniły się, przestałam się śmiać, ale wciąż radziłam sobie dobrze. Zamknęłam się we własnym świecie, w którym towarzyszył mi Robert. Pomagał mi się rozluźnić w czasie skurczu, przypominał o spiętych ramionach, o uśmiechu. Przytulał, a w coraz krótszych przerwach, rozmawialiśmy o codziennościach, żartowaliśmy, trochę romansowaliśmy (pocałunek w czasie porodu jest namiętny i niewinny zarazem. To niezwykłe połączenie). Byłam bardzo skupiona, trochę mruczałam, pojękiwałam, oddychałam głośno. Maria siedziała sobie na sofie, czytając. Co jakiś czas słyszałam jej spokojne uwagi „Puść ją, rozluźnij się. Dobrze, Świetnie ci idzie. Luźniutko” Zjawiała się co jakiś czas, aby zapytać, czy czegoś mi nie brak, przynieść rozgrzaną fasolkę na podbrzusze, ciepłą zupkę do popicia, zbadać Nadinkę. Czasem musiała oczywiście badać i mnie, jednak robiła to już w pozycji kucznej i tak rzadko, jak tylko mogła. Tak naprawdę była i czuwała nad nami, jednak rodziliśmy sami. To niezwykłe, jak czuliśmy się przy niej swobodnie. Jakbyśmy znali ją od lat. 

Osiągnęłam już 6 centymetrów, jednak Nadia źle wstawiała się w kanał. Musiałam więc położyć się na lewym boku, aby jej pomóc. Robert usiadł na łóżku, a ja ułożyłam się w pozycji półleżącej na nim. Od tego momentu poród przeszedł na kolejny, bardzo nieprzyjemny etap. Płakałam przy każdym skurczu, były ogromnie bolesne. Trudno było mi się rozluźnić, na szczęście mąż wytrwale mnie wspierał. Maria zaproponowała łagodnie, abym spróbowała się przespać między skurczami. Nie widziałam takiej możliwości. Przerwy wydawały mi się krótkie, ledwie się wyciszałam. Maria spytała, czy przygotować mi kąpiel. Pamiętając wszystko, co przeczytałam na temat kojącego wpływu wody, zgodziłam się natychmiast i poszłam do kąpieli, gdy tylko okazało się, że Nadinka ustawiła się odpowiednio.

Etap kąpieli zapamiętałam jako chaos, na który nie byłam przygotowana. Woda zupełnie mi nie pomagała, a może pomagała, tylko poród przyśpieszył i wydawało mi się, że nie działa.

Nadia opuściła się wreszcie w kanale a ja szybko wskoczyłam na 8 cm i wszystko zaczęło dziać się równocześnie – poczułam parcie, które musiałam jeszcze powstrzymywać (Maria pozwoliła mi lekko popierać, jednak to nie pomagało) a skurcze zamieniły się w istny huragan w moim ciele, którego nie potrafiłam sobie nigdy wyobrazić. Miałam wrażenie, że wokół mojej miednicy zaciska się obręcz, bolało nie tylko podbrzusze, ale i krzyż. Czułam, że zaczyna mnie ogarniać rozpacz na myśl o kolejnym skurczu, czułam że psychicznie odlatuję. Robert nie wiedział jak mi pomóc (to jego relacja, ja nie pamiętam z tego okresu prawie nic prócz bólu, nie zauważyłam, że był cały mokry, nie wiem kiedy do końca się rozebrałam). Wiedziałam, że Robert jest przy mnie, ale był poza moim zasięgiem. To z jego relacji wiem, że Maria powoli przygotowywała sobie sprzęt potrzebny do podwiązania pępowiny i do ew. nacięcia krocza, że zapala świeczki, aby stworzyć nastrój. Ja nic z tych rzeczy nie widziałam. Czułam, że wszystkie moje zmysły są nastawione na skurcz i jego przetrwanie. Słyszałam jak Maria mnie przywołuje spokojnie, ale stanowczo, jakbym zaczęła odpływać. Porozumiewałam się podniesionym, pełnym głosem, cała byłam w emocjach, jechałam na adrenalinie i nie mogłam się zatrzymać. Nie byłam przygotowana na taki ból, myślę że nie mogłam się na niego przygotować. To, co mi pomogło to wiedza, którą zebrałam. Gdzieś z tyłu głowy wiedziałam, na jakim etapie jestem, co się ze mną dzieje, że to fizjologia, że nie umieram, że to kryzys, czyli że blisko. Tylko dzięki temu trzymałam się, inaczej ten ból by mnie pochłonął. Trudno mi do dziś uwierzyć w opowieści o porodach bez krzyku (ja byłam niestety ochrypnięta następnego dnia. Kilka razy nachodziła mnie mglista myśl, co też myślą sobie sąsiedzi), o ekstazie nie wspominając. Ale pewnie miałam mniej szczęścia, może niższy próg, a może to te bóle krzyżowe? Nieważne. Ból był obezwładniający, a jednak nawet wtedy mignęła mi myśl, że nie zamieniłabym tego porodu na znieczulenie w szpitalu. Może zresztą i tak bym go nie dostała, było już za późno.

Gdy osiągnęłam 10 cm, Maria poszła wpuścić Kasię do domu (która ledwo zdążyła na parcie, tak przyśpieszyłam). Ja w tym czasie zadecydowałam, że nie chcę rodzić w wodzie i uciekłam z łazienki. W przebłysku wrodzonego poczucia humoru zaśmiałam się między skurczami, myśląc jaką Maria musi mieć minę. Uciekłam do sypialni. W drodze kolejny skurcz powalił mnie na kolana. Spytała, czy chcę stołeczek porodowy, czy urodzę w kucki. Chciałam stołeczek (porozumiewałam się stylem telegraficznym i głośno: „Stołeczek!”)

Robert usiadł na łóżku, ja na stołeczku przed nim, dziewczyny na podłodze przede mną. Skurcze parte, choć wydawało się to niemożliwe, były jeszcze gorsze niż poprzednie. Obręcz zaciskała się wokół całej mojej miednicy. Za każdym razem wyprężałam się i krzyczałam. Nie mogłabym tego powstrzymać, nawet gdybym chciała, głos wydobywał się z całego mojego ciała. Miałam tylko jeden cel, urodzić i jak najszybciej to  zakończyć. Wszyscy mnie wspierali, to już pamiętam. To ogromnie pomagało „Świetnie Ci idzie” „Wspaniale rodzisz”, „Jeszcze trochę, przyj jeszcze”. 

Ponieważ ćwiczyłam całą ciążę mięśnie Kegla, wiedziałam dokładnie którą częścią ciała przeć i parłam tylko nią. Dziewczyny były pod wrażeniem „Ale jesteś silna, wspaniale, zaraz urodzisz, jeszcze raz, dawaj, dawaj!” Taki doping to po prostu nieoceniony skarb. Robert ściskał mnie za ręce, cały był już w takich emocjach, że niewiele mówił, ale czułam, że jest ze mną. W tym wszystkim pamiętam, jak Maria popijała kawę w swobodnej pozie i skandowała wspierające hasła. Pomyślałam „skoro popija kawę, to wszystko jest ok”. To był niecodzienny widok. Spytałam (wykrzyczałam) „Długo jeszcze!?” Powiedziała, że nie i zaproponowała, abym dotknęła główki. Była mięciutka i – wydawało mi się – strasznie daleko w kanale. „Strasznie daleko!” (pamiętajmy o telegraficznym, krzyczącym stylu porozumiewania się). Spięłam wszystkie siły, nawet psychiczne. Nadinka zjawiła się na naszym świecie o 22.51. 

Przez ułamek sekundy, w tym szoku nie zrozumiałam, że to już. Złapałam ją w ramiona. Jaka była cieplutka, jaka mięciutka, wspaniała. Chłonęłam ją wszystkimi zmysłami. Pytałam Roberta – już cicho – czy ją widzi, jaka jest piękna. Widział, usłyszałam w jego głosie ogromne wzruszenie, płakał. Nadia patrzyła na nas załzawionymi, lśniącymi, granatowymi oczkami. Absolutnie idealna, taka, jaka przybyła. Nie płakała (zakwiliła tylko, gdy Maria oczyszczała jej nosek). Miałam wrażenie, że panuje idealna cisza i że istniejemy tylko my i nasza córeczka.

Maria ułożyła mnie z Nadią na piersi i zbadała. Byłam podwójnie szczęśliwa, bo obeszło się bez nacięcia. Ani jednego szwu. Tak miły obrót spraw zawdzięczam położnym, które po mistrzowsku przeprowadziły mnie przez moment wyłaniania się główki (to był najtrudniejszy etap), ale i dzięki masażowi krocza, który mnie wyczuwalnie przygotował i uelastycznił. Maria śmiała się, że chyba jeszcze nie miała takiej podopiecznej, która by regularnie, codziennie robiła ów masaż 3 razy (zrobiłam go nawet rano w dniu porodu, bo nie byłam pewna, czy to na pewno już).

Nadinka leżała sobie spokojniutko, troskliwie okryta na moich piersiach, aż urodziłam łożysko. Gdy pępowina przestała tętnić, dumny tata dokonał przecięcia i tak sobie siedzieliśmy, patrząc z dumą na nasze Maleństwo. Maria zaproponowała w końcu, abyśmy sprawdzili, czy to na pewno dziewczynka. W ogóle o tym zapomnieliśmy, a dziewczyny nie zdradziły się, co zobaczyły. To była dziewczynka, nasza Nadulka. Co za radość!

Nadia zjadła swój pierwszy posiłek (Kasia trochę się natrudziła, aby pomóc jej ssać, ale w końcu załapała) i zasnęła. Te pierwsze dwie godziny jej życia były takie, jakie sobie dla niej wymarzyłam. Śpiącą zostawiłam w łóżku i poszłam wziąć ciepły, oczyszczający prysznic. Otrzymałam reprymendę od Marii, bo zamiast się na niej wesprzeć wyskoczyłam z wanny i podskakiwałam na jednej nodze, łapiąc równowagę („W dwie godziny po porodzie!?”). Ale czułam się świetnie, po prostu fantastycznie, pełnia sił, a endorfiny buzowały (opadły z lekka następnego dnia i wtedy okazało się, że moje ciało jest absolutnie zmęczone, a wszystkie mięśnie obolałe). Ubrałam się i zrobiliśmy sobie z Robertem późną herbatę. W roztargnieniu opadłam całym ciężarem na twarde krzesło, ale o dziwo poczułam tylko lekki dyskomfort. Coś niesamowitego! Prawie jakbym nie rodziła przed kilkoma godzinami! Cały ten okropny ból minął jak ręką odjął. 

Maria sprawdziła jeszcze, czy u Nadijki wszystko w porządku, czy ja dobrze się czuję, czy Robert ma się dobrze, pożegnała się i wyszła.

Wtedy zeszły z nas emocje. Głownie z Roberta. Jak sam powiedział końcówka była dla niego bardzo ciężka, nie mógł mi pomóc, a naprawdę cierpiałam. Ale był też szczęśliwy. Powiedział, że nie wyobraża sobie porodu w szpitalu.

Każdego dnia myślę, jakie Nadia miała szczęście, że przyszła na świat w tak sprzyjających warunkach. Każdego dnia cieszę się, że tak rozpoczęła życie i jestem wdzięczna Losowi, że udało mi się ją bezpiecznie urodzić w domu.

Mimo tych ostatnich godzin pełnych bólu i rozpaczy wspominam poród pozytywnie, a już po wyjściu Marii odnaleźliśmy kilka godzin nieba na Ziemi. Leżeliśmy obok naszej córeczki i chłonęliśmy ją wzrokiem. Od tego czasu zachwyca i zadziwia nas niezmiennie. Oby wszystkie dzieci mogły liczyć na taki start.

Dziwne, że ludzie nie wierzą w Cuda, skoro codziennie rodzą się ich miliony.

Dorota i Samuel

Dorota i Samuel

Marysia relacjonowała mi: „Mamusiu widać czółko! Widać jedną brew, a teraz drugą. Widać jedno oczko, drugie oczko. Nosek. Jedną wargę, drugą wargę! Bródkę!” 

Nasza kolejna przygoda z ciążą zaczęła się, gdy córcia miała już prawie 6 lat! Tym razem z utęsknieniem czekaliśmy na synka. W końcu się udało i na teście ciążowym po raz drugi w życiu podziwiałam dwie różowe kreseczki! Marysia zadzwoniła do babci: „Babciu będę miała brata!”

Radości nie było końca. Na początku czułam się fantastycznie. Tak mniej więcej przez tydzień. 

Później zaczęły się przygody – bolał brzuch, było mi niedobrze, wszystkie ulubione potrawy zaczęły mi strasznie śmierdzieć, nic mi nie smakowało, nie mogłam nawet patrzeć na niektóre rzeczy, bo już od samego patrzenia robiło mi się niedobrze. Do tego doszła nietolerancja jakichkolwiek zapachów. Takie uroki stanu odmiennego. 

Zaplanowaliśmy poród domowy. Tak naprawdę, marzyliśmy o porodzie bez asysty, lecz o prostu się baliśmy. Oglądałam filmiki na youtube o porodach domowych i tych bez asysty. 

Jestem ogromnie wdzięczna tym wszystkim dziewczynom za to, że zamieściły swoje – tak intymne przecież – doświadczenia. 

Nabrałam pewności, że ciało kobiety jest wprost stworzone do rodzenia. I to rodzenia bez bólu, bez wrzasku, bez histerii. 

Położna, która pomogła nam przy córce, z przyczyn zdrowotnych nie mogła się tym razem podjąć przyjęcia porodu. 

Postanowiliśmy więc znaleźć inną i ku naszemu zdziwieniu znaleźliśmy nie jedną, a dwie! I to z Białegostoku! Jakże się wszystko pozmieniało. 

Siedem lat temu wręcz z podziemi wydobyliśmy naszą położną, tym razem mogliśmy niemal przebierać! To cudowne, że tak wiele położnych zaczyna się angażować w porody domowe.

Termin miałam na 26 maja, ale już ostatniego dnia kwietnia pojawiły się regularne skurcze, które szczerze powiedziawszy bardzo nas zmartwiły, gdyż w takim układzie poród domowy stał się zbyt ryzykowny. 

Maj był dla mnie dość trudny. Nasze dziewczyny zaleciły odpoczynek, leżakowanie, unikanie jakiegokolwiek wysiłku. Tak więc leżałam i nasłuchiwałam. Kiedy w końcu minął 37 tydzień, wszyscy odetchnęliśmy z ulgą, bo synek wciąż siedział w brzuszku, a ja zaczęłam nabierać pewności, że mu się tam podoba. 

Znowu mogłam być aktywna! Do czasu aż spuchły mi stopy, bo tym razem moja ciąża wyglądała zupełnie inaczej, niż za pierwszym razem. 

Myślałam, że synek, podobnie jak córka, też urodzi się w 39 tygodniu, jednak los chciał, bym doświadczyła, jak to jest, gdy mija magiczna data. 

Minął 26 maj, a Samuel wciąż siedział w moim brzuchu. Nie ukrywam, że chciałam już mieć go w swoich ramionach, tulić, karmić. 

Na jakieś 2 tygodnie przed terminem rozwiązania odegraliśmy poród. Nasza córeczka grała w tym przedstawieniu pierwsze skrzypce. Użyczyła nam swojej dużej lalki, przygotowaliśmy wszystkie akcesoria, z których miałam korzystać podczas porodu (piłka, poduchy) i zaczęliśmy grać. 

Marysia chętnie odgrywała swoją rolę, to ona przynosiła ręczniki, gładziła mnie po plecach, podawała wodę, a także miseczkę i sitko na łożysko. 

Przedstawienie się udało. Wszyscy byliśmy bardzo zadowoleni i z radością czekaliśmy na prawdziwy finał.

Jednak Samuel miał się w brzuchu coraz lepiej i ani myślał z niego wychodzić.

Naturalne metody wywoływania porodu opisane w książce Preeti Agrawal nie przyniosły oczekiwanego rezultatu. Zaczęłam chodzić na bardzo długie spacery (raz nawet wsiadłam na rower – choć nie był to zbyt dobry pomysł, bo cały czas się bałam, że siodełko może uciskać główkę i siedziałam tylko na jednym półdupku). 

W końcu postanowiłam wypróbować działanie wspomnianego przez Preeti oleju rycynowego. Znałam jednak jego zapach i bałam się, że nie zdołam go wypić. 

Skorzystałam więc z dobrodziejstwa internetu i odnalazłam rewelacyjny przepis na „koktajl położnych”, w skład którego wchodził właśnie ten olej. 

29 maja z rana sporządziłam tę magiczną miksturę i wypiłam powoli. Była nawet całkiem znośna. Nawet bardziej, niż myślałam. 

Koktajl w połączeniu ze spacerem (wyszło tego 3 km) wywołał upragnione skurcze. Około godz. 13:15 poinformowałam nasze dziewczyny, że w końcu się zaczęło! Do godziny 14 byłam u swoich rodziców, ale wiedziałam, że za chwilę będę rodzić. Skurcze były dość silne i dość częste. 

Marysia pomagała mi dzielnie. Śpiewałyśmy razem, a gdy pojawiał się skurcz, ja w pozycji kolankowo-łokciowej (z pupą do góry) starałam się go złagodzić. 

Po 14 wróciliśmy do domu (odwiózł nas mój tato), mąż zajął się rozpalaniem w piecu (tego dnia było deszczowo i zimno) natomiast my z Marysią śpiewałyśmy, a ja kołysałam biodrami. 

Mąż zadzwonił do położnych, które były już w drodze. Poprosiły, by sprawdził (według ich instrukcji przez telefon), jakie mam rozwarcie. Okazało się, że „żadnego”! 

Było to dość dziwne, bo pamiętałam, że skurcze o takiej intensywności podczas mojego pierwszego porodu pojawiły się przy 8 – 10 cm rozwarciu! Dziewczyny zaleciły, bym trwała w pozycji kolankowo-łokciowej z pośladkami w górze, aż do ich przyjazdu. 

Jednak jakaś siła „zerwała” mnie na równe nogi i stwierdziłam, że czuję potrzebę parcia. Było to tak silne, że liczyło się tylko to. 

Sięgnęłam ręką do krocza i … 

„Czuję główkę” – powiedziałam do męża z przejęciem. 

On przekazał to położnym, które wciąż w drodze do nas były na gorącej linii, po czym sprawdził i stwierdził: „Widać już włoski!” 

Reszta potoczyła się błyskawicznie! Nie byliśmy przygotowani na tak szybką akcję! Zupełnie! 

Mąż już wcześniej rozłożył matę i koc – tak na wszelki wypadek. 

Uklękłam na lewym kolanie silnie opierając się na prawej stopie, przedramiona oparłam o wersalkę. Samuel zaczął się wysuwać. 

Odeszła potrzeba parcia, odszedł ból. A ja poczułam ogromną siłę i pewność, że wszystko będzie dobrze. 

Marysia relacjonowała mi: „Mamusiu widać czółko! Widać jedną brew, a teraz drugą. Widać jedno oczko, drugie oczko. Nosek. Jedną wargę, drugą wargę! Bródkę!” 

I tak stopniowo nasz synek opuszczał moje ciało, spokojnie bez pośpiechu, w asyście swego tatusia i siostrzyczki.

Było to niesamowite, cudowne, niezmącone bólem doświadczenie. 

Magiczne! Samuel wysunął się prosto w ręce tatusia. Nie od razu zaczął płakać. Zgodnie z instrukcjami przez telefon pobudziliśmy go masażem stóp, plecków a nawet klepnięciem w pupę.

Marysia przyniosła jakiś ręcznik, owinęliśmy go i tak siedziałam z nim tuląc go do piersi siedząc na piętach… 

Wszyscy czekaliśmy na poród łożyska. Marysia podała miskę i sitko. 

I dopiero teraz sięgnęła po kamerę, o której kompletnie zapomnieliśmy! Z tego wszystkiego nie spojrzeliśmy w ogóle na zegarek i nie wiemy, o której urodził się nasz syn. Zrobiliśmy to dopiero o 15:05, gdy nasz syn już od dobrych kilku minut był na świecie. 

Po około 20-25 minutach od porodu poczułam znowu potrzebę parcia. Uniosłam się na kolanach, a mąż podstawił miseczkę, do której urodziło się łożysko. 

Tym razem też był to poród lotosowy. Nie przecięliśmy pępowiny. Pozwoliliśmy by wyschła, zesztywniała i odpadła sama. 

Synek urodził się we czwartek, w niedzielę postanowiliśmy jednak, że odetniemy pępowinę, ponieważ wyschła mocno i ocierała brzuszek malucha, a poza tym zesztywniała „na sztorc” i obawialiśmy się, czy przypadkiem od tego zahaczania o pępowinę nie zrobi się jakaś rana przy pępuszku. W poniedziałek odpadł kikucik pępowinowy. Gdy odcinaliśmy pępowinę, była sztywna, twarda jak drut i cieniutka (miała kilka milimetrów). 

Mój mąż i córeczka spisali się na medal! Dzięki opanowaniu męża, jego spokojowi i pewności, że wszystko będzie dobrze, mogłam się odprężyć i po prostu urodzić! Marysia, mimo swoich 6,5 lat wykazała się ogromną dojrzałością, a jednocześnie bardzo nam pomagała przynosząc różne rzeczy. Kocham ich! 

Po około 40 min od porodu przyjechały nasze położne. Zbadały Samuela, zbadały mnie. W około 40 minucie po narodzinach, Samuel otrzymał 10 pkt. w skali Apgar. Ważył 3430 g i mierzył 58 cm. 

A ja poszłam pod prysznic, tak jak gdyby nigdy nic. Silna, w fantastycznym nastroju, dumna i szczęśliwa, że tak pięknie urodził się nasz syn. Była też we mnie cisza, był spokój… Jak po wielogodzinnej medytacji… albo po wspaniałym porodzie.

Życzę wszystkim kobietom takich doświadczeń.

P.S. Mimo, że nasze dziewczyny nie zdążyły do nas przyjechać☺ jesteśmy im niesamowicie wdzięczni za to, że były z nami przez całą ciążę, pomagały i wspierały w chwilach trudnych, służyły pomocą i fachową poradą. No a w tym niezwykle szczególnym dniu, odebrały swój pierwszy, telefoniczny poród☺ Gorąco polecamy! Kontakt: Gosia Górska, tel. 722110700

Dorota i Marysia

Dorota i Marysia

Po jedzeniu miałam już 10 cm rozwarcie i wtedy ze zdziwieniem zauważyłam, że ból zniknął. Rozebrałam się do rosołu, bo oblała mnie nagła fala gorąca.

Nareszcie! Stało się! Test wykrył bobasa! Od jakiegoś czasu staraliśmy się o dziecko i w końcu byłam w ciąży. Czułam się fantastycznie. Spoglądając na dwie różowe kreseczki byłam szczęśliwa, dumna, a ponadto pojawiło się jakieś nowe uczucie – uczucie, którego dotychczas nie doświadczyłam. 

Zostałam mamą! Dołączyłam do grona wszystkich mam i ich Duch pojawił się przy mnie, by się mną opiekować…

Ciąża przebiegała wzorowo: 3 miesiące uporczywych nudności, 10 wizyt w toalecie połączonych z czułym obejmowaniem sedesu, zapadanie w krótkie popołudniowe drzemki, zachcianki jedzeniowe, robienie siusiu co 15 minut, a w końcu napływ energii. 

Jeździłam rowerem prawie codziennie, robiąc przy tym wiele kilometrów (mieszkaliśmy w Białymstoku i jazda autobusami, w których mieszanka zapachów i smrodów przyprawiała mnie o mdłości, w ogóle nie wchodziła w rachubę), codziennie ćwiczyłam jogę i dbałam, by się dobrze odżywiać (jestem wegetarianką). I muszę przyznać, że poza momentami, gdy spełniałam swoje zachcianki, było całkiem przyzwoicie. 

Tak przygotowywałam się do porodu.

Oboje, zarówno mąż, jak i ja, pragnęliśmy, by nasze dziecko przyszło na świat w naszym domu, którego tak naprawdę jeszcze nie było. Jednak robiliśmy wszystko, aby wyprowadzić się z miasta i zamieszkać na wsi. W siódmym miesiącu ciąży „wyemigrowaliśmy” do mojego rodzinnego domu na wsi. Budowa naszego własnego gniazdka „lekko” się przeciągnęła. 

Rozpoczęliśmy poszukiwania położnej, która zgodziłaby się odebrać poród domowy. Siedem lat temu nie było to wcale takie łatwe, ale udało się! Kiedy byłam w 5 miesiącu spotkaliśmy się z Alą i wszyscy przypadliśmy sobie do gustu. Mimo znacznej  odległości (300 km), nasza położna podjęła się zadania. 

Miałam bardzo dobre wyniki, byłam aktywna i dobrze się czułam, znaleźliśmy wspaniałą położną, zatem mogliśmy przygotowywać się do porodu domowego.

Zaczął się 39 tydzień ciąży. Obudziłam się o 3 w nocy z silnym bólem podbrzusza. Myślałam, że czuję się tak z powodu przepełnionego pęcherza. 

Jednak po powrocie z toalety okazało się, że zaczyna się dziać coś „dziwnego”. Brzuch napinał się i twardniał, a ból w podbrzuszu nie ustawał. Był podobny do tego podczas okresu. 

Obudziłam męża. Zaczęliśmy zapisywać, jak często pojawiają się skurcze. Były dosyć regularne, pojawiały się co 5-6 minut. O godzinie 6 rano postanowiliśmy zadzwonić do naszej położnej. Ala upewniła nas, że to jest właśnie „to”. Powiedziała, że natychmiast wyjeżdża. O godzinie 7 wypadł czop śluzowy a o 9 przyjechała Ala. Miała do pokonania 300 km! 

W międzyczasie byliśmy na spacerze (słyszałam, że chodzenie przyśpiesza rozwieranie szyjki, więc chciałam jak najwięcej chodzić). Kiedy skurcze stały się „paskudne”, Ala zbadała mnie i okazało się, że mam już 6 cm rozwarcie. Przy kolejnym badaniu było już 8 cm i Ala zaproponowała byśmy się wyluzowali i coś zjedli. Tak też zrobiliśmy. 

Po jedzonku miałam już 10 cm rozwarcie (około 13:30) i wtedy ze zdziwieniem zauważyłam, że ból zniknął.

Rozebrałam się do rosołu, bo oblała mnie nagła fala gorąca. Chciałam rodzić w pozycji kucznej, którą ćwiczyłam przez całą ciążę, ale po kilku minutach tak mocno drżały mi nogi, że nie byłam w stanie się na nich utrzymać i usiadłam na podłodze oparta plecami o męża. Przyjęłam pozycję półleżącą, która niestety wcale nie należy do naturalnych podczas porodu, więc musiałam się trochę wysilić i przeć. Nie wiedziałam zbytnio, jak mam to robić i na czym to w ogóle polega. Kiedy po około 20 min bezowocnego parcia poczułam, że nie potrafię ani przeć, ani oddychać, ani urodzić, moja mama, która była obecna przy narodzinach swojej wnuczki, powiedziała, jak mam się do tego zabrać. 

Parłam i oddychałam razem z mężem i po kilku minutach zobaczyłam, jak wyskakuje ze mnie nasza córeczka. Urodziła się w czepku razem z wodami płodowymi o 14:07. 

Ala odśluzowała Marysię i położyła mi ją na brzuchu. Pępowina była bardzo krótka i Marysia leżała pod moimi piersiami. Po tych niespełna 40 minutach porodu leżała na mnie upragniona córeczka! 

Był to poród lotosowy (w trakcie takiego porodu nie odcina się pępowiny i czeka się nawet kilka dni aż ta sama odpadnie). Marysia w czwartej dobie podczas przewijania kopnęła nóżką i oderwała pępowinę, która była już bardzo sucha, cieniutka i twarda. W ten sposób oddzieliła się od towarzysza, z którym spędziła 9 magicznych miesięcy wewnątrz mego ciała…

Przy porodzie, oprócz mamy była też moja młodsza siostra – Julka – wówczas 9-letnia. Julka robiła zdjecia i w ogóle niczym się nie stresowała. Teraz ma 16 lat i obie dziewczyny są ze sobą bardzo zżyte! Marysia uwielbia Julę i z wzajemnością – widać że łączy je coś specjalnego!

Kasia i Olek

Kasia i Olek

Ale zaufałam SOBIE! Poczułam MOC! Otwarłam się na to, że dam radę i będzie dobrze! Posłuchałam ciała, które mnie poprowadziło, podpowiadało co robić dalej.

Jestem mamą (póki co) trójki chłopców (9l., 2,5 roku, 2,5 tygodnia). Pierwszego i drugiego syna urodziłam w szpitalu z kaskadą wszystkich możliwych ingerencji w poród (niepotrzebnych), zastraszania, pośpieszania, przymuszania, a nawet farmakologicznego ogłupiania co bym była posłuszniejsza personelowi…

Zostałam okaleczona tak psychicznie jak i fizycznie, że rany do tej pory się nie zagoiły (te fizyczne), ale dzięki temu, że ostatniego syna urodziłam w domu – odczarowałam doświadczenia poprzednich porodów, bo przeżyłam coś tak pięknego, naturalnego, niesamowitego, że nikt mi tego nigdy nie odbierze❤️

Całą ostatnią ciążę przeżyłam w trudnej sytuacji osobistej, ale i w spokoju biorącym się z nastawienia na pd. Ginekologa odwiedziłam raz na początku, żeby potwierdzić ciążę, raz po coś na infekcję intymną (leki nie zadziałały, dopiero moja głowa mi pomogła) i raz w 36 tc. żeby zrobić badania podstawowe (w porę;)) i usg, żeby wiedzieć jak dzidziuś jest ułożony.

Długo byłam nastawiona na pdbam, ale pod koniec ciąży wystraszyłam się, że po moich obrażeniach krocza z powodu gigantycznie spierd….nych nacięć z poprzednich porodów, i przewlekłej infekcji pęknę tak strasznie, że się wykrwawię i nawet nie będzie miał kto wezwać karetki, więc zdecydowałam się rodzić z położną i doulą na wszelki wypadek. A tu Ci psikus, bo nie pękłam nawet na milimetr, mimo, że to był szybki poród😜

Koło 20 zaczęły się skurcze, które przez 4h przechodziłam sobie sprzątając, bawiąc się z dziećmi, gotując zupę (nawet nie byłam pewna czy to już ;)), położyłam koło północy synków, pobujałam się na hamaku, poskakałam na piłce, pojadłam sobie i po 2ej zadzwoniłam nieśmiało do douli (aż mi głupio było, że o takiej porze), żeby zapytać czy to już może rodzę (widzicie jak bardzo można nie ufać ciału jeśli miało się wywoływane oksytocyną, balonikiem itd. porody? 😭), a że doula właśnie  wracała z położną z porodu w mojej okolicy, to zajrzały do mnie tak po pół godziny od telefonu. Okazało się, że faktycznie rodzę, ale, że do rana nic z tego, żebym poszła spać, one też się położyły odpocząć…

Jak tylko się położyłam poczułam straszny ból i polała się krew, dużo krwi… Akcja przyspieszyła, praktycznie nie miałam przerw między skurczami, doszły bóle krzyżowe, tens nie pomagał nic a nic, ucisk na talerze biodrowe też nie, o basenie to już nawet nie myślałam, chciałam tylko, żeby ten ból minął…. Byłam tak zamknięta w kroczu, że hej. A krwi było coraz więcej… W oczach położnej pojawił się strach… Ja go nie czułam, ale na propozycję transferu do szpitala karetką bez położnej (najbliższego otwartego oddalonego o 2h drogi) przypomniałam sobie, że przecież chcę rodzić w domu!!! Nie chcę znowu okaleczyć siebie i dziecka! Z drugiej strony umysł kontrolował “możesz osierocić dzieci, jeśli zaryzykujesz”…

Ale zaufałam SOBIE! Poczułam MOC! Otwarłam się na to, że dam radę i będzie dobrze! Posłuchałam ciała, które mnie poprowadziło, podpowiadało co robić dalej. Stopniowo, z pomocą rozgrzanych olejkami dłoni douli masującej od zewnątrz moje krocze, w pozycji stojącej i na zmianę kucającej na kanapie już nie walczyłam z bólem – przetransformowałam go w siłę stworzycielki! Jak bogini powoływałam na świat NOWE ŻYCIE! Byłam kanałem energii łączącej niebo z ziemią! Świat przestał dla mnie istnieć, byłam tylko ja i moje dziecko – MY byliśmy całym WSZECHSWIATEM! W tym momencie wreszcie pękł pęcherz płodowy i kiedy rzeka wód ściekała mi po nogach a główka zaczęła wychodzić poczułam NAJCZYSTSZĄ ROZKOSZ! Jakby gorąco między nogami, które z każdym skurczem rozpływało się po moim ciele, aż objęło mnie całą, po czubki palców, włosów! Główka powoli posuwała się na zewnątrz, a ja nigdy nie czułam się tak cudownie jak w tym momencie😍 Nie parłam nic a nic, to działo się samo, gdy wolałam na głos “Aleeeeksaaaandrzeeee, Aleeeksaandrzeee, przyyyyjdź!!!”, a on z każdym głębokim wydechem był bliżej i bliżej na świecie😍 A ja drżałam z rozkoszy nie do wytrzymania😍 Przedłużałam jak mogłam, żeby to jeszcze trwało, ale ostatecznie jakoś po 3ej:30 w nocy Aleksander postanowił wypłynąć cały:) Piękny jak cud, idealny, różowy😍

Kolejne ze dwie godziny rodziło się łożysko, które zostało z nim połączone przez następne trzy dni, choć wcześniej nie brałam pod uwagę na poważnie porodu lotosowego, ale jakoś tak samo wyszło 😍

Pierwszy raz odważyłam się opisać to co przydarzyło mi się w nocy 24/25 października, co uczyniło mnie inną kobietą, silną i będącą w zaufaniu do siebie❤️ Choć nie planuję kolejnych ciąż i porodów (ale poprzednich trzech też nie planowalam😂😜), to gdyby spotkało mnie znowu to szczęście, chciałabym urodzić już bez formalnej asysty medycznej, ewentualnie w czułym towarzystwie takiej kobiety jak Magda czy Wiola – którym dziękuję, że pomogły mi doświadczyć cudu narodzin w domowym zaciszu i zaufaniu do naturalnej, kobiecej mocy stwarzania❤️❤️❤️

Kamila i Hugo

Kamila i Hugo

Rodzić w Ekstazie przekraczającej ból, z Oddechem Życia, poddając się Wewnętrznemu Prowadzeniu, rozszerzając granice swego Istnienia na Nowy Wszechświat.

Szamanka Narodzin – narodziny Tęczowego Wojownika (cd historii Kamila i Angus)

Będąc w ciąży z Hugo miałam jeszcze większą samoświadomość. 

Kontynuowałam pracę z dźwiękami gongów i mis. Podążałam za swą intuicją. Wiedziałam, jak ważne jest pokochanie i zaakceptowanie swojego ciała, uwolnienie i przetransformowanie bolesnych historii z pamięci komórkowej. W rozbrajaniu kolejnych warstw swojego „ciała bolesnego” pomagała mi tantra i techniki szamańskie. Praca z nagością pozwoliła na oczyszczenie mojej seksualności i czerpania z niej przyjemności, wyzbycie się resztek wstydu i w pełni zaakceptowania mojego ciała jako Świątyni Ducha. Metoda rekodingu odcisku limbicznego pozwoliła mi stworzyć Nową Wizję Narodzin. 

Spotkałam się także z amerykańską położną “mistrzynią duchowego położnictwa” Iną May Gaskin na warsztacie “Potencjał porodu” w Warszawie, który przypomniał mi, jak ważne podczas porodu są intymność, poczucie bezpieczeństwa, rozluźnienie i całkowite poddanie się procesowi.
Mieszkałam już wtedy na wsi i czułam coraz silniejszy kontakt z naturą. Wiedziałam, jak ważne jest przebywanie w przyrodzie, czułam, że jestem jej nieodłączną częścią. 

Udało mi się szczęśliwie znaleźć położne, które zgodziły się na przyjęcie porodu domowego i lotosowego – co było dla mnie niemal cudem. Mieszkam teraz na południu Polski, na wsi, daleko od Warszawy, gdzie mieszkałam wcześniej, gdy rodziłam Wikę i Angusa.
Bardzo ważne w moich doświadczeniach porodowych było podążanie za czymś, co mogę nazwać, swoistym rytmem porodu. Czyli zaufanie procesowi, całkowita akceptacja, uszanowanie i poddanie się Spiralnemu Tańcu Tworzenia. Nie przyśpieszając go, ani nie spowalniając.
Właśnie dzięki takiej postawie totalnej otwartości, miękkości i przyjmując wszystko, co się pojawia – i ból, i zmęczenie – mogłam przywitać moje trzecie dziecko, doświadczając potężnej fali rozkoszy… ból przerodził się w doświadczenie orgazmiczne… i tak narodził się mój syn Hugo, wprost do mych rąk, w ciepłej wodzie. 

Ten wiersz napisałam na dwa tygodnie przed urodzeniem Hugo, będąc już mocno w polu narodzeniowym i czując energię Szamanki Narodzin , która chciała się przejawić we mnie i przeze mnie….


Szamanka Narodzin ta która wie jak rodzić z rytmem Matki Ziemi świadomie w Ekstazie przekraczającej ból z Oddechem Życia podążając za ciałem poddając się Wewnętrznemu Prowadzeniu w swoim tempie tańcząc śpiewając otwierając się rozszerzając granice swego Istnienia na Nowy Wszechświat i jego słowa okazały się prorocze…


Gdy 6 listopada obudziłam się rankiem z lekkimi skurczami, wiedziałam, że tego dnia urodzę, byłam bardzo podekscytowana, a zarazem spokojna, bo od miesięcy oczekiwałam tego momentu, a w ostatnim miesiącu ciąży wyraźnie czułam silną energię Hugo i obecność Szamanki Narodzin. Chciałam urodzić w domu, lotosowo, więc zadzwoniłam do Krzysi, położnej, która razem z Bożeną zgodziły się na towarzyszenie mi w tej niezwykłej podróży porodowej.
Kiedy w przerwie pomiędzy początkowymi skurczami wyszłam na spacer do lasu, na niebie pokazała się podwójna tęcza – obwieszczająca rychłe narodziny Tęczowego Wojownika. Czułam narastającą radość, że już tuż tuż… i pojawi się na świecie.

Przywołując Szamankę Narodzin podczas porodu Hugo łączyłam się z pradawną, komórkową mądrością ciała, ufając i poddając się naturalnemu rytmowi narodzin w spiralnym tańcu stworzenia przy dźwiękach gongów, mis i bębna, które rozpuszczały moje napięcia; surfując na falach narodzeniowych, przy wsparciu położnych – kobiet, które swym dotykiem i obecnością dawały ukojenie, puszczając resztki lęku i chęci kontroli, weszłam do ciepłej wody rozluźniając się całkowicie… Fale stawały się coraz intensywniejsze, a ja instynktownie płynęłam razem z nimi, używając mojego głosu – intonując spontanicznie dźwięki… i przy najwyższej fali, przy siedmiu centymetrach rozwarcia zalała mnie fala potężnej energii rozkoszy i ekstazy… po pięciu minutach Hugo dosłownie wyślizgnął się do basenu wprost w me ramiona… Moje ciało dobrze wiedziało jak urodzić łagodnie, bez presji i parcia, bez przemocy i siły… Moja joni jak kwiat rozkwitła, stworzona do tego, by rodzić… Hugo pozostał połączony z placentą, po sześciu dniach 12 listopada odpępowił się, rodząc się w pełni, świadomie do zewnętrznego świata, a ja trwam tak dalej na fali porodowej ekstazy, narodzona na nowo razem z moim synem, we wdzięczności i wielkiej radości z cudu jakim jest Życie.

Karina i Krzyś

Karina i Krzyś

„Jeśli nie żyjemy tym, w co wierzymy, to jest to oszustwo”. Nagle wiem, że urodzę, gdzie i jak chcę, że ufam sile rodzenia, która mnie poprowadzi. Przychodzi spokój.

Wiosenny Krzyś

O tym, że będę rodzić w domu wiedziałam od początku. 

Jestem dość nietypową położnicą. Niezbyt ufam badaniom, lekarzom, a nawet położnym. W czasie pierwszego domowego porodu nieustannie walczyłam z położną. Wspominam to jako ciągłą szarpaninę pomiędzy tym, co chciałabym robić i uciekaniem od tego, co chciała położna. Po takim czymś moim największym pragnieniem było, żeby urodzić samej. W ciszy i spokoju, bez konieczności mówienia, tłumaczenia, proszenia o cokolwiek. Nie ma u nas tradycji samotnych porodów. Umówiłam się więc z Kasią Oleś. 

Końcówka ciąży to dla mnie czas przeprowadzki. Niezbyt fortunny. Stres, że nie zdążymy przed porodem. Ciągłe zabieganie i nieobecność mojego męża Darka. Ekipa telewizyjna, która przyjeżdża do domu w czasie terminu porodu. Zdjęcia w plenerze. Przeziębienie. Kasia, która mówi: dziewczyno, czy wiesz że jeśli jesteś chora TO PORÓD W DOMU JEST PRAWIE NIEMOŻLIWY. Nie wiedziałam. Nie przyjmowałam tego do wiadomości. Robiłam wszystko, żeby wyzdrowieć. Moczyłam nogi w gorącej wodzie z plastrami cytryny, robiłam inhalacje z ziołami i olejkami, piłam kit pszczeli, citrosept. 

Poskutkowało. Wyleczyłam się, ale dzieciak jakoś nie chciał przyjść na świat. Kasia śmiała się, że boi się zimy tej wiosny. Minął tydzień od terminu. Musiałam pójść na KTG do szpitala. Dla mnie psychiczna tortura. Stres, ze coś może być nie tak i jeszcze nie pozwolą mi stamtąd wyjść. Ale badanie wyszło w porządku. Ale zero skurczy i rozwarcie na jeden palec. Znajomy ordynator śmieje się, że skoro marzył mi się poród w morzu z delfinami, to on pozwoli mi przynieść welonki do wanny, to mnie rozśmiesza i dodaje trochę otuchy, myślę, że jak nie będzie innego wyboru, to może nie będzie tu tak źle. 

Mija środa i czwartek. Dzwoni Kasia. Mówi, że chyba nici z domowego porodu, że jak to się tak przedłuża, to chyba jednak bezpieczniejsza będę w szpitalu. Jestem zła. Czuję taką złość na asekurację. Na to, że znowu ktoś decyduje za mnie, gdzie mam rodzic. 

Dostaję maila od przyjaciółki z Indii. Pisze, żebym była spokojna. Dziecko ma prawo być w brzuchu 42 tygodnie, jeśli tego potrzebuje. Miotam się. Mój wzrok pada na stary szablon mojego męża z Gandhim. Jego słowa tłuka się mi po głowie. „Jeśli nie żyjemy tym, w co wierzymy, to jest to oszustwo”. I nagle wiem już, że urodzę, gdzie chcę i jak chcę. Że nie pozwolę już nikomu się zastraszyć. Wiem, że ufam sile rodzenia, która poprowadzi mnie przez poród. Przychodzi spokój. 

W piątek w końcu jest słonecznie i ciepło. Dziesiąty dzień po terminie. Chodzę z mamą po ogrodzie i sadzimy cebulki kwiatów. Jestem szczęśliwa. Doczekałam się wiosny. Cały dzień pobolewa mnie pierś, którą poprzedniego dnia ucisnęłam zbyt ciasną fiszbiną. Jakoś nie mogę nigdzie usiedzieć. Najlepiej mi w ruchu. Wieczorem w domu Darek czyta Kalince bajki na dobranoc, a ja robię sobie ciepłą kąpiel, żeby rozmasować pierś, w której pomału robi się zastój pokarmu. Paranoja, myślę, żeby mieć zastój przed porodem? Ale dzielnie masuję. Woda jest cudownie ciepła. Po chwili z piersi wypływa siara i przychodzi ulga. Leżę w wodzie. Po chwili ze zdziwieniem odczuwam lekki skurcz. Nasłuchuję powtórki. I rzeczywiście, pojawia się. Wychodzę z wody. Wycieram się i ubieram. Skurcze wciąż są. Niezbyt bolesne, ale wyczuwalne. Darek już uśpił małą. Mówię mu, że się chyba zaczyna. Patrzy zdziwiony. Ma taką śmieszną minę, że chce mi się śmiać. To co mam robić – pyta? Nie jesteś mi jeszcze potrzebny – mówię. Idź lepiej spać, ja zaraz przyjdę, napisze tylko do Kasi sms’a. 

Patrzę na zegarek: jest 10-ta. Skurcze są co 2 minuty i trwają pół minuty. Regularne. Dziwne, myślę. Pamiętam ile czasu zajęło pojawienie się tej regularności przy poprzednim porodzie. Sms wysłany. Chyba coś z tego będzie, skurcze nie ustają. Wstawiam wodę i ucieram imbir. Podobno zapobiega pęknięciom krocza w czasie przechodzenia główki – dane z Indii od Kasi. Zaparzam go w termosie. Gaszę światła, zapalam świece. Dom śpi. Ja krążę po pokoju słucham płytki z Hipnobirth i przykucam, kręcę biodrami, jedyne czego nie robię, to nie leżę. Trauma z poprzedniego porodu, nie pozwala mi nawet o tym pomyśleć. Jest cudownie, czuję jakbym wpadała w trans, zatapiam się, a moja świadomość skupia się tylko na falowaniu, rytmie, oddechu. Słyszę ze Darek jeszcze nie śpi, idę do niego, żeby obliczył częstotliwość skurczy. Ja nie potrafię już tego zrobić. Dzwonię do Kasi. Zastanawia się, czy to na pewno to, czy się mają zbierać z Ilonką. Mówi, że jak za pół godziny dalej będą skurcze, to przyjadą. Za pół godziny skurcze SĄ nadal. Nie częstsze, ale intensywniejsze. Kasia mówi, że zdecydowały, że jednak przyjadą. W tym stanie świadomości czuję ulgę. Potem przyjdzie nuta goryczy, że to takie wyproszone przybycie, „Bo to już 10 doba po”. Darek zasypia, a ja wracam do krążenia i kucania. W pewnym momencie jest mi strasznie niedobrze. Idę sikać i wymiotować. Po chwili mija, a ja myślę, z nie wiadomo którym już tego wieczoru zdziwieniem, już 7 palców rozwarcia? Idę pod prysznic, woda zmywa pot, przynosi ulgę. Wychodzę i czuję wielkie zmęczenie. Myślę sobie, położę się na chwilkę, wstanę przed następnym skurczem. I odpływam. Znajduję się w przestrzeni wielkiej, bezbolesnej. Ogarnia mnie cudowna euforia. Nie wiem ile to trwa. Myślę sobie – aha więc to jest ten czas pomiędzy, błogosławieństwo, pełne rozwarcie, czas odpoczynku. Położne nie pozwalają wtedy spać. A ja właśnie chyba to robię. Jest cudownie. 

Nagle z tego idealnego stanu wyrywa mnie niespodziewanie silny skurcz. Inny. Czuje krzyże i to jak czuję. Jakby mnie ktoś pociągnął za sznurek z fazy drzemania i zostawił zawieszoną między ławą a kanapą. Zawisam, to przynosi ulgę, rozcieram sobie krzyże. Przy następnym skurczu biegnę do Darka. Masuj mnie, masuj mówię. Jestem cicho, nie chcę zbudzić Kalinki. W planach porodowych mała miała wylądować u mojej mamy, a wszystko wyszło inaczej i śpi sobie w domu. Dobrze, że nie mam potrzeby krzyczenia. Jestem cała skupieniem i zasłuchaniem. Darek masuje. Pytam, która to godzina. Jest pierwsza. Dzwonimy po położne, gdzie są? Dojeżdżają do Bielska. Mówię do Darka, że musimy przygotować podkład do rodzenia, bo to już chyba niedługo. Klęczę w ciemnej sypialni, palą się tylko świece. Jest dobrze. Po chwili czuję ciepłą strugę na udach. Odeszły wody. Lekko różowe. Skurcze takie intensywne, że nie mogę już wytrzymać, pomału nie wiem co robić, żeby nie bolało. Położne w Wilkowicach, sugerują pozycję kolankowo-łokciową. Nic z tego. Nie mogę się pochylić do przodu za bardzo boli. Opieram głowę o framugą łóżka. Zastanawiam się czy mogę przeć. Nie chciałabym zrobić tego za wcześnie. Sięgam w głąb siebie próbując wyczuć krawędzie szyjki. Znajduję coś dziwnego. Co to jest? Po chwili przychodzi zrozumienie. To włosy dziecka… Myślę, że dłużej już nie będę zwlekać. Proszę Darka, żeby przyniósł mi z kuchni wodę imbirową. Tylko przecedź, mówię za nim. 

Przy następnym skurczu, uśmiecham się w ciemności i pozwalam sobie na wypieranie. Czuję, że dziecko już wychodzi. Słyszę Darka, jak mówi: – Nie mogę znaleźć sitka.

Wołam do niego: – Chodź, nie szukaj, już urodziłam.

– Coooo? – biegnie do nas. 

A ja klęczę i trzymam w rękach nasze dziecko. Cała drżę ze szczęścia. Udało się. Sama potrafię to zrobić. Darek płacze. Ja też. Przytulamy się. Po chwili mówię – wiesz, ja nawet nie wiem, co urodziłam? Zapalamy mała lampkę. Ojej, mamy syna! Radość. 

Po chwili dzwonią położne. Pomyliły klatki, już wchodzą. Jest 1.30. Jak go nazwiemy? Krzyś Gabriel – odpowiadam. Kasia z Iloną wchodzą, wnoszą worek sako i sadzają mnie na nim. Czuję ulgę, że nie chcą mi zabrać małego. Przytulam go. I nic więcej się nie liczy. Dochodzi do mnie, że gdyby tego zażądały, to bym go oddała, choć nie chciałam tego najbardziej na świecie. Teraz jest taki spokój. Kasia pobiera krew z pępowiny. Mały ssie pierś. Przecinają pępowinę, jak przestaje tętnić. Siedzę „zawieszona”. Po chwili czuję znowu skurcze. Darek przejmuje małego, a ja rodzę łożysko. Kładę się na łóżku, żeby Kasia mogła mnie obejrzeć. Małe pęknięcie. Nie krwawiące. Po szyciu idę pod prysznic. Krzyczy Kalinka. Darek idzie do niej z Krzysiem. Po chwili są u mnie razem w łazience. Kalina, zdumiona i szczęśliwa, wpatruje się w brata i nie może uwierzyć. Mamo, myślałam, że Tata żartuje, że to jakaś zabawka. Uśmiechamy się do siebie. 

Noc cudów. Kładę się z Krzysiem do łóżka. Darek z Kalinką o trzeciej w nocy odbijają dla naszych położnych szablony na torbach. Szaleństwo. Położne czuwają. Ja piszę sms’y. Zasypiamy wszyscy w czwórkę w naszym łóżku. Mam po dwóch stronach dzieciaki. Czuję zupełny błogostan i wielką dumę i radosną świadomość, że faktycznie się da. Że to nie czcza gadanina, niesprawdzona teoria o sile rodzenia, ale prawda dotknięta przez skórę. 

Myślę, że największe zmiany w położnictwie będą możliwe w momencie, w którym same kobiety nie pozwolą odbierać sobie prawa decydowania o tym jak, gdzie i kiedy chcą rodzić i z kim. Świat się zmieni, kiedy to my będziemy dobierać sobie towarzystwo, a nie biernie zgadzać się z czyimiś osądami. Musimy być świadome ryzyka, jak to niedawno przeczytałam: Kobiety wybierają się samotnie w podróż na skraj życia i śmierci. I to stamtąd przynoszą dzieci do świata żywych. Same niestety tam czasem zostają. Ale każda z nas matek oddałaby siebie za dziecko i dla tej siły miłości i poświęcenia nie zapominajcie, że to Wy jesteście dawczyniami życia. Nie szpital, lekarz, położna – to kobieta ma moc rodzenia.

Kamila i Angus

Kamila i Angus

Wydobyłam z siebie ryk dzikiej kobiety, otwierając pełniej gardło i łono. Czułam czystą moc płynącą z Ziemi, połączenie z pierwotną siłą natury. Byłam w innym wymiarze

Gdy oczekiwałam pierwszego dziecka (córka Wiki) odczułam, że moja percepcja rozszerza się, wszystkie moje zmysły bardzo się wyostrzyły. Czułam się piękna i spełniona, przestałam się malować, perfumować, odrzucało mnie od chemicznej żywności. Miałam też niesamowitą intuicję, wglądy i sny. W pewnym momencie do moich rąk trafił film Eleny Tonetti-Vladimirovej “Narodziny jakie znamy” oraz książka “Narodziny w nowym świetle. Poród lotosowy”. Film i książka zainspirowały mnie, aby rodzić w sposób naturalny i świadomy. Bardzo chciałam urodzić w domu. Jednak, po 12 godzinach odchodzenia wód płodowych, trafiłam do szpitala, nie miałam akcji skurczowej, rodziłam w szpitalu przez kolejne 24 godziny. Odmówiłam przyjęcia oksytocyny, chciałam przeżyć poród bez znieczuleń, jak najbardziej świadomie. Był przy mnie mąż, moja mama została w naszym mieszkaniu modląc się do aniołów o szczęśliwy poród. Dokładnie w momencie, w którym Wiki przyszła na świat, miała wizję, w której z szybkością światła mknie do mnie grupa aniołów, a moje łono i dziecko otacza błękitno-fioletowa spirala i Wiki bezpiecznie wynurza się na świat.

Pomimo mojego szczerego pragnienia urodzenia pierwszego dziecka w domu (lotosowo), urodziłam w szpitalu, odtwarzając podświadomie nasz (mój i mego męża) wzorzec narodzin, a także nieświadome lęki. W tym, szczególnie dla mnie traumatyczny, moment natychmiastowego przecięcia pępowiny, który odczułam jako akt przemocy, brutalną ingerencję. W momencie przecięcia pępowiny Wika zaczęła płakać, uspokoił ją mój głos [Kamila od dawna pracuje z głosem, śpiewem autentycznym i pięknie dźwięczy na misach tybetańskich]. Po 6 godzinach wypisaliśmy się ze szpitala na własne żądanie, zabierając ze sobą jej placentę, szczęśliwi, że Wika jest już z nami na świecie.

Przygotowując się do drugiego porodu mojego syna Angusa, obydwoje z mężem pojechaliśmy na warsztaty Eleny Tonetti-Vladimirovej, aż do Pragi [Elena opracowała metodę uzdrawiania traumy narodzeniowej Limbic Imprint Re-coding]. Uczestniczyłam także w warsztatach tantry, by uzdrowić swoją seksualność. Otrzymałam także 9 inicjacji Munay-Ki [rytuały szamańskie z Peru]. Przez całą ciążę grałam na gongach, których dźwięki pomagały mi rozpuszczać lęki. Czułam się promiennie i lekko… i tak też rozpoczął się poród Angusa w domu. Zwiastunem porodu był sen, w którym stymulowałam swoje sutki, aby przyśpieszyć falę skurczy…

W tamten przepiękny, niedzielny poranek obudziłam się z wyraźnym skurczem. Wiedziałam, że tego dnia urodzę. Ogarnął mnie niezwykły spokój, którym byłam nawet zdziwiona, całkowite zaufanie i podążanie za instynktem, za sobą. Poprosiłam położne, aby “się nie wtrącały ,dopóki o to nie poproszę”, więc usiadły na kanapie w pokoju obok.

Byłam całkowicie skupiona na sobie i dziecku. Angus bardzo harmonijnie ze mną współpracował. Byłam całkowicie świadoma każdego etapu porodu – a każdy był inny, miałam bardzo różnorodny przekrój doznań, emocji, choć wszystkie doświadczenia były bardzo spójne. Czułam, że jest to także proces moich narodzin, mojego uzdrowienia i moment odzyskania mocy. Byłam u siebie i to ja decydowałam co chcę robić i jak, kiedy chcę być z Arturem (mężem) i czuć jego wsparcie, a kiedy chcę być sama i doświadczać swojej mocy i prowadzenia. Podczas porodu towarzyszyły mi taniec, śpiew spontaniczny i dźwięki gongów – czułam, jak mi to pomaga, jak buduje się i wzmacnia moje połączenie ze swą naturą. Przede wszystkim był to moment wyzwolenia i zaufania dzikiej kobiecie we mnie. Tej która zna swoje ciało i moc. Moment połączenia z pierwotną siłą natury, wyzwolenia się z wszelkich zasad, dogmatów społecznych – czysta moc płynąca z Ziemi w połączeniu z prowadzeniem z Nieba.
Gdy przeniosłam się do basenu fala skurczy, które przybliżały mnie do ostatniej fazy porodu, zaczęła narastać. Nagle zrobiło mi się duszno, wyszłam z wody, czułam, że potrzebuję wsparcia kobiet, więc udałam się do położnych. Jedna z nich stanęła za mną – trzymając mnie za biodra i tańcząc ze mną taniec spirali [krążenie biodrami (ang. spiraling) pojawia się, jako element wielu tańców pierwotnych kultur, Elena uważa tę praktykę za jedną z ważniejszych przy naturalnym porodzie], druga stała przede mną tak, że mogłam oprzeć się na jej ramionach przy każdym kolejnym skurczu. Artur grał na gongach… Wtedy wydobyłam z siebie ryk dzikiej kobiety, otwierając pełniej gardło i łono. Czułam, że wszystkie moje przodkinie z linii żeńskiej stoją za mną. Czułam, że jestem w innym wymiarze, a jednocześnie obecna i świadoma – tak, jakbym obserwowała siebie z góry. Uczucie to towarzyszyło mi w ostatniej fazie porodu Angusa, ale i wcześniej, podczas porodu Wiki. Czułam wsparcie wszystkich kobiet, czułam się połączona z pradawną wiedzą. Angusa urodziłam w pozycji kucznej – tak jak indianka. Moja dłoń, pierwsza dotknęła jego głowy. Był to moment przejmującej miłości, radości i ekstazy – zrozumienia i poczucia głębokiego sensu całego procesu. Zalał mnie ogrom wdzięczności, gdy syn znalazł się w mych ramionach… Zaraz potem, gdy odpoczywałam na fotelu z Angusem przy piersi, urodziło się łożysko… nie odcinaliśmy pępowiny.

Czas po porodzie, kiedy Angus był jeszcze połączony z łożyskiem, postrzegałam jako “czas poza czasem” – przestrzeń na dopasowanie się, łagodne przejście i dopełnienie obecności mojego syna w ciele i świecie zewnętrznym. Angus został połączony ze swą placentą i sam wybrał, kiedy jest gotowy świadomie narodzić się do świata. Po 6 dniach odczepił pępowinę swoją nóżką.
Cdn

Klara i Stefan

Klara i Stefan

Wtedy poczułam ten pierwotny instynkt, wiedziałam, że urodzę. Uklękłam (w zasadzie to skurcz mnie rzucił na kolana)i przysiadłam na piętach.

Następnego dnia wiązałam Stefana w kangurka, robiłam ciasto na pizzę i przyjmowałam nie wiem ile gości.

Moim marzeniem było urodzić w domu, w pełni naturalnie i fizjologicznie. Marzenia zaczęły się spełniać ok. 32 tc kiedy to dostałam nr tel. do położnej, która mogła się podjąć przyjęcia naszego porodu (w Białymstoku to wciąż „nielegalne” jak same położne mówią). Spotkałam się z nią pierwszy raz w 33 tc i pełna nadziei zaczęłam przygotowania do porodu domowego. Mąż był cały czas ze mną i całkowicie akceptował moją wizję porodu. Ale to była nasza tajemnica. Nikomu w rodzinie nie powiedzieliśmy o naszych planach, żeby przypadkiem nikt nie poczuł się w obowiązku odwodzić nas od tego „nieodpowiedzialnego” planu. Pod kontrolą położnej robiłam wszystkie badania, wyniki miałam dobre i w 38 tc powiedziała nam ona, że nie widzi przeciwwskazań do rodzenia w domu. Od tej chwili czekaliśmy już tylko na początek akcji porodowej.


19 listopada (rozpoczynał się właśnie 40 tc) od rana paskudnie się czułam, zarówno fizycznie i psychicznie. Ok. południa mąż z Florkiem poszli po zakupy, a ja postanowiłam się zdrzemnąć. Ale zamiast drzemki zaczęłam sobie ponownie czytać historie porodów domowych u Ireny Chołuj. Wzruszałam się co chwila, a nawet popłakało mi się troszkę. Tego dnia miałam zaplanowane KTG na 15.30 a na 16.00 wizytę u lekarza prowadzącego.


O 14.50 poszłam się przygotować do wizyty, poczułam pierwsze skurcze. Podczas mycia zbadałam szyjkę i… hmm była „dziwna”. Bardzo szybko skurcze zaczęły się powtarzać, ale były bardzo delikatne. W samochodzie zmierzyłam częstotliwość: co 3,5 minuty. Po drodze zajechaliśmy do laboratorium po moje ostatnie wyniki krwi. Akurat w okienku siedziała moja położna, więc powiedziałam jej o tym, że chyba rodzę, ale jadę zrobić jeszcze KTG i na wizytę. Ona na to: „dobrze, niech Cię zbadają, a jak nie to wracając zajedź do mnie, to ja Cię zbadam”.


15.30 – przychodnia ginekologiczna, wchodzę i mówię: Mam umówione KTG, ale nie wiem czy jest sens robić bo mam skurcze co 3 min, chyba rodzę”. Położna pobiegła po doktora, który zbadał mnie bez kolejki: 4 cm. Dobra, to ja jadę rodzić. Miałam chyba wysoki poziom endorfin, bo wcale mnie te skurcze nie bolały. Z samochodu dzwoniłam po siostrę, żeby przyjechała po Florka. A położna nie odbierała…, napisałam jej sms, że to będzie szybka akcja.


15.50 – już pod blokiem pierwszy naprawdę bolesny skurcz i kolejne co 2 min. W domu szybka akcja: przygotować wodoodporną plandekę na podłogę, na to materiał (żeby było miło i ładnie), worek sako, piłka. Skurcze trudne do zniesienia, a obok zdziwiony i o wszystko pytający synek… Mąż gotuje ryż, żeby było co jeść. Ja między skurczami nastawiam minutnik, żeby nie zapomnieć… Położna dalej nie odbiera.


16.15 – przyjechała w końcu siostra i zabrała Florka, poszłam do kibelka i tam poczułam, że skurcze się zmieniły. Dzwoni położna. Słyszę jak M. spokojnym głosem mówi: „No, pół godz. temu było 4 cm to teraz pewnie jest 7-8…” Na to ja krzyczę przez drzwi: „to już są skurcze parte”. Już wtedy wiedziałam, że będziemy rodzili sami, mimo że położna już do nas jechała.
Wtedy poczułam ten pierwotny instynkt, wiedziałam, że urodzę. Uklękłam (w zasadzie to skurcz mnie rzucił na kolana)i przysiadłam na piętach. Od tej pory cały czas kontrolowałam główkę. Czułam jak każdy kolejny skurcz przybliża ją do wyjścia. Za którymś skurczem pękł pęcherz płodowy i polały się czyste wody. W międzyczasie poprosiłam męża, żeby wziął aparat i jakieś zdjątko cyknął – sam był zbyt przejęty, żeby pamiętać. Czułam silne pieczenie w tkankach krocza, kiedy główka na nie napierała, dzielnie dmuchałam świeczki i dyszałam, ile mogłam. Aż w końcu poczułam, że muszę synkowi pomóc i pozwoliłam, żeby się w końcu parło. Jeden silny skurcz i wyszła główka, drugi i cały Stefanek miękko wyślizgnął się na moje ręce. Chwilkę popłakał, ale szybko się uspokoił. Była 16.45. Usiadłam po turecku, Małego położyłam na udach i dałam mu pierś. I tak sobie siedzieliśmy kilkanaście minut do przyjścia położnej, która była troszkę niepocieszona, że nie było jej przy narodzinach. Urodziło się łożysko, ona je obejrzała, oceniła, pobrała krew do badania. Zjedliśmy razem obiad, który w międzyczasie się podgrzał. Potem przyjechała lekarka zbadać Stefunia. Ja we własnej łazience umyłam się. Okazało się, że troszkę pękłam i położna założyła kilka szwów. Zaraz potem przyjechała moja siostra z Florianem. Emocji było tyle, że zasnęliśmy grubo po północy.


Następnego dnia wiązałam Stefana w kangurka, robiłam ciasto na pizzę i przyjmowałam nie wiem ile gości.