Agnieszka i Sara

Agnieszka i Sara

Nadchodzi przypływ, moje ciało samo się prostuje, dłonie trzymają główkę, tata podsuwa drżące dłonie dla bezpieczeństwa, rodzi się Sara.

W moim porodzie nie było spodziewanych baniek mydlanych, magii, romantyzmu, nawet światła świec (zanim powaliło mnie na kolana zdążyłam odpalić dwie i nic nie dały), tylko naturalny, przyziemny, “gadzi” tok wydarzeń.

Pół roku przed terminem porodu zupełnym przypadkiem trafiłam do grupy wsparcia Naturalnie po cesarce. 

Pierwszego wieczoru, kiedy dostałam akceptację adminek czytałam wszystkie opowieści do 5 rano! Czułam się tak, jakbym otworzyła wielki worek z prezentami na wigilii…

Chwytałam każdy wątek, a kolejne opowieści porodowe pochłaniałam z zapartym tchem. Od razu zrozumiałam dlaczego miałam CC pod koniec 2015 roku. 

To żaden brak postępu porodu na pełnym rozwarciu, to był brak wsparcia i lenistwo położonych.

Idąc za ciosem zaczęłam działać, żeby “oszukać” niewydolny w moim przypadku system.

Czytałam wszystkie pozycje dotyczące porodu, jakie tylko wpadły mi w dłonie, a po przeczytaniu perełki Irenki Chołuj było po mnie. 

Urodzę w domu pomyślałam!

W dniu terminu telefony z pytaniem: „Czy juuuż?” rozwalały doszczętnie resztki mojego spokoju jak to bywa na końcówce.

Wysłałam grupową wiadomość do wszystkich zainteresowanych, że jak się urodzi, to nie zamierzamy trzymać tego w tajemnicy.

Dzień po terminie stwierdziłam, że przyda się gimnastyka z “nawilżaniem” wewnętrznym na poprawę nastroju jednak mąż z tych “co nie będzie bił dzidzi po główce”, więc nie było łatwo go przekonać… 

Jednak po fachowych wyjaśnieniach jak wielkie dobro w sobie nosi zachował się bohatersko i tym dobrem się podzielił. 

Oczywiście oczekiwał na aplauz, ale zamiast tego pojawiły się skurczyki. Kilka godzin moje ciało robiło mi nadzieję aż w końcu cisza…

Zrobiliśmy powtórkę z przygotowania szyjki do intensywnego wysiłku… i na spacer.

Znów zaczęły pojawiać się delikatniutkie przypływy, ale takie odczuwałam już od 3 tyg. 

Szliśmy spokojną uliczką na boisko ze Starszakiem grając po drodze w piłkę. Na końcu ulicy musiałam kilka razy przystanąć na skurczu, ale wcześniej też już tak miałam, więc nie siałam popłochu. 

Mąż wiedział, co mnie drażni więc, od czasu do czasu pytał: „czy to juuuż?” 

Po kolejnym i kolejnym, i kolejnym takim pytaniu wybuchnęłam śmiechem i zdębiałam… 

Stanęłam i powiedziałam do męża, że chyba wody mi odchodzą. 

Na to on beztrosko: 

– Może siku zrobiłaś hehehe 

Ja (podnosząc dłuższą bluzkę): 

– Chyba bym wiedziała, że chce mi się siku ? 

On: – Ale jak to? Przecież ja nie jestem jeszcze gotowy???!!! (jego mina bezcenna, kto miał zatwardzenie to wie o jaką minę chodzi ?). 

Szybka wymiana zdań, że żadne z nas nie wzięło tel. i odwrót do domu. 

Przypływy migiem przybierały na sile. W połowie drogi wieszałam się na płotach sąsiadów, żeby sobie pomóc śmiejąc się ciągle z wyrazu twarzy męża. Jego obecność była wtedy niezastąpiona. Mąż prowadzi Syna do Dziadków, a ja dzwonie do położnej. 

Ambitnie rzucam się do odpalania świec zarządzając rozłożenie basenu i tyle mnie było… 

Kolejny przypływ był tak silny, że padłam na kolana. Nie wstając z nich poczłapałam na czworaka na huśtawkę porodową zrobioną z 5 m chusty uwieszonej pod sufitem. Objęłam sobie nią brzuch wieszając się na niej podczas skurczu, było mi lżej. 

Zaraz za mężem do domu wpada moja mama. Patrzy na mnie i z miną jakby bolał ją ząb pyta Kamila: 

– Tak na raz ją wzięło?

Wszystkie zmysły miałam wyostrzone jak igła. Śpiewałam przed każdym nadchodzącym przypływem jakby miał być ostatnim. 

Mąż siedział obok i klikał skurcze w aplikacji. Zapytałam ile trwają i jakie są przerwy. 

Kiedy odpowiedział, że co 2,7,5 min i trwają po ok 30 sek pomyślałam: Oooo to jeszcze długo… Przy każdym skurczu moje myśli wędrowały do szyjki, to było tak jakbym czuła, że się otwiera! Rzuciłam do męża, że jeśli nie będzie 7cm jak przyjedzie wsparcie, to ja się obrażam i ruszamy na cesarke! 

W międzyczasie delektowałam się każda nanosekundą bez bólu… Oj, tak! 

Pamiętałam, że poród to 2/3 odpoczynku między skurczami. Czekałam na te przerwy, nie na ból jak w poprzednim porodzie. 

Bardzo szybko poczułam, że jestem na granicy wytrzymałości fizycznej. Ręce zaczęły mi latać z wysiłku jak galaretka.

Wybawieniem był pufik Starszaka pod brodą, w który nie raz zanurzyłam zęby.

Tel do położnej. Jeszcze 20 min. Tymczasem sama słyszę swój własny głos i nie wierzę! 

Coś się zmienia. Śpiew pomaga, ale na “innych” krótszych dźwiękach niż dotychczas. 

Moje ciało samo się prostuje na przypływach. Sprawdzam, bo nie wierzę, że to już parte. 

Sięgam ręką między kolanami opierając bokiem głowę o pufik. 

Czuję JĄ, włochatą główkę mojej córki i tą radość, i tą moc! 

Przy następnym przypływie czekam czujna jak ptak z ręką na jej głowie podpierając się drugą. Bólu już nie ma. Za chwilę ją zobaczę. To wszystko się skończy. 

Kiedy główka przechodzi najszerszą częścią padam na ręce, z wysiłku trzęsą mi się nogi. Czuję jak przekręcają się barki Malutkiej. 

Pytam męża czy na pewno nic nie rusza, bo to tak jakby ktoś z zewnątrz wpuścił stado motyli. Nadchodzi przypływ, moje ciało samo się prostuje, dłonie trzymają główkę, tata podsuwa drżące dłonie dla bezpieczeństwa, rodzi się Sara. 

Nie płacze, ale spokój w pierwszej sekundzie jej życia w naszym domu przynosi mi bicie jej serca na mojej lewej dłoni. Pocieram jej plecy i mówię: ODDYCHAJ!

Zamiast przytulić to gadałam do niej haha, to jej się nie spodobało bo zaczęła krzyczeć.

Utuliłam opierając się o komodę. Tuląc rozglądałam się po domu jakbym wróciła z dalekiej podróży, już nie sama.

Dziwne znowu taki sam ból? Ale o wiele krótszy i na końcu taki przyjemny – rodzi się łożysko.

5 min po tym dojeżdża wsparcie.

Dziękuję założyciele strony Naturalnie po cesarce i całej grupie wsparcia. Nigdy nawet nie wpadłabym na pomysł rodzenia w domu po CC, a co dopiero nabrać wiary, że się uda, a potem to zrobić…

Dziękuję Ewa Las, Ewa Nitecka za moją odbudowę wiary. Wszystkim położonym, z którymi się konsultowałam (wśród nich p. Irenka Chołuj) – jesteście Anioły.

P. S. Nowenna Pompejska ma moc!

Kinga i Łucja

Kinga i Łucja

Mówię: Łucja dawaj, dzieciaku. Położna pyta czy chcę główkę dotknąć. Ja w amoku: nie, dawaj kobieto jedziemy z koksem…

Dziewczyny dziś o 4.05 urodziłam silami natury córeczkę Łucję. 3300 gram. Po 4 latach od cc.

Wczoraj były moje urodziny, ogólnie świętowaliśmy, bo i u synka festyn przedszkolny i moje święto. Generalnie nastrój mój był taki, jakby ktoś z granatu zawleczkę oderwał. To nie było zdenerwowanie, ale Mega Wk… Wszystko – absolutnie wszystko – było nie tak.

Poza tym jeszcze synek coś zaczął gorączkować. Tego dnia byłam może bardziej aktywna fizycznie, bo bawiliśmy się w różne gry, sporo dreptałam. 

Wieczorkiem, kiedy synio poszedł spać, jak co wieczór zaczęłam smarować sutki wiesiołkowym olejkiem, dla lepszego nawilżenia. Mój mąż tak się nakręcił, że mi pomoże, że małe tête-à-tête urodzinowe było. Kto wie kiedy znowu poszalejemy…

Po tym zaczęły się skurcze. Gdzieś koło 23.00 to było. Poszłam do wanny… nie było mowy, żeby w niej usiąść czy się położyć… W kucki polewałam się wodą. Skurcze nie ustawały. 

Zaczęliśmy mierzyć długość i częstotliwość. Co 5 min takie 40 sekundowe. 

Ostatnie toalety. Decyzja jedziemy do kliniki. Była godzina po 1. Synka śpiącego doglądała sąsiadka. 

W klinice położna mierzy rozwarcie… rozwarcia brak, kanał drożny. Horror skurczowy na ktg i boli jak cholera. 

Słyszę po godzinie śpiewkę: 

– Ale tu się nie piszą żadne skurcze… 

Badanie szyjki – zgładzona, rodzimy. 

Mąż jedzie zawieźć synka do babci. A ja pod prysznic. Nie wiem ile tam siedzę, ale pomaga. Położna zaprasza na badanie… i mamy 8 cm… Znów ktg, żeby monitorować tętno dziecka. Tym razem kładę się na to ktg i czuje chluuuup wody… zielone (!). Położna podłącza pelotę, aby monitorować dziecko. Mogę na klęczkach podparta, bo słychać tętno. 

Parte się zaczynają, mąż wraca. O nareszcie… podaje wodę, kulki mocy, jest. 

Z 6 partych i nic. Położna mierzy 10 cm jest, ale nie mogę jej urodzić. 

Mówię: Łucja dawaj, dzieciaku. 

Straszą mnie cesarką w ostatniej chwili w znieczuleniu ogólnym (tak jak było z synkiem), zmieniam pozycję na plecy. 

Zakładają na nogi oparcia i prę… Raz położna nacina, pyta czy chcę główkę dotknąć.

Ja w amoku: nie, dawaj kobieto jedziemy z koksem… 

Położna przyciska za plecy, a ja czuję, że idzie… 

Jeszcze jedno parcie i WYSKOCZYŁA jak z procy i zafajdała matkę… (matka też nieźle dawała swoją drogą…) 

Dziecko wędruje do mnie, taka piękna, choć g*wniana chwila, czekamy z pępowiną, po ok. 10 minutach odcinamy, a później córę przejął mąż. 

Oględziny, punktacja na brzuchu. Rodzę łożysko chwilę po podaniu kreski oxy. 

I szycie… szycie zajmuje około 40 minut, bo i ponacinana, i popękałam. W sumie z 12-15 szwów. 

Idę (tak idę po tym) pod prysznic, myję się i idę na salę (!!!).

I tulenie i cycowanko 4 godziny. Niunia śpi, a ja na haju piszę tą relację.

W tym miejscu chcę podziękować wszystkim rozkwitowym dziewczynom, które tam spotkałam, a przede wszystkim: Emilia Jaworska, Gosia Górska, Agnieszka Szyszko, no i cudowna położna środowiskowa Helenka Marczuk. Dzięki nim moje marzenie się spełniło. 

Rozkwit uleczył traumę pierwszego porodu i zainspirował, nauczył jak w tym niezwykłym czasie odnaleźć siebie, jak odbierać sygnały ze swego ciała i współgrać w harmonii, aby poród postępował.

Personel w klinice był spokojny, opanowany i – mimo, że beton położniczy – to pozwalali na ruch w czasie porodu. Uszanowano moje prośby z planu porodu i nie przestaję ich przepraszać za moje pyskówki. Następny poród… domowy.
Pozdrawiamy gorąco i zachęcam, aby nie rezygnować z marzeń.

Ewa i Liwia

Ewa i Liwia

Słuchałam swojego ciała, znów podczas fali przyjmowałam pozycję stojącą wspartą, falowałam biodrami i otwierałam się, weszłam wręcz w jakieś trans, niewiele obchodziło mnie kto jest w sali, czy gra muzyka, czy jest przyciemnione światło i wszystko inne, co miałam w planie. 

Miedzy falami nie chciałam wychodzić z transu, powtarzałam w głowie afirmacje, że moje ciało wie, jak urodzić, a Liwia wie, jak mi pomóc. Nie pozwalałam dochodzić do głosu zwątpieniu.

W mojej głowie Liwia miała pojawić się 29 marca i tak nastawiłam się psychicznie. 

Ale postanowiłam – oprócz rozmów z nią – wykorzystać jeszcze kilka sposobów tak, żeby trochę jej pomóc podjąć tą decyzję. Dzień przed: spora aktywność, sprzątanie, sex, 1,5h skakania, biegania po lesie, kawa. 

Ale ona miała inne plany… 

Kolejny termin 9 kwiecień. 

Tu aktywność było więcej, 8 kwietnia igły (akupunktura), zbieganie 10 razy z 10 piętra, taniec, a właściwie to coś pomiędzy areobikiem i skakaniem, koktajl położnych. Skurcze były, ale po 2 godzinach ustały. 

Zaparła się kobieta.

Poniedziałek 11 kwietnia zbliża się moja ostatnia szansa.

Kolejna sesja igieł, kolejne 10 x 10 piętro, kolejna nadaktywność. 

I nic. To nie był jej czas…

Czwartek 14 kwietnia jestem już po terminie, więc zaczynam się bać, że się nie uda – że mi nie pozwolą spróbować.

Rano przez 2 godziny tańczę, skaczę przy muzyce i dużo rozmawiam z Liwią.

Spotykam się z Emilką na zabieg techniką Bowena na rozluźnienie miednicy i krzyża. To mega przyjemy i delikatny zabieg. Już po pierwszym dotyku czuję, że lewa strona, która ostatnio trochę mi dokuczała, zaczyna pracować, przechodzi mnie przyjemne uczucie, coś puszcza, rozluźnia się, potem jest już tylko przyjemniej.

Ustalamy, że nad ranem w piątek o 3, 4 rano piję po raz kolejny koktajl i czekam. Na dyżurze jest mój lekarz, a wieczorem dołącza Gosia – moja położna, byłby prawie cały zestaw. 

Prawie, bo Emilka – moja doula – w piątek jedzie na swoją Ceremonię Przedporodową… Jeśli wszystko zadzieje się w ciągu dnia, będzie ze mną, jeśli później – przejmuje mnie Ania (doula zastępczyni), jak nic – to dołączam w sobotę na jej ceremonię. 

Po tych ustaleniach, zbiegam z 10 piętra po raz n-ty, może ten będzie pomocny.

W nocy jestem trochę podekscytowana, budzę się często, ale próbuję wyciszyć emocje, żeby być wypoczęta i silna w „godzinę zero”.

Piątek 15 kwietnia

Po kilku pobudkach piję koktajl o 4.00, idę się wykąpać i próbuje znów zasnąć. Nic z tego, więc żeby nie tracić czasu idę do kuchni, szykuję kanapki chłopakom do szkoły i robię obiad mężowi do pracy. Idę raz do toalety, skurczy brak.

Przed 7 dom powoli budzi się do życia, poranne zamieszanie, śniadanie, ubieranie, pakownie plecaków… 

– Mamo gdzie mój zegarek, mundurek, strój na w-f…

Skurczy brak… Gdy dom pustoszeje, postanawiam wypić kolejną porcję koktajlu, czuję się trochę zmęczona, idealna pora na krótką drzemkę. Budzę się po godzinie – dalej nic. Jedna mała wizyta w toalecie, przy pierwszej próbie czułam pracę jelit, tym razem niepokojąca cisza. 

Ogarniam trochę kuchnię, wyczekując czy coś się zaczyna. Powoli tracę nadzieję, że coś się wydarzy. Tłumaczę sobie,że widocznie Mała ma inne plany i tak będzie dla niej lepiej , ale przychodzi obawa,że jak nie trafię na mojego lekarza, to inny nie pozwoli mi nawet spróbować. 

Z porażką jestem (tak mi się wydaje) oswojona, ale z brakiem możliwości próby chyba nie. Siadam na kanapie i płaczę, muszę dać ujście emocjom. 

Piszę Emilce,że chyba nic z tego, żeby spokojnie szykowała się do wyjazdu. Odpisuje mi, żebym nie wątpiła, żebym zaufała Liwii i ciału, uwierzyła. Przypomina mi moje słowa: spokojna, pewna, szczęśliwa, silna, wyrozumiała. Pomaga – przynajmniej w jakieś części. 

Stwierdzam, że muszę się czymś zająć, żeby nie myśleć, żeby Liwia nie poczuła, że do czegoś ją zmuszam. 

Słonce świeci, postanawiam, że umyję okna przynajmniej z zewnątrz, przynajmniej jedno. Nie nie liczę, że to coś da – moje ciało przywykło do takich ruchów i trzymanie rąk w górze nie stanowi żadnego wysiłku. Udaje się umyć kilka, zanim przychodzi czas odbioru młodszego syna ze szkoły. 

Jadę ze szkoły, Klaudek pyta czy może zaprosić koleżanki do domu, w sumie mi pasuje i tak potem przywożę go na zbiórkę i odbieram starszego. Lepiej im będzie wyjść na dwór niż siedzieć w dusznej świetlicy. Telefony do rodziców, trochę zamieszania, ale jedziemy do nas.

W domu dzieciaki odrabiają lekcje, trochę się sprzeczają co będą robić później, czuję skurcz. Ignoruję go, bo przecież z pierwszym koktajlem tak było, 2 godziny i cisza. 13.30 idę zrobić im obiad, po chwili kolejny, po jakimś czasie kolejny – coraz silniejszy. 

Zostawiam dzieci, idę do sypialni, żeby policzyć odstępy i długość skurczy, pobujać się na piłce, pobyć trochę sama. Przychodzą kolejne – silniejsze. Po jakichś 40 minutach postanawiam zadzwonić do Seby. 

Mój plan wygląda tak: on przyjeżdża do domu i przejmuje dzieci, potem odwozi je rodzicom w umówione miejsce, a ja jadę do mieszkania rodziców i tam spotykam się z Emilką. 

Dzwonię do Emilki,że chyba jednak się zaczęło, skurcze coraz częstsze i mocniejsze. Emilka dzwoni do Ani. Ja do Gosi, spytać gdzie jest, żeby sprawdziła czy jest/będzie rozwarcie. Gosia nie odbiera, a Emilka informuje mnie, że Gosia wzięła dziś urlop, zaś Ania może przejąć mnie dopiero po 18. Zaczynam się bać, że nikogo nie będzie ze mną. 

Dzwonię do taty, żeby przyjechał i mnie zawiózł, bo nie dam rady prowadzić, skurcze co 5 minut. Dzwoni Emilka, że do 18 będzie ze mną, a Gosia była na konferencji i do nas dojedzie, żeby mnie zbadać. Ulga…

Przyjeżdża Sebek, zaraz po nim tato, plan się zmienił. Sebek ma jechać ze mną, a tato zabierze dzieciaki do siebie i odwiezie je rodzicom w umówione miejsce. 

Bunt, jedna z dziewczynek nie pojedzie nigdzie z nieznajomym panem, płacz, lament. Mądra dziewczynka, ale dlaczego akurat teraz!!! Dzwonię do jej mamy, przedstawiam sytuację i proszę, żeby namówiła córkę na przejęcie przez dziadka. Nie pomaga od razu, ale w końcu się udaje. Jedziemy z Sebą spotkać się z Emilką i Gosią Skurcze co 3 minuty. 

15.00. Docieramy do mojego centrum jogi, siadam na piłce, wspieram się o drabinki i bujam. Najpierw dociera Gosia, bada mnie – 1 cm. W mojej głowie było więcej, bo skurcze mocne. Dociera Emilka. 

Znalazłam swój sposób na skurcze: staję przy drabinkach, ruszam biodrami, oddycham, cały czas w mojej głowie pojawia się obraz otwieranego tunelu. Mam zamknięte oczy. 

Emilka, Gosia, Sebek rozmawiają, śmieją się, między skurczami do nich dołączam. Sebek miał za zadnie mnie rozśmieszać, chyba ze zacznę wątpić, wtedy wesprzeć. 

Podczas fali wchodzę w swój rytuał – trans. Nikt nie jest mi potrzebny, jestem ja, Liwia i fala.

17.00. Badanie 2 cm – mały zawód, sądziłam, że przy tej ilości fal i ich mocy co najmniej 4/5. Ale nie poddaję się. Muszę jeszcze mocniej poddać się fali. 

17.30. Gosia decyduje, że musimy jechać do szpitala. Za mną jednak 2 cięcia. Zgadzam się. W samochodzie poddaję się kolejnym falom. Pod szpitalem spotykamy Anię. Emila obiecuje, że jeszcze wpadnie na chwile do nas jadąc na ceremonię.

Wchodzimy na izbę przyjęć, a tu zderzenie ze szpitalną rzeczywistością. Sama jestem siebie ciekawa czy jak przy ostatniej wizycie stanę się mała dziewczynką, pokorną i uległą. 

Położna wyprasza Anię, zostaję sama. Coś mi mówi, że ma dużo pracy, jest sama, każe czekać. 

Gdy dowiaduje się od kiedy mam skurcze, co chwilę powtarza: Czemu tak późno pani do nas przyjeżdża?! Zupełnie nie rozumiem o co jej chodzi. Każe mi czekać, gdy nadchodzi skurcz daje mi coś do wypełnienia i podpisania, gdy mówię, że za momencik, bo mam skurcz, fuka coś pod nosem. To wywołuje we mnie bunt, wiem, że w szpitalu raczej nie będą się ze mną cackać, ale trochę zrozumienia jak kobieta – kobietę! W mojej głowie pojawia się myśl – nie dam się zaszczuć, ja i Liwia mamy swoje prawa i będę o nie walczyć.

Położna każe mi przejść do drugiego pokoju i poczekać na badanie, nadchodzi kolejny skurcz, gdy mam się położyć. Już w innym tonie, stanowczym, walecznym, wręcz przez zęby informuję ją, że mam teraz skurcz i się nie położę. Gdy przechodzi, bada mnie i ku memu zaskoczeniu informuje, że jest 5 cm. Miło. 

Położna w kółko powtarza czemu tak późno przyjechałam, nadal nie wiem, o co jej chodzi. Wjeżdża wózek inwalidzki – po co??? Położna każe mi usiąść, po co, przecież skurcze na siedząco to masakra, mówię, że nie ma mowy. 

– A jak pani upadnie? 

– Będę szła obok męża, to mnie złapie. 

Nie daje za wygraną, ja też… W końcu wygrywam. Idąc z nami na porodówkę, w kółko powtarza: Czemu tak późno?! Gdy docieramy, widzę Ewę – położną, koleżankę Gosi z którą jeżdżą do porodów domowych. Prowadzi mnie na salę porodową, a zdziwiona położna z izby przyjęć pyta: 

– To pani nie na cesarkę??? – Nie. 

– Ale jak to przecież po 2 cięciach? – Doktor wie…

Ewa podpina mnie do KTG na siedząco. Jest cudowna, jej spokojny uśmiech uspakaja mnie i mówi, że wszystko będzie dobrze, mówi jednak, że za pół godziny kończy dyżur. Nie, nie chcę, żeby szła, przy niej czuję się bezpieczna. Mówi, że poprosi żeby inna położna mnie przejęła, nie chcę, chcę Ewę! Błagalnym tonem pytam, czy nie może zostać trochę, że czuję się przy niej bezpieczna. Uśmiecha się i mówi ok, chwilę zostanie. Cudowna kobieta! 

Wchodzi położna z izby przyjęć, włącza się bunt, każe mi podejść do stolika i wypełnić ankiety, ja nadal podpięta pod KTG, mówię, że nie mogę, bo jestem podpięta. Fuka coś pod nosem. 

Tak naprawdę, to jestem, jej wdzięczna, obudziła we mnie wojowniczkę i wiedziałam już, że nikt mi nie przeszkodzi, a szczególnie ludzie, którzy uważają moją decyzję o VBA2C za głupotę. Wiedziałam, że jak ktoś stanie mi na drodze, może być niemiło.

Teraz już mogłam zająć się najważniejszym. Była ze mną doula Ania i położna Ewa, lekarz siedział obok i nie ingerował. Sebek czekał na korytarzu – taką podjęliśmy decyzję i wiem, że była słuszna.

Słuchałam swojego ciała, znów podczas fali przyjmowałam pozycję stojącą wspartą, falowałam biodrami i otwierałam się, weszłam wręcz w jakieś trans, nie wiele obchodziło mnie kto jest w sali, czy gra muzyka, czy jest przyciemnione światło i wszystko inne, co miałam w planie. 

Każda fala zbliżała mnie do Liwii, a ją do mnie. Miedzy falami nie chciałam wychodzić z transu, powtarzałam w głowie afirmacje, że moje ciało wie, jak urodzić, a Liwia wie, jak mi pomóc. Nie pozwalałam dochodzić do głosu zwątpieniu i obawie, że skoro za pierwszym razem nie wyszło, to i teraz tak może być. 

W głowie miałam zdanie od Emilki: „Nie dopuść zwątpienia, wierz i ufaj”. Co jaki czas wybijali mnie z rytmu, żeby zbadać tętno i zapytać o bliznę, oprócz dwóch krótkich badań na łóżku mogłam słuchać swojego ciała i przybierać pozycję wygodną dla mnie. Ale nawet w tych chwilach, kiedy musiałam być na zewnątrz, atmosfera w sali była rozluźniona, wszyscy żartowali z mojego sposobu schodzenia z łóżka, lekarz żartował z położnymi. Ewa podeszła i szepnęła, że zostanie ze mną do końca. 

Nie mogłam uwierzyć: rodzę ze wspaniałą ekipą: położną, doulą, lekarzem, mężem, którzy w mnie wierzą i mnie dopingują. Może skład nieco inny niż miał być na początku, ale równie cudowny. Tak widocznie miało być. 

Ok. 20.00. 10 cm rozwarcia, zaczyna się faza druga – ta jest dala mnie nowością, wiem, że mam się poddać ciału, nie przeć na siłę, próbuję to poczuć. Ewa proponuje mi krzesełko, Liwia schodzi nieco niżej. Jednak najlepiej czuję się blisko ziemi, na materacu z opartym tułowiem na piłce. Nie mam ochoty przeć podczas skurczu, nie chcę niczego przyspieszać, miedzy skurczami badają tętno. Serducho wali jak dzwon. 

Około 20.30 lekarz kolejny raz pyta o odczucia w bliźnie, nie czuję niczego niepokojącego, poza tym wiem, że moje ciało jest silne i da radę, że Liwa jest silna. Lekko zaniepokojony lekarz mówi, że jeśli nie urodzę do 21.00 będzie mnie ciął, na co usłyszał moją odpowiedz – Nie ma szans. Trochę się rozchmurzył i spróbował inaczej mnie zmotywować: Może chcesz dotknąć główki? Jakoś w planie porodu nie przywiązywałam do tego dużej wagi, ale powiedziałam, że w sumie mogę. 

Przyjęłam pozycję na kolanach z tułowiem opartym na piłce, trzymałam Anię za ramiona, oddychała ze mną. Ewa była za mną, a właściwie pode mną. I gdy przy kolejnym skurczu powiedziała, że mogę ją teraz poczuć, dotknęłam czubka jej malutkiej główki, dostałam takiego powera, że chciałam już ją trzymać w ramionach. 

Dwa kolejne parte i była już ze mną. Dostałam ją do rąk i popłakałam się ze szczęścia, dumy, że się udało, że jest ze mną (nawet jak to teraz piszę też płaczę). Cudowne uczcie! 

Sama przecięłam pępowinę, gdy przestała pulsować. I miałam Małą przez kolejne 2 godziny, nie dałam jej sobie odebrać. 

Przyszedł do mnie lekarz i widziałam, że to, co się właśnie wydarzyło, było również jego osobistym sukcesem. Znów były żarty i rozluźniona atmosfera. Było jeszcze szycie – mimo masażu szyjki i olejku z wiesiołka, trochę pękłam, bo Mała szła razem z ręką, ale naciąć się nie dałam. To chyba było najbardziej nieprzyjemne tego wieczoru. Jeszcze tylko Tatuś musiał zobaczyć Nasze Cudo. Gdy Ania zapytała czy zawołać Sebastiana, ja rozejrzałam się dookoła i z uśmiecham stwierdziłam, że chyba nie. Położne od razu domyśliły się o co chodzi i w kilka minut sala wyglądała, jak nowa , ja tez zostałam nieco doprowadzona do porządku i dostałam nową koszulkę. Wtedy wszedł Sebastian i mogliśmy już wszyscy cieszyć się tym Cudem.

Mała była ze mną ok. 2 godzin, po tym czasie przewieźli nas na oddział popołogowy – najpierw ją, potem mnie. Byłyśmy rozdzielony trochę dłużej niż sądziłam, więc jak tylko tam dotarłam, od razu poprosiłam o przywiezienie Liwii. Po paru minutach położna mi ją przywiozła, zaraz jednak oznajmiła, że chcą ją zabrać, żebym odpoczęła. 

Dość dziwne były jej spojrzenia, gdy powiedziałam, że chcę Małą mieć przy sobie. 

Nie obyło się bez komentarza, ale postawiałam na swoim (wiedziałam, że takie są zwyczaje na tym oddziale i jeśli chcę coś zrobić po swojemu muszę być stanowcza. Niestety nie można tu liczyć na wsparcie, dobrą radę i miła atmosferę). 

Oznajmiłam, że nie jestem zmęczona i chcę, aby Mała była cały czas ze mną. Trochę nie rozumiem, tej miny, którą wówczas zobaczyłam na twarzy położnej, ale nie bardzo się tym przejęłam. Małą od razu rozebrałam ze szpitalnych rzeczy, położyłam na sobie, skóra do skóry i okryłam naszym ręcznikiem. Tak zasnęłyśmy…

Z rana komentarzy ciąg dalszy: „Dlaczego leży na łóżku, przecież pani jest w połogu”, „ Dlaczego ona tak rozebrana”, „Wychłodzi się”. I moje krótkie: „Lubimy się przytulać, poza tym grzeje ją moje 36,6”. 

Jednak szybko się skończyły, nie wiem czy to moja stanowczość, czy może mieli inne rzeczy do roboty, w każdym razie już się mnie nie czepiali, Mała była cały czas ze mną, tylko trzy razy mi ją zabrali na 10 min, na pobranie krwi i dwa ważenia, nie pozwoliłam jednak, by przerwali nam karmienie, tak na wszelki wpadek, gdyby ktoś wpadł na pomysł dokarmiania. Cały czas spała ze mną w kontakcie skóra do skóry lub była owinięta w nasz ręcznik. Na szczęście nie musieliśmy zostać tam długo i w poniedziałek byliśmy już w domu.