Magda i Ola

Magda i Ola

Co mi dały takie porody? 
Pozwoliły mi poczuć, że jestem kobietą, kobietą silną, mocną, dającą życie, przeszłam inicjację, poznałam tajemnicę życia. Kryzys w trakcie porodu był dla mnie granicą możliwości, którą musiałam  przejść, a jak już byłam po drugiej stronie zalała mnie fala energii. Teraz dopiero poczuła kim jestem, było mi ze sobą dobrze, poczułam pierwotną siłę.

Każda ciąża i poród nawet tej samej kobiety to kolejne światy, kolejne przestrzenie do poznania. Po pierwszej bardzo udanej ciąży i pierwszym mega umacniającym porodzie przyszedł czas na drugą drogę do przebycia. A druga ciąża… cóż… była dla mnie jak grom z jasnego nieba. Ledwo zaczęłam wychodzić na prostą, w pracy pojawiły się nowe szanse rozwoju, a tu taka niespodzianka. W stanie przejmującej depresji byłam przekonana, że urodzę w szpitalu. Stwierdziłam, że z takim nastawienie do ciąży, dobry i zdrowy poród nie ma szans zaistnieć. Aż tu nagle z dnia na dzień, spłynął na mnie taki błogi spokój… i cała schiza prysnęła. Bach i nie ma, rodzę w domu ☺ To tak jakbym wróciła do domu, wróciła do siebie, silnej i mocnej. 

Poród zaczął się w niedzielę, tydzień przed terminem, o 6-stej poczułam pierwsze skurcze, ale słabe, więc pospałam do 8, ale co chwilę budziłam się i je czułam. Obudziłam męża i Oliwkę, zaczęło się… Znowu wszystko bardzo szybko się rozkręcało, spakowałam Oliwkę, przyszła po nią nasza koleżanka, potem miała ją przejąć babcia. Na początku chodziłam i kręciłam biodrami tak jak za pierwszym razem i weszłam do wanny jak za pierwszym razem. W wannie czas płynął wolno, mi było ciężko, dyszałam, jęczałam, krzyczałam, w pewnym momencie wiedziałam już, że w tej wannie nie urodzę, postanowiłam wyjść, pochodziłam chwilę, przeżyłam 10 minutowy kryzys wisząc na Przemku (oczywiście taki sam jak wcześniej, że już dość, że nie idzie, że nie dam rady itd.)  i w ogóle nie w głowie było mi racjonalizowanie go i przypominanie, że już tak było i poszło dobrze. Kurcze, kryzys to kryzys, nie zrobię i już… a jednak robię i już. Przykucnęłam, złapałam się boków fotela i popłynęła, zniknęłam, skupiłam się tak absolutnie na odczuwaniu ciała, świata dla mnie nie było. I poczułam, że znowu to robię, rodzę, kiedy poczułam pieczenie, puściłam to, nie parłam, a główka sama wyszła (dzięki temu tym razem nie pękłam), kolejny skurcz i Olusia była już z nami. To było o 14-stej, czyli po 6 godzinach porodu właściwego. Odessałam ją tak jak Oliwkę. Opatuliliśmy ją, nie mogliśmy się napatrzeć, miała takie długie czarne włoski, kiedy pępowina przestała tętnić, zacisnęliśmy i odcięliśmy. Ogarnęłam się trochę, przyszła inna koleżanka, tym razem pielęgniarka, obejrzała krocze, pęknięcia nie było, a ja czułam się bosko ☺ Po dwóch godzinach urodziłam łożysko. Ola pięknie zaczęła ssać, została cudnie przyjęta na świecie.

Co mi dały takie porody? 

Pozwoliły mi poczuć, że jestem kobietą, kobietą silną, mocną, dającą życie, przeszłam inicjację, poznałam tajemnicę życia. Kryzys w trakcie porodu był dla mnie granicą możliwości, którą musiałam  przejść, a jak już byłam po drugiej stronie zalała mnie fala energii. Teraz dopiero poczuła kim jestem, było mi ze sobą dobrze, poczułam pierwotną siłę ☺

Dlatego chcę się tym dzielić i jeśli moje doświadczenie pomoże komuś choć trochę zmniejszyć strach przed porodem, to będzie to dla mnie wiele znaczyło. 

Zapraszam na mojego Funpage’a na FB:

http://www.facebook.com/pages/In-The-Future-Centrum-Samorozwoju/132519623574874?ref=hl

I oczywiście do kontaktu ☺

Bo my Kobiety, wiemy jak rodzić!!!

Magda i Oliwka

Magda i Oliwka

Oliwka pływała chwilę, otworzyła oczka i popatrzyła na nas spod wody, a mnie zalało uczucie mocy i siły sprawczej, zrobiłam to, urodziłam, jestem wielka.

Właściwie to ja od początku wiedziałam i czułam, że będę rodzić w domu. Nie wiem skąd ta pewność i ten spokój, i radość na myśl o rodzeniu. Pierwsza ciąża była bardzo wychciana i wyczekana. Początki były trudne ze względu na okrutne mdłości i wymioty, ale nic to „wrogów mrowie, nas garstka”, tak to sobie powtarzam jak mi ciężko. 

Do samego końca ciąży pracowałam, dobrze się czułam, miałam dużo energii, byłam zadowolona i uśmiechnięta, a przede wszystkim aktywna. 

Poród zaczął się na dwa dni przed wyznaczonym terminem, załatwiałam sprawy zawodowe na mieście, kiedy ok. 15 poczułam pierwsze delikatne skurcze, nie przejęłam się nimi specjalnie, dokończyłam pracę i wróciłam do domu. 

O 16-stej przyszedł mój mąż, miał przerwę w swojej pracy, a moje skurcze nasiliły się i były już do 6-7 minut. Na początku silnie je odczuwałam w krzyżu i wtedy zaczęłam kręcić biodrami i to było jak zbawienie. Mąż zwariował i zaczął spiesznie napuszczać wodę do wanny, wymyślił, że musi być przefiltrowana, więc pochłonęło go to bez reszty, narobił przy tym okropnego bałaganu, ale nic to. Ja w tym czasie chodziłam, jak zbliżał się skurcz przytrzymywałam się czegoś i zaczynałam kręcić biodrami. 

O 17-stej weszłam do wanny, skurcze były coraz częstsze i bardziej intensywne, w przerwach prawie przysypiałam, w wodzie było mi dobrze. Mój mąż bardzo mnie wspierał, słuchał tego co do niego mówię, sam niewiele się odzywał, nie doradzał, nie kombinował, po prostu towarzyszył. Kiedy przyszła faza kryzysu, a ja stwierdziłam, że już nie dam rady, niech to zrobi ktoś inny za mnie, że ja już wcale nie chcę tego porodu. Przemek rezolutnie zajrzał do książki „Odkrywam macierzyństwo” i takim zwyczajnym głosem powiedział, że teraz to taka faza i zaraz ona minie, i że jestem mega dzielna i dam radę. Oczywiście wtedy niewiele mi to pomogło, ale… dałam radę. 

Oliwka urodziła się o 20-stej, czyli po 4 godzinach właściwego porodu, pęcherz płodowy pękł przed samym urodzeniem, woda zrobiła się brudna, czułam jak przeciska się główka, przy następnym skurczu wyślizgnęło się całe ciałko. Pływała chwilę pod wodą, otworzyła oczka i popatrzyła na nas spod tej wody, a mnie zalało uczucie mocy i siły sprawczej, zrobiłam to, urodziłam, ja i moje ciało, alleluja, jestem wielka. 

Wyciągnęliśmy ją, odessałam jej wydzieliny z noska i ust, swoimi ustami, zaczęła płakać. I tu stety niestety włączyła się schiza mojego męża, przestraszył się, że Oliwka źle oddycha (bo faktycznie trochę charczała, ale to normalne przez pierwsze minuty zanim wszystko załapie), zadzwonił po naszą koleżanką, która jest położną. Kiedy przyjechała, odcięliśmy pępowinę, obejrzała Oliwkę, oczywiście wszystko było ok, opatuliła ją szybko, ja się w tym czasie umyłam i położyłyśmy się do łóżka, Oliwka zaczęła ssać, a ja nie mogłam się na nią napatrzeć. 

Gabrysia stwierdziła małe pęknięcie krocza, mąż zajął się załatwianiem lekarki, która przyjechała do domu i zszyła mnie na miejscu. W międzyczasie urodziłam łożysko.

Ok. 22 wszyscy sobie poszli i została nasz trójka, przejęta, uśmiechnięta, zdziwiona, zauroczona i mega silna.

Czułam się jak po rytualnej inicjacji przejścia, przekroczyłam osobiste granice i doszłam na szczyt i wróciłam do siebie, odnalazłam siebie.

Ania i Sara

Ania i Sara

Ta mina męża… Jak mi opowiadał, jak zobaczył jej twarz zwróconą w jego twarz, kiedy reszta jej ciałka była jeszcze we mnie… Takie doświadczenie jest w stanie wynagrodzić wszystko!

To miał być planowany poród w domu, tak jak z pozostałą dwójką…


Córeczka jednak od samego początku postanowiła sprawiać nam niespodzianki: niespodziewanie pojawiła się w naszym życiu, niespodziewanie z chłopca “zamieniła się” w dziewczynkę i wybrała niespodziewane, przez nas w najśmielszych snach, okoliczności swoich narodzin. Kiedy w sobotę rano zadzwoniłam do naszej położnej powiedziała, że ma jakieś spotkanie i nie dojedzie do nas…. Kazała jechać do szpitala, gdyby akcja się rozkręciła.


Rozmawiałam z nią o 9.30 i nie byłam pewna czy coś z tych słabiutkich skurczów będzie, skurcze były naprawdę minimalne, z tym, że regularne co 5 minut, ale ledwie odczuwalne, nawet nie mogę powiedzieć, że bolały, bo nie bolały, raczej sprawiały taki dyskomfort.


Jak rodziłam synka to od takich skurczów do tych rozwierających szyjkę minęło kilka godzin, ale na wszelki wypadek wysłałam męża, żeby dzieci do teściów zaprowadził. Nie było go może 20-25 minut, w tym czasie dopakowałam torbę, naszykowałam sobie ciuchy i poszłam pod prysznic, żeby się ogarnąć.


Kiedy wyszłam z brodzika to miałam taki skurcz, że aż mnie powalił na kolana (dosłownie), był potworny, ale trwał tylko z 10 sekund. Wstałam, ubrałam stanik, bluzkę i rozczesałam włosy. I… kolejny taki skurcz, znowu do klęku (siła skurczu normalnie jak fala tsunami), akurat wszedł mąż i jak mnie zobaczył, zaczął poganiać, bo doskonale pamiętał, że to już niedługo. Pomógł mi ubrać majtki, skarpety, spodnie, zebrał resztę rzeczy, a ja w tym czasie kolejne 3-4 takie skurcze.


On się nawet nie rozbierał, tylko w butach i kurtce, wziął moje buty, a ja sobie uświadomiłam, że nie dojedziemy do szpitala! Czułam po prostu, że za chwilę będzie po sprawie! Do szpitala mamy 15 km, przez wioski, a do tego sobota rano – ruch duży, co najmniej pół godziny w aucie, nie widziałam szans… Mąż powiedział lekko wystraszony: Ok, to zostańmy, bo lepiej chyba tu w domu, niż w aucie, kiedy na zewnątrz temp 2 stopnie…


Zerwałam dosłownie z siebie ciuchy (taki instynkt, że brakowało tylko ryku lwicy do niego) i wskoczyłam z powrotem pod prysznic, ledwie odkręciłam wodę, pękł worek owodniowy i polały się wody.


4 parte i na 5 pokazała nam się (a właściwie mężowi, bo ja rodziłam stojąc, pochylona w przód i oparta o ścianę, a mąż kucał za mną) czarna kudłata główka, 6 skurcz wyszła głowa, 7 skurcz i mąż trzymał w rękach naszą córeczkę… Po 5 minutach urodziło się łożysko.


Mała zważona została dopiero o 17-stej, po pierwszej kupie, więc pewnie gdyby była ważona po porodzie byłoby ponad 4 kg (waga: 3980 g, długość: 55 cm).


O 20-stej był u nas neonatolog, wcześniej już umówiony, zbadał, uzupełnił wpisy w książeczce i szczerze zafascynowany nam pogratulował. Wszystko ok, z Sarą i ze mną, łożysko całe, krocze też!Wrażenia niesamowite… Nie planowaliśmy tego, ale było pięknie… Mój mąż jest cudowny….


Dziękuję Bogu, Mężowi i Naturze, bo dzięki nim to był najpiękniejszy i najbardziej niespodziewany z moich trzech porodów.

Patrycja i Samuel

Patrycja i Samuel

Wzięłam pełną odpowiedzialność za jak najczulsze, najdelikatniejsze, najspokojniejsze i pełne miłości oraz wolności wprowadzenie mego synka do życia na Ziemi

“Boskie Światło w mych ramionach”

15-tego stycznia powiłam dzieciątko najsłodsze – Samuela i jestem najszczęśliwszą kobietą na świecie. Miłość, którą czuje do tego małego człowieczka jest większa, niż cały Wszechświat, bezgraniczna, bezwarunkowa, najczystsza, niezwykle głęboka, autentyczna i pełna… patrzę na niego i łzy szczęścia spływają mi po policzkach… nie przypuszczałam, że mogę kiedyś tak bardzo kochać…

Mój mistyczny poród rozpoczął się w sobotę 14-tego wieczorem, przeradzając się stopniowo w 24-godzinną torturę, która dosłownie i w przenośni rzuciła całą mą istotę na kolana… umierało moje ciało, umierało moje ego… za oknem szalała niesamowita śnieżna burza… O 21.45 przy potężnym krzyku życia dobywającym się z mojej i jego piersi i zlewającym się w jedną boską pieśń, mój Anioł pojawił się na naszej fascynującej planecie… doskonały, przepiękny, zbudowany raczej ze światła, aniżeli z ciała, będący ucieleśnieniem Boga i Miłości, mój prawdziwy kwiat lotosu, na który czekałam całe życie… ciało z mego ciała… niepojęty cud narodzin… bezmiar Miłości ogarnął całe me jestestwo…

Do drugiej nad ranem siedzieliśmy razem w wodzie, w ogromnej wannie mojej nowej łazienki, przy świecach i delikatnej duchowej muzyce, oczarowani, zaczarowani, w najwyższym duchowym uniesieniu, zapatrzeniu i zachwycie… trzymając się czule w ramionach, nie mogąc oderwać od siebie oczu, słuchając bicia naszych serc… opowiadając sobie o świecie – ja jemu o ziemskim, on mi o niebiańskim…
Wszechświat doznał ekspansji i stworzył miejsce dla nowej istoty, która będzie z radością podnosić jego wibracje swym pięknym szlachetnym życiem.
Gdy wyszliśmy z wody i spojrzeliśmy przez okno, naszym oczom ukazał się idylliczny biały niewinny krajobraz, pokryty skrzącym się puszystym śniegiem, pełen ciszy i spokoju… przyroda współgrała z magią mego porodu…. czysty świat przywitał z rewerencją czystą duszę…

Misterium mego porodu dokonało się w okolicznościach o jakich marzyłam, w intymnej duchowej atmosferze mej świątyni na sarnim wzgórzu bez jakiejkolwiek medycznej asysty lekarza czy położnej, a jedynie w towarzystwie istot zaangażowanych uczuciowo, czyli mego partnera Ralfa i mego piesiunia Lotoska – w kręgach alternatywnych zwie się taki poród porodem bez asysty i bez przemocy.
Taki poród nie koncentruje się głównie na fizycznym/medycznym aspekcie porodu, ale przede wszystkim na jego aspekcie duchowym i uczuciowym, jest to bowiem święte wydarzenie, co jest niestety całkowicie pomijane w porodach szpitalnych.
To, co przeciętny mieszkaniec naszej planety uważa za normalną szpitalną procedurę porodową jest dla nowej, bezbronnej, niezwykle delikatnej istoty, ogromnym szokiem i bólem, który niesie ona potem przez całe życie…

Poród, który ja wybrałam, był niezwykłym, mistycznym przeżyciem, głęboko wewnętrznym i transformującym… wzięłam bowiem pełną odpowiedzialność za jak najczulsze, najdelikatniejsze, jak najspokojniejsze i pełne miłości oraz wolności wprowadzenie mego synka do życia na Ziemi…
Oczywiście, że się bałam, ze czułam niewyobrażalny fizyczny ból porodowy i miałam poczucie otarcia się o śmierć, ale czułam także ogromną moc mojej decyzji, ogromną potęgę mej kobiecości oraz przeogromną potrzebę zapewnienia mojemu dzieciątku najpiękniejszego startu w nowe życie.
Wiele/u z Was pamięta jak trudna dla mnie była to ciąża pod względem zarówno fizycznym, jak i emocjonalnym, jak bardzo borykałam się z jej akceptacja…, a jednak niezwykła potężna podświadoma miłość do tego nowego człowieczka oraz życie w coraz większej świadomości dało mi siłę i odwagę, by zrobić wszystko, co w mojej mocy, by zapewnić mojemu synkowi pełne szacunku, pokoju i miłości przejście ze świata ducha do świata materii.
Tym porodem wzięłam w pełni moje życie w swoje ręce… umarłam… i urodziłam się na nowo… szczęśliwa, wolna, pełna, tryskająca miłością, przesycona wiarą we własną intuicję, moc i mądrość mego serca.
Takie oto dary niesie ze sobą poród domowy pełen ufności we właściwość całego tego świętego procesu, jego przebiegu, czasu i intensywności doznań.
W szpitalu oddajemy naszą moc lekarzom, nie ufając sobie… oddajemy także lekarzom i tzw. systemowi moc drzemiącą w naszych dzieciach…

Aby w pełni uczynić zadość idei porodu bez przemocy pragnęłam nie odcinać pępowiny, ale raczej pozwolić jej samej oddzielić się od ciałka mego synka, co zwie się porodem lotosowym, jednakże po czterech mistycznych godzinach w wannie po porodzie nie urodziłam łożyska, więc z procedurą lotosową musiałam się wstrzymać… trochę mnie zaskoczył taki obrót spraw, nie byłam bowiem przygotowana na taką ewentualność.
Będąc jednak w stanie niespotykanego uniesienia i spokoju postanowiłam zaufać zaistniałej sytuacji i poczekać do następnego dnia.
Tak więc połączeni z Samuelkiem dość krótką pępowiną, ale na tyle długą aby usteczkami mógł sięgnąć do mojej piersi, położyliśmy się spać.
Na drugi dzień łożysko wciąż nie chciało się urodzić, zadzwoniłam wiec do znajomej położnej z zapytaniem o poradę, która okazała się przesyconym strachem nakazem udania się do szpitala, czego oczywiście zrobić nie zamierzałam, skontaktowałam się w zamian z koleżankami, które są promotorkami porodów bez przemocy, ich sugestie rezonowały z moim sercem i dotyczyły emocjonalno-duchowego aspektu urodzenia łożyska.
Poczułam, że wraz z łożyskiem trzymam w sobie jakieś stare destruktywne emocje i rozpoczęłam ze spokojem i ufnością ceremonię puszczania, podziękowania i pożegnania… łożysko urodziłam na następny dzień delikatnie, całkowicie bezboleśnie po 36-ciu godzinach od urodzenia synusia.
4 godziny później odcięłam bardzo już uschniętą pępowinkę uznając, że dopełnił się nasz cudowny lotosowy poród. Jestem ogromnie wdzięczna, że zaufałam mej intuicji, mądrości natury i mego ciała, że zaufałam duchowemu i fizycznemu procesowi, który potrzebował czasu, aby się dopełnić, czasu, którego nikt by nie uszanował, gdybym rodziła w szpitalu… powodowani strachem i pośpiechem nie dajemy sobie bowiem czasu i przestrzeni na wejrzenie w siebie i prawdziwą czułą bliskość ze sobą, drugim człowiekiem, zwierzęciem, drzewem…
Ów czas pomiędzy światami, kiedy to mój synek był niejako częściowo wciąż we mnie i częściowo poza mną pozostawiwszy łożysko w moim brzusiu i będąc połączony ze mną cudownym sznurem życia, był dla mnie najświętszym oświeconym lotosowym czasem, świetlistymi 40-toma godzinami mistycznego połączenia z moim dzieciątkiem, niezapomnianymi godzinami miłości o ogromnej duchowej mocy. Cudowny pępuszek mojego synusia na zawsze będzie dla mnie świętym miejscem naszego mistycznego połączenia… kocham to miejsce…

Pisząc te słowa siedzę z mym Samuelkiem, który słodko ssie mą pierś, z której płynie rwąca rzeka białego najzdrowszego mleka, które w ogromnej obfitości produkuje moje święte ciało… święte, bo stworzyło cud niezwykły – świętego nowego człowieczka.
Dopiero teraz poczułam pełnię życia, pełnię szczęścia, pełnię miłości… tęskniłam za takim spełnieniem wiele lat, nie wiedząc, że tak naprawdę tęsknię i czekam na mego synka.
Nie mogę oderwać od niego oczu, czas z nim to najpiękniejszy i najcenniejszy czas mego życia, praktycznie non stop jesteśmy razem, noszę go bowiem cały czas w chuście, minuta bez niego, wydaje mi się straconą minutą, nic nie jest bardziej fascynujące, jak bycie z nim, obserwowanie jego kochanej buźki, całowanie kochanych stopek, karmienie piersią, wspólne kąpiele w ogromnej wannie, czułe masaże kochanego ciałka, głębokie rozmowy bez słów, uczenie się języka migowego oraz życia bez pieluch (Samuel już z radością robi siuśku do miseczki), a przede wszystkim słuchanie jego cudownego oddechu kiedy sobie razem śpimy w ogromnym łóżku mej sypialni pod egidą wschodzącego słońca wyrzeźbionego na ścianie. 

Uczymy się także jak odreagowywać, uwalniać uwięzione w małym ciałku emocje i stres prenatalny. Delikatny człowieczek gromadzi bowiem w sobie przykre odczucia, jakich doznał będąc w brzusiu mamy, także traumę porodową i potrzebuje to uwolnić podczas dni, tygodni, a nawet miesięcy po porodzie. My z Samuelkiem przeszliśmy sporo podczas ciąży (na szczęście nie podczas porodu), więc z miłością opowiadam mu o tym i bardzo go przepraszam, wtedy razem sobie popłaczemy, by potem móc się razem radować.
Jeśli dzieciątko nie ma możliwości, by uwolnić owe niepokoje, wnosi je potem w późniejsze życie jako depresje, agresje, uzależnienia etc.
Czuły dotyk, jak najczęstsze noszenie, przytulanie, spanie z dzidziusiem, to najlepsza terapia i najbardziej niezbędna rzecz w życiu maluszka.
Nie szczędźmy zatem czułości i bliskości naszym dzieciom, one tego potrzebują jak tlenu by być fizycznie i emocjonalnie zdrowe i szczęśliwe.
Nie wstawiajmy ich do łóżeczek, osobnych pokoi, bo to je przeraża i zaburza naturalną homeostazę ich istoty, zaburza zaufanie do świata, odbiera poczucie bezpieczeństwa i pogłębia poczucie separacji od siebie, innych i Źródła. Dzieci chcą być blisko spokojnych, szczęśliwych rodziców, wtedy czują, że są naprawdę kochane i całkowicie akceptowane. Niechaj kąpią się w oceanie naszej bezwarunkowej, czułej miłości, a wyrosną na szlachetnych, spełnionych, radosnych dorosłych ludzi.
Pamiętajmy, że to, co tzw. system uważa za normalne traktowanie dziecka – szpitalne porody, procedury poporodowe, szczepienia, uczenie dziecka chłodnej samodzielności, etc., nie jest normalne, jest brutalne i zostawia dalekosiężne emocjonalne blizny, które nie pozwalają nam potem żyć w szczęściu i pokoju…
Zmieńmy to, bądźmy rodzicami głębokich przemian na lepsze w życiu przyszłych pokoleń, w życiu naszej planety… Pamiętajmy także, że nasze negatywne emocje ogromnie wpływają na poziom stresu u dziecka, zadbajmy więc bardzo o nasze uzdrowienie. Ja bardzo mocno przeciwstawiłam się systemowi swoim porodem i wszystkim, co wprowadzam w życie mego syneczka po porodzie…
Począwszy od tego, że zdiagnozowano u mnie wadę serca, gdy miałam 17cie lat i już wtedy ostro zaznaczono, ze w przypadku mej ciąży wchodzi w grę tylko cesarskie cięcie – nieprawda! – moje serce cudownie współpracowało podczas długiego i bolesnego porodu.
Po drugie, mój wieloletni weganizm uniemożliwi mi zajście w ciążę – nieprawda! (nawet nie próbowałam, a się stało) i że będę miała mało mleka, mleka mam tyle, że mogłabym wykarmić trojaczki.
Po trzecie – pierwszego dziecka, nie można urodzić bez położnej – nieprawda!
Po czwarte – kobietę trzeba naciąć, bo i tak pęknie w czasie porodu – nieprawda! – ja mimo prawie 4 kilowego dzidziuśka wcale nie pękłam.
Po piąte – łożysko trzeba wyłyżeczkować jak najszybciej po porodzie – nieprawda! etc., etc., etc.
Gdybym słuchała lekarzy, nie przeżyłabym najwspanialszego mistycznego porodu i naraziłabym najdelikatniejszą istotkę na niepotrzebną przemoc…, sztuczne przyspieszacze porodu, znieczulenia porodowe, procedury poporodowe – separację od matki, mierzenia, ważenia, oczyszczanie noska, oczek, pobieranie krwi etc., nie zdajemy sobie sprawy jak bolesne i szokujące to jest dla dziecka – zaoszczędźmy mu tego!!!!!!, rodźmy w domach, w miłości, intymności, czułości i mocy!!!!!

Nowo narodzone dziecko to duchowo zaawansowana świadoma istota, bycie z nią, uczenie się jej oraz głębokie porozumienie z nią, otworzyły przede mną drzwi do autentycznej duchowości, czuję, że mój rozwój duchowy przeniósł się na inny wymiar, wymiar o niesłychanej głębi i bliskości ze Źródłem.
Życie spłatało mi najcudowniejszego figla – Światło zapanowało w mym sercu, Pokój zapanował w mym umyśle, Miłość zawładnęła całą mą istotę.
Nie mogę się doczekać dalszej podróży z moim małym buddą, pokazywania mu cudów świata oraz kreowania wspólnie inspirującego, wolnego, radosnego życia bez przemocy.

Z całego serca dziękuję Wam wszystkim, które/którzy wspieraliście mnie do tego punktu mej wędrówki, Wasza kochająca obecność była, jest i będzie dla mnie bezcenna. Wasza energia dodała mi sił, by zrobić to, co zrobiłam, by przeżyć to, co przeżyłam, by stać się wolną od strachu pokojową wojowniczką o lepsze życie przyszłych pokoleń.
Namaste
Om Om Om

Maria i Gustaw

Maria i Gustaw

Poczułam, że muszę wstać i wtedy kaskada skurczy dosłownie napadła na moje ciało. Musiałam ruszać się, kręcić, kucać i zginać się. Musiałam też (!) rozpuścić włosy.

Byłam dzień po terminie, więc w ramach aktywnego oczekiwania zgodziłam się rano zagrać z dzieciakami w grę, w której trzeba było m. in. tańczyć… I akurat o dziwo ciągle to tańczenie wypadało na mnie. Więc za każdym razem podgłaśniałam muzykę i wirowałam jak nienormalna, w czym dzieci znajdowały nieziemską rozrywkę. Podczas jednego z pląsów poczułam wyraźne obniżenie się główki i odszedł fragment śluzu chroniącego maleństwo w brzuchu, więc poczułam sens tychże akcji wyglądających pewnie z boku na lekkie szaleństwo. 

Potem, wczesnym popołudniem pojechaliśmy na wycieczkę, ażeby nie było mi za lekko, zapakowałam torbę z toną żarcia i niepotrzebnych rzeczy, i 3 godziny podziwiałam moje dzieci będące sobą (!) na placu zabaw i w parku….Jak tylko wołały „Mamo chodź coś zobacyć” to nie ociągałam się jak zwykle w ciąży, lecz pędziłam ochoczo. Każdy krok, czułam, zbliża mnie do początku i końca! W trakcie spaceru zaczęłam osiągać też nieco inny mental stage, ale wciąż nie przejmowałam się tym przesadnie. Inny mental stage – też mi coś w towarzystwie moich dzieci!

Gdy przyjechaliśmy do domu, czułam, że mnie nosi i było mi trochę niedobrze, więc bardzo zależało mi, żeby dzieci poszły szybko spać. Około 20.00 zaczęłam czuć pierwsze krzyżowe skurcze, co 12- 15 minut. Wiedziałam, że to już to, ale nie miałam pojęcia, ile to czasu zajmie, więc nawet do Marcinka nic nie pisałam, żeby nie siać paniki. Oglądałam sobie spokojnie dwuipółgodzinny film, co jakiś czas zmieniając pozycję, bo skurcze nie ustawały, chociaż nie przyspieszały ani nie zwiększały intensywności. Gdy mój kochany mąż wrócił około 23.00, poinformowałam go, że następnego dnia będzie miał już to swoje dziecko a on oczywiście bardzo się ucieszył. Gdy Marcinek przyszedł i zaczęliśmy gadać, skurcze zastopowały (norma przy pojawieniu się nowego elementu w porodowej rzeczywistości), więc wkrótce poszliśmy spać.

Minęło może z pół godziny, Marcinek zasnął, a moje skurcze wróciły, z czego się ucieszyłam, ale od razu były silniejsze niż poprzednie więc trudno było mi się zagnieździć w łóżku. O 3 w nocy zaczęło się na prawdę ostro i biedny Marcinek się ocknął, a wtedy poinformowałam go, że tego dnia do pracy nie pójdzie. Napisałam też do mojej klientki (u której byłam jeszcze 2 dni wcześniej), że RODZĘ (!!!) więc dzisiaj i w najbliższym czasie nie będę przychodziła jej pomagać I to chyba sprawiło, że zaczęłam rodzić na poważnie. 

Chciałam przenieść się z tym rodzeniem do drugiego pokoju, ale mężuś zachęcił mnie żebym została w sypialni i dalej sobie spał, co bardzo mnie uspokoiło. Wzięłam piłkę, ale nie miałam siły na pozycję pionową, więc opracowałam system ruchów pomagających mi w radzeniu sobie ze skurczami na leżąco. Przesypiałam minuty między nimi, a gdy nadchodziły, wydawało mi się, że płynę albo robię coś innego, ekhm. 

Za każdym razem otwierałam jedno oko i widziałam naszą piękną mandalową makatkę wiszącą na ścianie i śpiącego Marcinka, dodawało mi to otuchy i poczucia bezpieczeństwa oraz sensu. I dalej sobie rodziłam. W odmiennym stanie świadomości ,,przespałam” kilka skurczy między godziną 5 a 7 nad ranem. 

O 7 napisałam do douli, że rodzę, ale że nie ma się spieszyć, poczułam też, że muszę wstać i wtedy kaskada skurczy dosłownie napadła na moje ciało. Musiałam ruszać się, kręcić, kucać i zginać się nie tylko podczas nich, ale także pomiędzy. Musiałam (!) rozpuścić włosy. Każda wizyta w toalecie na siku dosłownie rozpierała mnie od środka. Szalałam, ale jednocześnie miałam wszystko pod idealną kontrolą, mimo amoku. Wiedziałam, co się dzieje i nie bałam się. 

Zupełnie inaczej niż podczas poprzednich porodów, kiedy to ciągle ktoś coś gadał, robił i decydował za nas, a my zagubieni podporządkowywaliśmy się. Utraciłam niestety większość wspomnień z tych porodów, a może to dobrze? Ten Guciowy amok był czymś innym, nie wiercący dziur w mózgu, ale wręcz wyostrzający świadomość i zmysły. Dotychczas tylko czytałam o takich stanach.

Powiedziałam Marcinkowi ok. 8.00, że chyba chcę basen, więc mi go uszykował. Coś biadoliłam, że woda zimna, ale wlazłam tam od razu. Dzieci za mną, bo już się do tego czasu obudziły i podekscytowały. Zupełnie było mi wszystko jedno, ale Marcinkowi chyba żal się mnie zrobiło, że nie mam miejsca i jakoś je wywabił stamtąd. 

Wtedy osiągnęłam fazę transition, usiadłam i nagle poczułam się jak zwierzę, w pozytywnym sensie oczywiście. Na kilka minut wszystko się uspokoiło, a ja sobie w tym trwałam półprzytomnie. Wszystko doskonale pamiętam i to jest cudowne. Kiwałam się w rytm muzyki, która dobiegała z salonu. I nagle: bach! Skurcze parte.

Marcinek zapytał, czy zadzwonić po położną, a ja na to, że tak, ale tylko jej powiedzieć o fakcie postępu porodu, żeby jeszcze nie przyjeżdżała. Za minutę zaczęłam jednak mocno krzyczeć co chyba Marcinka przytłoczyło leciutko i zadzwonił drugi raz, żeby przyszła, chociaż, jak sam potem przyznał, nie wiedział sam co niby ona miałaby tam robić. 

Skurcze porywały mnie jak tornado, ale wszystko działo się samo, nie wkładałam w to żadnego wysiłku, na rąbku świadomości pamiętałam jedynie, żeby nie krzyczeć za mocno w obawie przed bólem gardła

Dzieci zluzowane oglądały bajkę. W pewnej chwili poczułam, że mam już na serio dosyć i że chyba nie dam rady. Chciałam się z tego wypisać! 

Coś mnie jednak natchnęło, żeby palcami sprawdzić gdzie jest główka i dotknęłam jej…. Była tuż tuż…. A już za chwilunię na zewnątrz. Co za ulga!!! Klęczałam, trzymając główkę, mrucząc coś basem i za kilka sekund moim oczom ukazało się pod wodą bladoróżowe ciałko i srebrna pępowina. 

Jezu, jest! Ale wtedy oczywiście daleko mi było jeszcze do jakiejś racjonalnej macierzyńskiej radości. Instynktownie wyciągnęłam dziecko i oceniłam stan żywotności („Nie rusza się! Nie oddycha!” co było absurdalne, gdyż dziecko na tym etapie już zaczęło kwilić co subtelnie uświadomił mi obecny małżonek) oraz płeć (,,Co to w ogóle jest?”- rzuciłam tubalnie w eter zapytanie, po czym po podniesieniu nóżki uznałam, że istnienie pisiorka należy zaliczyć do zbioru faktów świadczących o tym, że mamy kolejnego synka!)

Przyszły dzieci, zwariowały ze szczęścia, a ja zaczęłam bardzo powoli wracać do normalności. Przyjechała doula Kasieńka, Marcin pomógł mi wydostać się z basenu i na tym etapie urodziło się uwierające mnie dość solidnie (było bardzo nisko) łożysko. Marcinek je wyjął, zawinął w pieluszki i pomógł nam razem położyć się do łóżka. 

Gołe maleństwo trzymałam na sobie, chyba jakoś wtedy przyssało się do piersi, ale nie pamiętam dokładnie, w każdym razie długo mu rozpracowanie systemu kwik – cyc – satysfakcja nie zajęło.

Po niedługim czasie przyjechała położna, której Felek tryumfalnie obwieścił w progu:

”You are too late”,

a ja odsapnęłam w duchu z ulgą, że dopiero teraz zaczyna się szaszor, a nie godzinę wcześniej, czyli mój plan powiódł się idealnie. 

Trochę przeszkadzało mi przywiązanie Gucia do łożyska na dość krótkiej pępowinie, bo nie mogłam manewrować, więc ponieważ nic już nie tętniło, zgodziliśmy się na przecięcie magicznego przewodu. Położna popisała, pogadała, kazała dziecku założyć czapkę, zważyła je i chciała ratować moje rozszarpane tkanki, ale nie pozwoliłam jej nawet ocenić stanu zniszczeń – powiedziałam, że jeśli pod wieczór stwierdzę, że chyba są poważne, to zadzwonię, lecz nic takiego nie nastąpiło. Pojechała.

Taki to był poród naszego syneczka Gustawa.

Weronika i Felicja

Weronika i Felicja

To telaz ulodzis jesce dwóch chłopców i dziewcynkę. Kocham cię, kocham cię za to, ze mi ulodziłaś siostsyckę, moje Maleństwo.

“Kobiety z plemienia ¡Kung rodzą dzieci średnio co 44 miesiące.” (Polityka karmienia piersią, Gabriel Palmer)

14 marca 2014 roku urodziliśmy w domu naszą Pierworodną Córkę Łucję. Zakochaliśmy się w Niej i tym doświadczeniu po uszy. Długo przyszło się nam modlić o drugie dziecko – aż 21 miesięcy (staraliśmy się o dwa lata odstępu), najważniejsze jednak, że w końcu zostaliśmy wysłuchani.

16 listopada 2017 

Cały dzień miałam skurcze, ale dość krótkie i rzadkie, wiec jeszcze o 14 poszłam z Łucją na godzinny spacer, na pocztę, wysłać Walerii zioła do jej porodu. 

– Obsłużę tylko najpierw panią w ciąży – powiedziała pani w okienku, a ja chciałam powiedzieć „spokojnie, jeszcze nie rodzę”, ale ugryzłam się w język i tylko się uśmiechnęłam.

Kiedy wróciłyśmy stwierdziłam, że w drodze wyjątku włączę coś Młodej, żeby się zdrzemnąć na wypadek, gdybym miała zarwać noc. Od 16 do 17 oglądała Opowieści Biblijne (jako pierwsze Narodziny Jezusa), a ja próbowałam drzemać. 

Dopiero ok. 17.50 pojawiły się skurcze co 5 minut (z Łucją identycznie – wtedy rodziłam do 6.35 następnego dnia) i ZACZĘŁAM nabierać pewności, ze to to. 

Wciąż wahając się czy ściągać Adama z pracy doszłam do wniosku, ze najpierw położę Młodą spać. Napisałam mu tylko sms “to się już nie cofnie” – przy Łucji pytał położnej czy to się jeszcze może cofnąć – i uprzedziłam, że ok. 19. będę po Niego dzwonić. Zrobiłam nam sałatkę bananowo-pomarańczową, zjadłyśmy, pomodliłyśmy się o dobry poród i poszłyśmy na dół. Podkarmiłam jeszcze Lu piersią i o 19.15 spała. Zaraz po tym, jak weszłam na górę na czworakach, zadzwoniłam po Adama.

Natychmiast po telefonie w głowie miałam: „JEŚLI przeżyję NIGDY więcej dzieci!!!… Zaraz umrę… Zaraz umrę albo to 7 cm”. Żadna pozycja nie dawała ulgi, ani kolana, ani wieszanie się na chuście, no nic…

I wtedy zaczęłam śpiewać Pater No ster… Mimo wszystko byłam z siebie dumna, że nie krzyczę. Próbowałam poczuć jakiś zapach – też narzędzie diagnostyczne – ale nic nie wyczułam. Jeden skurcz był lżejszy i dał odpocząć, a potem doszłam do wniosku, że jak mnie prysznic nie uratuje to już nic. Poszłam do łazienki na palcach (oznaka 6-8 cm rozwarcia, ale pomyślałam, że na pewno sobie wmawiam). 

Ok. 19.55 wszedł Mąż uśmiechnięty od ucha do ucha. 10 Minut później wstała zaspana Lu. Poszli przykleić kartkę na drzwi z informacją o porodzie domowym i z przeprosinami za hałasy.

– Głośno jestem? 

– Nie.  

Ledwo przykleili kartkę to zaczęłam być. Adam zaczął napełniać basen, bo widział, że w brodziku jest mi okropnie ciasno. 

W głowie miałam: “[Kobieta] zaś zbawiona będzie poprzez rodzenie dzieci” (1 Tym. 2:15). Między skurczami Adam pomógł mi przejść do basenu, po drodze zdążyłam zdegustowana zgasić światło w kuchni (została tylko mała lampka na ścianie). 

„Jak mało wody!” jęknęłam, ale co wiadro było lepiej, a ja w tym basenie przyjmowałam nieludzkie jakieś pozycje.  Wody mi odeszły, (ale to załapałam później). Nawet na brzuchu zaległam w pewnej chwili, a później wieszając się na krawędzi basenu oderwałam nogi od podłoża – jakbym żabką chciała pływać. 

Na skurczach to dosłownie ryczałam jak zwierzę, no i się Luśka przestraszyła, więc Adam wziął Ją na ręce i zaczął uspokajać, że to normalne, że boli i dlatego krzyczę, ale że rodzi się jej rodzeństwo itd. Ocean spokoju. I ja się w ten ocean zasłuchałam i nagle poczułam, że muszę sięgnąć w dół – główka! Czułam główkę, która się nie cofała! Ręka mi się tak trzęsła, że ledwo mogłam ją utrzymać we właściwym miejscu.  Dopiero teraz poleciało odrobinę krwi – to też powód, dla którego nie wierzyłam, że to już – zero śladów wcześniej. 

– To są już parte! 

– Jesteś pewna?

– Nie. 

Kolejny skurcz i już byłam pewna, a potem nastąpiła najdziwniejsza w moim życiu chwila: czułam, że główka jest już „wstawiona” maksymalnym obwodem i nic się nie działo. Kompletnie nic. Ciało przestało pracować. 

„Dobra, poczekam”. Poczekałam. Na następnym skurczu, o 20.35, Felicja wyszła CAŁA, naraz i skulona! Momentalnie Ją złapałam (jedną rękę cały czas miałam podłożoną pod Nią, drugą trzymałam się krawędzi basenu – pozycja klęcząca) i wyciągnęłam z wody. I tu psikus – krótka pępowina. Łucja miała węzeł prawdziwy na pępowinie, to ta z kolei taki numer postanowiła wywinąć. 

Oczka zamknięte, ta pępowina krótka, a moja Oaza Spokoju mówi: spokojnie, ma czas, żeby odetchnąć, ma ładny kolor, nie ciągnij, odwiń Jej pępowinę (nie była okręcona wokół szyi, ale jakoś pod ręką – możliwe nawet, że jak „wyskoczyła” do wody to się sama odwinęła częściowo, bo zdążyła wykonać półobrót). 

Luśka trochę oniemiała, Adam podszedł pomóc i odwinął Małą wkładając Ją z powrotem do wody. Jak Ją wyciągnął to dała czadu. Łucja nie płakała wcale, więc to była nowość dla mnie. Znów pomógł mi obrócić Ją lekko buzią w dół, bo przy tym płaczu słychać było delikatne bulgotanie. Zaraz też z błyskiem w oku zajrzał – dziewczynka! 

A mnie jak skurcz nie złapie! O rany! A tu dziecko na jednym ręku, ale dwa czy trzy skurcze i łożysko urodziłam. Uff. Lulu w tym czasie wyszła do pokoju ochłonąć, a Adam po miskę na łożysko. Zaraz Luśka wróciła i mówi: to telaz ulodzis jesce dwóch chłopców i dziewcynkę. 

17 listopada 2017

Kocham cię, kocham cię za to, ze mi ulodziłaś siostsyckę, moje Maleństwo.

Agnieszka i Saule

Agnieszka i Saule

S a u l e   L a u l u

Nasz Leśny Poród

Teraz widzę siebie z tamtego dnia jako bezdomną, brzemienną kotkę. Nie ma dogodnego miejsca? Nie ma się gdzie schować? To robimy gniazdko pod schodami. Wszystko jedno gdzie, byle było zacisznie i byle już już już położyć się i urodzić.

Zbliżał się ten Święty Dzień, a my wciąż nie mieliśmy domu. Mogliśmy oczywiście (ostatecznie) rodzić w domu mamy, ale za ścianą mieszkała babcia, do nas mógł przyjść niespodziewanie mój brat, poza tym mama prowadziła w domu lekcje, a poród może się przecież zacząć kiedykolwiek.

Byłam przekonana, że trzeba nam być zupełnie samym: tylko ja, mój mąż i nasza przestrzeń.

Poszukiwania domu trwały praktycznie od początku ciąży do jej zakończenia. Mieliśmy wybudować chatę z gliny, ale zabrakło wtedy pieniędzy. Lintu trochę jeszcze popracował i odwiedzał mnie i Brzuszek, a po pewnym czasie wrócił już na stałe i na początku piątego miesiąca ciąży pojechaliśmy razem do Hiszpanii, żeby tam szukać domu… Domu, w którym będziemy rodzić, no i mieszkać.

Historia jest długa, ale skracając, można to ująć tak: było pięknie, choź nie znaleźliśmy nic odpowiedniego, a ja doszłam do wniosku, że muszę mieszkać tam, gdzie rosną dęby, brzozy i gdzie w niektóre dni pada deszcz. Po powrocie do Warszawy, szukaliśmy jeszcze troche po Polsce.

Ostatnia podróż (z Torunia do Warszawy) tak mnie zmęczyła, że wiedziałam, że to już ostatnia, że więcej nie mogę jeździć, nie mogę siedzieć, nie mogę w ogóle wychodzić z mojego gniazda. Ale gniazda nie było…

Zjechaliśmy z trasy, żeby wykąpać się w jeziorze. Wielki goły i wesoły brzuch! Czułam się piękna, soczysta i zupełnie dojrzała. Wiedziałam, że to już bardzo blisko, już zaraz.

Lintu położył tylne siedzenia w naszym busie, ustawił pudła z manatkami i wyścielił to wszystko kołdrami i poduszkami, żebym resztę podróży mogła przeleżeć (na lewym boku. Pojechaliśmy dalej i wtedy Lintu zaproponował: Pojedźmy do Sikor, do domku babci.

Sama myślałam o tym wcześniej i wahałam się… Nikt tam nie mieszkał od lat. W domu było nieposprzątane i pachniało – jak my to mówimy – “działką”, czyli po prostu wilgotnym drewnem (a może i grzybem?). A dom był kiedyś piękny… kołysał mnie w dzieciństwie. Tam przeżyłam swoje pierwsze burze bez światła i o świecy, tam pisałam pierwsze opowiadania, chodziłam nad rzekę rozmawiać z Bogiem i robiłam całą masę innych, miłych rzeczy. Działka należała w mojej głowie właśnie do dzieciństwa i była rozdziałem zamkniętym, a jednak – zgodziłam się.

Wróciliśmy do Warszawy, do domu mojej mamy i poszliśmy spać bez rozpakowywania samochodu. Nazajutrz rano miałam chwile zwątpienia... Czy ja tam naprawdę mogę teraz jechać? Nie zniosę tamtejszego brudu. Będę musiała troszkę posprzątać, a ja przecież nie mogę teraz sprzątać. Jestem w dziewiątym miesiącu ciąży! Prawie w dziesiątym. Czułam, że ktoś zaraz naciśnie ten czerwony guzik, czułam parcie na miednicę, poruszałam się bardzo powoli.. Poszłam do sypialni mamy, zaczęłam ścielić łóżko i wynosić niektóre rzeczy (wcześniej uzgodniłyśmy, że jeśli rodzić u Niej w domu, to właśnie w tym pokoju, gdyż jest najprzytulniejszy). 

Teraz widzę siebie z tamtego dnia jako bezdomną, brzemienną kotkę. Nie ma dogodnego miejsca? Nie ma się gdzie schować? To robimy gniazdko pod schodami. Wszystko jedno gdzie, byle było zacisznie i byle już już już położyć się i urodzić.

 I wtedy przyszedł Lintu… i przekonał mnie raz jeszcze do Leśnego Domku.

Będziemy sami. Przecież o to właśnie chodziło. Nie tylko bez lekarza, położnej czy douli, ale też bez członków rodziny, którzy w momencie paniki (albo czegoś) mogą zadzwonić po karetkę.

Decyzję o porodzie Tylko We Dwoje podjęliśmy wspólnie około drugiego miesiąca ciąży. Wcześniej myślałam o douli i szkole rodzenia, ale im bardziej wsłuchiwałam się w siebie, tym bardziej wiedziałam, że poród jest mój własny i intymny, i potrzebuję żeby taki był. Miałam przekonanie, że wszystko będzie dobrze i po prostu urodzę, bo jestem kobietą, a kobiety rodzą od zarania dziejów – tak jest w Naturze. To wszystko było mocno intuicyjne. Nie miałam planu B. Jednocześnie zostawiłam drzwi otwarte na szpital i pomoc, w razie gdyby coś było naprawdę alarmujące – preferuję postawę wolną od dogmatu, szczególnie, kiedy rzecz dotyczy czegoś Dużego.

Podczas trwania ciąży do lekarza poszłam tylko trzy razy, w tym na test w kierunku cukrzycy, bo byłam ciekawa jaki mam poziom cukru. Byłam zdrowa jak ryba, odżywiałam się lepiej niż kiedykolwiek, i im dalej w ciąży, tym bardziej świadomie i pewnie wypowiadałam się (lub myślałam) o moim porodzie.

A więc do lasu…

Przyjechaliśmy około południa i – każdy w swoim zakresie – zaczęliśmy ogarniać parter domku. Lintu wynosił niepotrzebne krzesła i wersalki, ja ścierałam kurze, zbierałam świeczki i zgarniałam naczynia w jedno miejsce. W kilka godzin uporaliśmy się z przestrzenią na tyle, że wyglądała nawet zapraszająco. Góry nie ruszaliśmy – zrobiliśmy z niej składzik. Około 17:00 podjechaliśmy 10 km, żeby obejrzeć jeszcze jeden domek do wynajęcia, ale od razu zdecydowaliśmy, że go nie wynajmiemy, bo okazało się, że na tej samej posesji mieszkał gospodarz. Patrzyliśmy na domek przez szybę, nawet nie wysiedliśmy z samochodu… 

Wtedy zaczęły się skurcze. Na początku nie wiedziałam, że to właśnie one, ale po prostu fizycznie nie mogłam już siedzieć na siedzeniu samochodu. Zaczęłam podciągać się na dłoniach, przytrzymywałam oparcie fotela i uchwyt nad głową, wszystko, byle tylko nie siadać – to było nie do zniesienia. Lintu zatrzymał się przy sklepie i wyskoczył szybko po owoce “na jutro”. Wrócił z pękatą torbą, a ja powiedziałam, że teraz to już prujemy do przodu, bo ja… rodzę!

Kiedy dojechaliśmy do Domku, skurcze zmieniły się, były dłuże (silne), w mniejszych odstępach czasu… Czytałam o tym… czytałam” jak długie” i “co ile minut”, i próbowałam jeszcze raz przytaczać na głos te notatki dla siebie i dla Lintu, ale słowa już nie miały znaczenia… ani minuty, ani moje przeczytane informacje. Czułam, że wchodzę w inny wymiar i że w ogóle nie liczy się teraz co pamiętam lub o czym zapomniałam, bo Dzieje Się i jest czysto intuicyjnie…

Lintu wyniósł jeszcze kilka rzeczy z sypialni, przetarł szybko podłogę na mokro, rozłożył na niej kołdrę, zapalił kilka świeczek dookoła, otworzył okno i poszedł się przebrać w czyste ubranie.

Musiałam stać. Stałam oparta dłońmi o parapet, albo o krzesło (a krzesło wsparte o ścianę), albo o ramiona Lintu, i krzyczaaaałaaaam! aż się cały Las trząsł. Każdy skurcz “party” to mój długi i niesamowicie uwalniający krzyk. Przez okno widziałam księżyc, jego dokładną połówkę pomiędzy sosnami. Choć pamiętam to bardziej jako pełnię. W którymś momencie krzyknęłam z całych sił “otwieraaaam sięęęęę!!” Chciałam, żeby Ona we mnie, i żeby wszystko dookoła wiedziało… że mówię temu Dziecku TAK, że chcę żeby przyszło, że jestem gotowa i witam z otwartym sercem. “Otwieram się” znaczyło:

TAK, chcę być matką,  TAK, chcę urodzić, TAK, przyjdź, TAK! TERAZ, wszystko TAK! i również znaczyło poddaję się.

Dzisiaj rozumiem, że moje “Otwieram się”, to także “umieram, odchodzę, przychodzę, rodzę się na nowo”. To był największy moment pokory w moim życiu.

… moje kości się rozszerzyły, czułam to dokładnie. Oddech… Lintu przypominał mi, żebym oddychała. Był to oddech zwyczajny, taki, na jaki akurat było mnie stać, czasem pogłębiony, podobny do tego, którego używam, żeby się uspokoić, czasem wydychałam mocniej przez usta. Robiłam miny, śmiałam się, trochę kołysałam biodrami, ale głównie wyglądałam przez okno, albo leżałam na boku na łóżku (między skurczami). Kiedy zrobiło mi się gorąco prosiłam Lintu, żeby otworzył okno, rozbierałam się. Kiedy zrobiło się zimno prosiłam, żeby zamknął okno i nakrył mnie swetrem. Gorąco, zmino, gorąco, zimno… 

W pewnym momencie te zmiany zaczęły następować po sobie bardzo szybko i trochę się przestraszyłam. Czułam, że słabnę. Oddychałam, ale trochę kręciło mi się w głowie. A co jeśli ja dzisiaj umrę? Widziałam Lintu, widziałam, że się do mnie uśmiecha, gładzi mnie po twarzy, po włosach… ale też nie widziałam go, czułam, że jestem z tym rodzeniem sama i że jestem jakby Gdzieś Indziej. Byłam po prostu w Krainie Rodzenia – on nie mógł tam być, ale zaglądał przez niewidzialną ścianę i dalej mnie kochał. 

Podczas porodu byłam świadoma tego, jak go (poród) widzę, choć jednocześnie szybowałam gdzieś w chmurze, gdzie tylko ja mogłam być i byłam tam całkiem sama. Lintu przykładał mi kompresy z ciepłej wody – tydzień wcześniej kupiliśmy kilka małych ręczników. Ależ to pomagało!

Poprosiłam też o sok, który sobie przygotowałam. Świeży sok z ananasa ze szklanej butelki (kupiony, ale taki co trzeba od razu wypić) – okazał się ochydny. Nie mogłam wypić. Zamiast tego napiłam się wody.

Były takie trzy skurcze, że byłam pewna, że zaraz poczuję główkę… i poczułam coś, ale to coś było miękkie..Lintu sprawdził i powiedział, że jest trochę białawe, wygląda jak jakiś pęcherz wypełniony płynem. Znów się przestraszyłam. Czy to może być łożysko? Najpierw dziecko, później łożysko… najpierw dziecko… Poprosiłam, żeby przyłożył jeszcze jeden kompres. Pod dotykiem ciepłego ręcznika pęcherz cofnął się, jakby wchłoną z powrotem we mnie i zaraz nadszedł kolejny skurcz. Tym razem to była główka! Popłakałam się z radości i zawołałam Lintu, żeby dotknął i zobaczył.

Maleństwo wydostało się ze mnie z jednym, może dwoma kolejnymi skurczami. Piszę “skurcze”, bo chcę zaznaczyć, że ani razu nie parłam. Za każdym razem, kiedy nadchodziła ta silna fala, czułam jakby ziemia wysysała ze mnie dziecko…  Grawitacja, i już. Nie musiałam przeć – tylko się rozluźniałam, otwierałam, poddawałam. Zresztą nie miałabym nawet siły napiąć mięśni i “popychać” dziecka. Czułam się u kresu wytrzymałości i jedyne co mogłam, to pokorne godzić się i pozwolić sobie na bycie tam, gdzie akurat byłam. Woda wyszła ze mnie tuż przed dzieckiem, wcześniej leciała tylko krew.

Maleństwo wyśliznęło się wprost w ręce mojego męża. Moje ręce były wsparte o… w sumie nawet nie pamiętam o co! Stałam i podpierałam się. Musiałam stać – każda inna pozycja była niewygodna.

Poród trwał około czterech godzin, może 3,5. Mniej więcej o 22:30 Saule była już poza mną, ale żadne z nas nawet nie pomyślało, żeby w chwili narodzin spojrzeć na zegarek.

Lintu powiedział, że mamy dziewczynkę.

Trzeba ją szybciutko do mnie na brzuch. Pomógł mi położyć się na drugiej, suchej kołdrze, na łóżku i położył Maleńką na moim brzuchu. Minęło blisko 40 minut zanim wyczuła i chwyciła ustami sutek. Troszeczkę jej pomogłam na samym końcu. Ależ to było błogie… najpiękniejsze co mnie w życiu spotkało! Ta jej maluśka postać ssąca moją pierś, a przecież jeszcze kilka minut temu była we mnie…

Łożysko nie odcinaliśmy. Zostało z nami do popołudnia następnego dnia. Na noc włożyliśmy je do wysterylizowanego garnka i przykryliśmy ręcznikiem. Spało z nami pod kołdrą. Początkowo chcieliśmy trzymać je dłużej, ale było z tym trochę niewygodnie, więc wczesnym popołudniem Lintu wziął wcześniej przygotowany do tego nożyk i odciął pępowinę w odległości kilku centymetrów od pępuszka. Cała krew już z niej spłynęła, nic się nie sączyło. Nie wiązaliśmy na niej też żadnych supełków i niczym nie zabezpieczaliśmy. Pięć dni później sama odpadła i został śliczny, czysty pępęk.

Łożysko zakopaliśmy w korzeniach, pod pięknym, starym dębem, na Łąkach, nieopodal Domku. Poszliśmy tam we trójkę przed zachodem słońca. Było pięknie i spokojnie, chociaż gryzły komary (Pod dębem komarów nie było…). Wtedy też nadaliśmy naszej córce imię: Saule – znaczy Słońce.

*

 Do porodu przygotowaliśmy bawełnianą kołdrę, powleczoną w białą pościel na której kiedyś namalowałam dużą, szkarłatną spiralę; grubą folię na wymiar kołdry (nie użyliśmy jej – kołdra się po niej ślizgała i uznaliśmy, że to nie będzie komfortowe). Mieliśmy świeczki tea-lights, ręczniki i kartkę z notatkami, na której przykleiłam zdjęcia z pozycjami jogi, które mogłyby przynieść mi ulgę na różnych etapach porodu (przeglądałam ją w trakcie parę razy, ale nic nie “rezonowało”, więc zamiast patrzeć na możliwe opcje, zamykałam oczy i patrzyłam w głąb, pozostając w pozycji stojącej pochylonej)

W trakcie ciąży czytałam trochę i o ciąży i porodzie, dbając jednoszcześnie o to, by wpuszczać tylko historie pozytywne i takie, które wspierają mój wewnętrzny głos.

Znalazłam kilka tesktów, które bardzo mnie wzmocniły, a szczególnie ten:

http://www.thegardendiet.com/ebooks/birth/ i pierwsze parę rozdziałów z książki “Primal Mothering in a Modern World” Hygei Halfmoon Ph.D.

Wiem, że jeśli będziemy mieć kolejne dziecko, będzie to też poród naturalny, i Saule będzie przy nim, jeśli będzie tego chciała. Wierzę, że jest to najwłaściwszy sposób rodzenia, gdyż zachowana zostaje intymność rodziny, a subtelny bąbelek wokółnoworodkowy ma dogodne warunki, żeby pomału oswoić się ze światem. No i to, że od razu mogłam się położyć na własnym materacu i zasnąć z dzieckiem wtulonym we mnie i mężem tulącym nas oboje. Jest w tym ogromna moc! 

Długo zbierałam się z napisaniem tego tekstu, może dlatego, że jest on dość angażujący emocjonalnie. Poza tym chciałam, żeby było ładnie i składnie. W końcu piszę ot tak, po prostu, życząc wszystkim Mamom, w szczególności tym, które jeszcze nie urodziły, żeby słuchały siebie, i były wierne swojej intuicji, a także dawały sobie wszystko to, czego w danym momencie im potrzeba. Poczujcie pełnię swojej magii i mocy sprawczej! Kocham Was

Agni, Choszczówka, 7 września 2017