Narodziny Lubka

Narodziny Lubka

Zgromadziliśmy się u mnie pokoju (Przemek oraz nasza dwójka przyjaciół – współlokatorów). Oni jedli chipsy, gadaliśmy śmialiśmy się. Ja przerywałam na czas skurczy (obkładana na nerkach ciepłą gryczaną poduszką uszytą rano przez Wojtka – współlokatora). 

Lubek urodził się 1 stycznia, w niedzielę o 6 rano. 

Jeszcze w piątek miałam przekonanie że w najbliższym czasie nie urodzę. Termin miałam na 6 stycznia, ale wiedziałam że często pierwsze dzieci rodzi się po terminie. Nie miałam też żadnych skurczy przepowiadających. Dlatego też planowaliśmy na sylwestra pojechać na cały weekend pod warszawę do przyjaciół. 

Ale w sobotę o 5 rano obudziło mnie mokro- upewniłam się że to wody i obudziłam Przemka. Stwierdziliśmy że wody się tylko sączą, nie wypłynęły wszystkie. Nie miałam skurczy – chociaż trochę bolało mnie podbrzusze, jak przy okresie.  Dlatego uznaliśmy że trzeba iść spać- tak radzili w szkole rodzenia (niewiadomo ile potrwa poród więc lepiej spać póki można). 

Około 8 rano zadzwoniliśmy do naszej położnej. Która najpierw zareagowała dość ostro- dlaczego nie zadzwoniliśmy wcześniej. Ale zgodnie z prawdę powiedzieliśmy że wszystko było dobrze – wody bezbarwne, więc nie było powodu. Położna zjawiła się mnie zbadać i osłuchać. Dziecko w środku było w porządku, szyjka dalej długa. 

Daliśmy również znać mojej mamie która mieszka niedaleko i wcześniej już się zaoferowała że na znak przygotuje nam zupę „porodową” (pożywna zupa której ma być gotowy wielki gar dla rodziny rodzącej w domu żeby potem nie trzeba było gotować w panice). 

Rodziliśmy w domu. Decyzję o domowym porodzie podjęliśmy w ciąży, na samym początku. Gdy dowiedziałam się, że jesteśmy w ciąży zaczęłam myśleć nad porodem. Żaden ze szpitali które opisywały moje przyjaciółki nie wydawał się właściwy. Nidy nie leżałam w szpitalu, jako ogólnie zdrowa osoba rzadko miałam kontakt z opieką lekarską. Bardzo dziwnie czułam się myśląc że teraz miałabym wylądować tam w momencie takim ważnym i nowym jak poród. Jednocześnie ktoś przekazał mi informacje o porodzie w domu. Przegadaliśmy to z Przemkiem i poczuliśmy że to właśnie jest rozwiązanie dla nas. Nawiązaliśmy kontakt z położną, wykonywaliśmy wszystkie niezbędne badania. Wszystko na szczęście było w najlepszym porządku i nasz plan mógł zostać zrealizowany. 

Cała sobota upłynęła na oczekiwaniu porodu. Raz miałam skurcze, a raz nie. Czasem regularne, czasem nie. Wydawało mi się wtedy że dość mocne i że bolesne- ale z drugiej strony wiedziałam że nie  takie znowu jeszcze poważne. (mogłam w ich czasie rozmawiać itp.). Moją maksymą na ten okres było „będzie znacznie gorzej”.  Odbyliśmy spacer po okolicy, spacer do apteki kupić ostatnie sprawunki, wnieśliśmy do domu komodę z przewijakiem która od kilku dni czekała w samochodzie, poukładałam w niej ubranka. Ale porodu dalej nie było.

W ciągu dnia byłam na telefonie z położną. 

O 17 zgodnie z procedurą gdy poród zaczyna się od odejścia wód pojechałam na KTG do szpitala. Wizyta była całkiem przyjemna – w szpitalu cisza i spokój, zbadała mnie położna która była na zmianie ale która również przyjmuje porody w domu i która znałam ze szkoły rodzenia. 

Poleżałam pod KTG i pielęgniarka powiedziała że porodu nie ma  (chociaż ja zwijałam się z bólu musząc leżeć bez ruchu na łóżku przez chyba 40 min). Położna pocieszyła mnie że ważniejsze jest to czy ja czuję poród niż zapis KTG. Wszystko było Ok i wypełniłam formularz wypisania się ze szpitala na własne życzenie i własną odpowiedzialność (W szpitalu po 12 godzinach chcieliby mi wywoływac poród oksytocyną, podczas porodu w domu dają na to 24 godziny).

W drodze powrotnej powoli zaczęły się „prawdziwe” – mocne i regularne skurcze. 

Zgromadziliśmy się u mnie pokoju (Przemek oraz nasza dwójka przyjaciół – współlokatorów). Oni jedli chipsy, gadaliśmy śmialiśmy się. Ja przerywałam na czas skurczy (obkładana na nerkach ciepłą gryczaną poduszką uszytą rano przez Wojtka – współlokatora). 

Byłam cały czas na telefonie z położną (która od koleżanki bezpośrednio wysłuchała również raportu z badania mnie w szpitalu). 

Za jej radą poszłam posiedzieć w wannie. Gdzie dalej siedzieliśmy w czwórkę. Skończyła się ciepła woda w termie więc na zmianę moi pomocnicy latali gotować i dolewać wodę. Moi towarzysze na zmianę mierzyli czas skurczy i czas pomiędzy nimi- właściwie nie wiemy teraz dlaczego ale wydawało się ważne to ciągłe mierzenie. Zgodnie z zapowiedzią położnej w wannie skurcze stały się rzadsze i słabsze.

Wojtek i Ania podjęli decyzję że nie wybierają się na sylwestrowe imprezy tylko zostają z nami. 

Wpadła położna – sprawdzić czy wszystko ok. Umówiłyśmy się że ona będzie w okolicy i dam jej znać kiedy będę potrzebowała jej stałej obecności. 

 Po wyjściu z wanny Skórcze stały się mocniejsze (zgodnie z tym jak mówiła położna). Przemek pomagał mi je przetrwać mocno uciskając dół pleców. Bardzo ważne było dla mnie żeby był ze mną cały czas, nawet na chwilę się nie oddalał. Na szczęście byli Ania i Wojtek którzy biegali przynosząc herbatkę, jedzenie, picie, otwierając drzwi położnej itp.

Po północy zadzwoniłam do położnej że czuję że to moment żeby przyjechała. Gdy przyjechała położna Wojtek i Ania usunęli się na 3 plan. Resztę wieczoru spędzili razem – pracując na komputerach, gadając, od czasu do czasu sprawdzając czy czegoś nam nie potrzeba – serwując herbatki.

Położna siedziała na kanapie. Przemo cały czas był przy mnie, pomagał podczas skurczy. Położna zasugerowała kilka zmian pozycji. Ja głośno oddychałam, krzyczałam, rozluźniałam  się i odpoczywałam między skurczami. Jak wynikło jednak z badania szyjka skracała się bardzo powoli, powoli następowało rozwarcie… Po kolejnym okresie skurczy – tym razem siedzenia na piłce i kolejnym badaniu okazało się że nadal brakuje mi 1 cm… 

Jednocześnie skurcze spowolniły się… Odstępy były nawet 7-10 min. 

Położna zasugerowała że albo mogę je „rozchodzić” albo wykorzystać przerwy i razem z Przemkiem spróbować się zdrzemnąć.  Wybraliśmy tę drugą propozycję. 

Nie pamiętam ile to trwało. Spaliśmy – ja pomiędzy skurczami, Przemo obok nieprzerwanie (musiał być bardzo zmęczony bo podczas skurczy darłam się na całe gardło). Skurcze na leżąco bolały dużo bardziej. W pewnym momencie poczułam że już dłużej nie będę mogła, że już mam dosyć że to tak długo trwa. Powiedziałam o tym położnej która zachęciła mnie w związku z tym do tego żeby zacząć chodzić – i tym samym wywołać poród. 

Chodzenie zadziałało bardzo szybko. Natychmiast poczułam że to już parcie (główkę obijającą się o kanał, albo o coś innego czułam już leżąc na łóżku w niektórych skurczach). 

Ten moment był dla mnie najtrudniejszy. Kiedy przychodził ten dziwny skurcz nie wiedziałam co robić. Trochę wieszałam się na Przemie ale nie było to wygodne, usiadłam na toalecie, kucałam, klęczałam. Nie mogłam znaleźć sobie miejsca. Cała ta faza trwała jednak bardzo krótko. Położna zachęcając mnie do chodzenia mówiła że potrwa to do 2 godzin, potrwało znacznie krócej. Nie jestem pewna upływu czasu, ale chyba ze 30 min. Druga położna, która wzywana jest na II fazę porodu dotarła dokładnie w momencie kiedy potrzeba było dodatkowych rąk bo Lubek pojawił się na świecie. 

Położyłam się na łóżku (wcześniej klęczałam o nie oparta), na brzuchu położyły mi Lubka, Przemo usiadł tak żebym mogła się oprzeć. Tak spędziliśmy trochę czasu, potem położyłam się w łóżku, już z odciętą pępowiną, Lubek owinięty pieluchą , przytulony do mnie. Miał bardzo dobry odruch ssania więc przyssał się do piersi mocno, trochę bolało bo ja jeszcze nie zdarzyłam wyprodukować mleka na zaspokojenie tego ssania. 

 Wtedy do pokoju zajrzeli zgromadzeni w korytarzu – współlokatorzy oraz moja mama która zniecierpliowona że to tak długo trwa chwilę wcześniej przyszła do nas i razem ze współlokatorami w kuchni przy herbatce czekała na zakończenie. 

Po jakimś czasie położne zabrały Lubka, ubrały go. Lubek został położony tacie na klacie i poszedł spać. W tym czasie położna pomogła mi się  przemieścić do łazienki i obmyć się. 

Położna próbowała powiedzieć mi jeszcze kilka rzeczy, ale zaczęłam zupełnie odpływać. Zostawiła więc nas śpiących. Całą niedzielę nasz dom pogrążony był we śnie. Wszyscy odsypialiśmy noc. Lubek spał do wieczora, przebudził się tylko na chwilę na karmienie i spał dalej. Bardzo bardzo spokojny. 

My wieczorem zjedliśmy wspólny obiad na łóżku wokół śpiącego Lubeczka. Wieczorem wpadła również położna, dokończyła formalności oraz przekazała wszystkie informacje. W ciągu kolejnych dni wpadała jeszcze 2-3 razy – zrobić niezbędne badania, aby sprawdzić stan młodego, zmierzyć i zwarzyć, pomóc mi w karmieniu. Czułam się bardzo zaopiekowana. Mi okazała bardzo dużo uwagi i stawiała moje zdrowie i samopoczucie na pierwszym miejscu, ale również ważne albo i ważniejsze była była chyba miłość  i czułość którą okazywała Lubkowi od pierwszej sekundy jego życia. Zgotowała mu cudne i uważne przywitanie.

Kolejne dni to były dni dochodzenia do siebie, szeregu odwiedzin przyjaciół i rodziny oraz odwiedziny lekarki i położnej które dokonywały wszystkich niezbędnych badań poporodowych.   

To był dobry poród. Wszystko przebiegło w zgodzie ze mną i spokojnie. To, że byli ze mną bliscy było niezwykle ważne (nie tylko przemo ale i współlokatorzy). Wsparcie dwójki przyjaciół było w sumie nieoczekiwane (zgodnie z poradą położnej byli przygotowani że poród może przebiegać bardzo różnie, i że mogę mieć potrzebę samotności – byli gotowi ulotnić się z domu o dowolnej godzinie). A okazali się być wsparciem i dla mnie i dla Przemka.  Pomagali organizacyjnie, ale i psychicznie – wprowadzali przyjazną atmosferę, codzienności i normalności. Ważny był spokój całego otoczenia – Przemo oraz położna byli cały czas spokojni że wszystko przebiega tak jak powinno. Nasza położna – czujna i mająca wszystko pod kontrolą ale jednocześnie zrelaksowana i nieprzestraszona. Dzięki ich spokojowi ja również byłam zupełnie zupełnie spokojna. 
No i na koniec – bardzo ważna była dla mnie możliwość pozostania we własnym łóżku i pozostania w nim przez kolejny tydzień – kiedy to po tygodniu wyszliśmy na pierwszy krótki spacer. 

Magda i Ola

Magda i Ola

Co mi dały takie porody? 
Pozwoliły mi poczuć, że jestem kobietą, kobietą silną, mocną, dającą życie, przeszłam inicjację, poznałam tajemnicę życia. Kryzys w trakcie porodu był dla mnie granicą możliwości, którą musiałam  przejść, a jak już byłam po drugiej stronie zalała mnie fala energii. Teraz dopiero poczuła kim jestem, było mi ze sobą dobrze, poczułam pierwotną siłę.

Każda ciąża i poród nawet tej samej kobiety to kolejne światy, kolejne przestrzenie do poznania. Po pierwszej bardzo udanej ciąży i pierwszym mega umacniającym porodzie przyszedł czas na drugą drogę do przebycia. A druga ciąża… cóż… była dla mnie jak grom z jasnego nieba. Ledwo zaczęłam wychodzić na prostą, w pracy pojawiły się nowe szanse rozwoju, a tu taka niespodzianka. W stanie przejmującej depresji byłam przekonana, że urodzę w szpitalu. Stwierdziłam, że z takim nastawienie do ciąży, dobry i zdrowy poród nie ma szans zaistnieć. Aż tu nagle z dnia na dzień, spłynął na mnie taki błogi spokój… i cała schiza prysnęła. Bach i nie ma, rodzę w domu ☺ To tak jakbym wróciła do domu, wróciła do siebie, silnej i mocnej. 

Poród zaczął się w niedzielę, tydzień przed terminem, o 6-stej poczułam pierwsze skurcze, ale słabe, więc pospałam do 8, ale co chwilę budziłam się i je czułam. Obudziłam męża i Oliwkę, zaczęło się… Znowu wszystko bardzo szybko się rozkręcało, spakowałam Oliwkę, przyszła po nią nasza koleżanka, potem miała ją przejąć babcia. Na początku chodziłam i kręciłam biodrami tak jak za pierwszym razem i weszłam do wanny jak za pierwszym razem. W wannie czas płynął wolno, mi było ciężko, dyszałam, jęczałam, krzyczałam, w pewnym momencie wiedziałam już, że w tej wannie nie urodzę, postanowiłam wyjść, pochodziłam chwilę, przeżyłam 10 minutowy kryzys wisząc na Przemku (oczywiście taki sam jak wcześniej, że już dość, że nie idzie, że nie dam rady itd.)  i w ogóle nie w głowie było mi racjonalizowanie go i przypominanie, że już tak było i poszło dobrze. Kurcze, kryzys to kryzys, nie zrobię i już… a jednak robię i już. Przykucnęłam, złapałam się boków fotela i popłynęła, zniknęłam, skupiłam się tak absolutnie na odczuwaniu ciała, świata dla mnie nie było. I poczułam, że znowu to robię, rodzę, kiedy poczułam pieczenie, puściłam to, nie parłam, a główka sama wyszła (dzięki temu tym razem nie pękłam), kolejny skurcz i Olusia była już z nami. To było o 14-stej, czyli po 6 godzinach porodu właściwego. Odessałam ją tak jak Oliwkę. Opatuliliśmy ją, nie mogliśmy się napatrzeć, miała takie długie czarne włoski, kiedy pępowina przestała tętnić, zacisnęliśmy i odcięliśmy. Ogarnęłam się trochę, przyszła inna koleżanka, tym razem pielęgniarka, obejrzała krocze, pęknięcia nie było, a ja czułam się bosko ☺ Po dwóch godzinach urodziłam łożysko. Ola pięknie zaczęła ssać, została cudnie przyjęta na świecie.

Co mi dały takie porody? 

Pozwoliły mi poczuć, że jestem kobietą, kobietą silną, mocną, dającą życie, przeszłam inicjację, poznałam tajemnicę życia. Kryzys w trakcie porodu był dla mnie granicą możliwości, którą musiałam  przejść, a jak już byłam po drugiej stronie zalała mnie fala energii. Teraz dopiero poczuła kim jestem, było mi ze sobą dobrze, poczułam pierwotną siłę ☺

Dlatego chcę się tym dzielić i jeśli moje doświadczenie pomoże komuś choć trochę zmniejszyć strach przed porodem, to będzie to dla mnie wiele znaczyło. 

Zapraszam na mojego Funpage’a na FB:

http://www.facebook.com/pages/In-The-Future-Centrum-Samorozwoju/132519623574874?ref=hl

I oczywiście do kontaktu ☺

Bo my Kobiety, wiemy jak rodzić!!!

Magda i Oliwka

Magda i Oliwka

Oliwka pływała chwilę, otworzyła oczka i popatrzyła na nas spod wody, a mnie zalało uczucie mocy i siły sprawczej, zrobiłam to, urodziłam, jestem wielka.

Właściwie to ja od początku wiedziałam i czułam, że będę rodzić w domu. Nie wiem skąd ta pewność i ten spokój, i radość na myśl o rodzeniu. Pierwsza ciąża była bardzo wychciana i wyczekana. Początki były trudne ze względu na okrutne mdłości i wymioty, ale nic to „wrogów mrowie, nas garstka”, tak to sobie powtarzam jak mi ciężko. 

Do samego końca ciąży pracowałam, dobrze się czułam, miałam dużo energii, byłam zadowolona i uśmiechnięta, a przede wszystkim aktywna. 

Poród zaczął się na dwa dni przed wyznaczonym terminem, załatwiałam sprawy zawodowe na mieście, kiedy ok. 15 poczułam pierwsze delikatne skurcze, nie przejęłam się nimi specjalnie, dokończyłam pracę i wróciłam do domu. 

O 16-stej przyszedł mój mąż, miał przerwę w swojej pracy, a moje skurcze nasiliły się i były już do 6-7 minut. Na początku silnie je odczuwałam w krzyżu i wtedy zaczęłam kręcić biodrami i to było jak zbawienie. Mąż zwariował i zaczął spiesznie napuszczać wodę do wanny, wymyślił, że musi być przefiltrowana, więc pochłonęło go to bez reszty, narobił przy tym okropnego bałaganu, ale nic to. Ja w tym czasie chodziłam, jak zbliżał się skurcz przytrzymywałam się czegoś i zaczynałam kręcić biodrami. 

O 17-stej weszłam do wanny, skurcze były coraz częstsze i bardziej intensywne, w przerwach prawie przysypiałam, w wodzie było mi dobrze. Mój mąż bardzo mnie wspierał, słuchał tego co do niego mówię, sam niewiele się odzywał, nie doradzał, nie kombinował, po prostu towarzyszył. Kiedy przyszła faza kryzysu, a ja stwierdziłam, że już nie dam rady, niech to zrobi ktoś inny za mnie, że ja już wcale nie chcę tego porodu. Przemek rezolutnie zajrzał do książki „Odkrywam macierzyństwo” i takim zwyczajnym głosem powiedział, że teraz to taka faza i zaraz ona minie, i że jestem mega dzielna i dam radę. Oczywiście wtedy niewiele mi to pomogło, ale… dałam radę. 

Oliwka urodziła się o 20-stej, czyli po 4 godzinach właściwego porodu, pęcherz płodowy pękł przed samym urodzeniem, woda zrobiła się brudna, czułam jak przeciska się główka, przy następnym skurczu wyślizgnęło się całe ciałko. Pływała chwilę pod wodą, otworzyła oczka i popatrzyła na nas spod tej wody, a mnie zalało uczucie mocy i siły sprawczej, zrobiłam to, urodziłam, ja i moje ciało, alleluja, jestem wielka. 

Wyciągnęliśmy ją, odessałam jej wydzieliny z noska i ust, swoimi ustami, zaczęła płakać. I tu stety niestety włączyła się schiza mojego męża, przestraszył się, że Oliwka źle oddycha (bo faktycznie trochę charczała, ale to normalne przez pierwsze minuty zanim wszystko załapie), zadzwonił po naszą koleżanką, która jest położną. Kiedy przyjechała, odcięliśmy pępowinę, obejrzała Oliwkę, oczywiście wszystko było ok, opatuliła ją szybko, ja się w tym czasie umyłam i położyłyśmy się do łóżka, Oliwka zaczęła ssać, a ja nie mogłam się na nią napatrzeć. 

Gabrysia stwierdziła małe pęknięcie krocza, mąż zajął się załatwianiem lekarki, która przyjechała do domu i zszyła mnie na miejscu. W międzyczasie urodziłam łożysko.

Ok. 22 wszyscy sobie poszli i została nasz trójka, przejęta, uśmiechnięta, zdziwiona, zauroczona i mega silna.

Czułam się jak po rytualnej inicjacji przejścia, przekroczyłam osobiste granice i doszłam na szczyt i wróciłam do siebie, odnalazłam siebie.

Kinga i Nadia

Kinga i Nadia

Dziwne, że ludzie nie wierzą w Cuda, skoro codziennie rodzą się ich miliony.


Urodziłam w domu… udało się. Nigdy nie byłam z siebie taka dumna… Ale oczywiście zacznijmy od początku.

Myśl o porodzie domowym zagościła w mojej głowie na długo przed tym, zanim w ogóle zaszłam w ciążę. A jego realizacja spełniła moje wielkie marzenie o wyjątkowym prezencie dla ukochanej córeczki.

Zacznijmy jednak od tego, że początkowo w ogóle nie chciałam mieć dzieci, głównie z powodów ideologicznych. A także dlatego, że gdy tylko wyobrażałam sobie mój poród, oblewał mnie zimny pot. Moje wyobrażenia były dość standardowe jak na nasz kraj (choć, mam nadzieję, powoli się to zmienia) i wystarczająco przerażające, a jednak przecież nie pozbawione realizmu. Miałam więc świadomość szpitalnej maszyny, która mnie wchłonie i będzie decydować o tym, co dla mnie dobre, jak mam rodzić i – co było dla mnie najboleśniejsze – która najpewniej zabierze ode mnie dziecko zaraz po narodzinach. Gdy myślałam o takim Maleństwie zabranym prawie natychmiast (te przysłowiowe 5 minut na brzuchu nie przemawiało do mnie), bezosobowo obracanym, mierzonym, ważonym w obcym, jasnym, głośnym i zimnym otoczeniu, cierpiałam. Nie chciałam, aby takie były pierwsze chwile mojego dziecka na tym świecie. Nie chciałabym, aby żadne dziecko było tak witane, choć nie zawsze można tego uniknąć – na pewno jednak nie tak często, jak ma to obecnie miejsce. Myśląc o moim idealnym porodzie, zawsze widziałam półciemne pomieszczenie, ciche i swojskie. Nie czułam, że trzeba rodzić w szpitalu. Ale wydawało mi się, że nie ma od tego ucieczki.

Zaczęłam szukać – początkowo przyjaznych szpitali, ale nawet ten, który wydawał mi się jako tako przyjazny, był nadal szpitalem, czyli instytucją, w której tak naprawdę niewiele miałam do powiedzenia. Później znalazłam Dom Narodzin w Warszawie, jednak został zamknięty, zanim zaszłam w ciążę. Sprawa wydawała mi się beznadziejna i wtedy wpadłam na opcję porodu domowego, choć dziś już nie pamiętam, co mnie na nią naprowadziło.

 Jakbym doznała olśnienia. Przecież o to mi właśnie chodziło. Wspaniale. Zaczęłam więc zbierać wszelką, dostępną wiedzę na ten temat. Czytałam książki, wszystkie wynalezione artykuły, nawet forum poświęcone porodowi domowemu. Gdy kupiłam i przeczytałam „Urodzić razem i naturalnie” Ireny Chołuj wiedziałam, że tak właśnie chcę powitać moje dziecko na świecie. Płakałam ze wzruszenia nad tą książką. 

Zaczęłam powoli planować ciążę. Przestałam pić ulubione wino, odstawiłam pigułki kilka miesięcy wcześniej, zrobiłam badania, położyłam nacisk na zdrowy styl życia, dobrze jadłam, dużo spałam, cieszyłam się życiem. Zadzwoniłam więc do pani Ireny Chołuj, pytając czy mogłaby rodzić ze mną w domu. Rozbawiło ją to, że nie jestem nawet w ciąży i poleciła zadzwonić, gdy już będę w piątym miesiącu. 

Gdy zaszłam w ciążę zaczęłam na dobre przekonywać męża do pomysłu porodu domowego. Od początku o nim wiedział, ale póki co nie brał go na poważnie. Teraz zaczął wykazywać niepokój. Sam pomysł mu się podobał (szczególnie to, że nie będzie musiał zostawić nas w szpitalu i wracać samotnie do domu), ale bał się ogromnie, że słynne „coś” się nam stanie – mi lub Maleństwu. W końcu dał się przekonać rozsądnymi argumentami, liczbami, statystykami, no i podszeptem serca, mam nadzieję.

Szukaliśmy położnej. Pani Irena mieszka bardzo daleko od nas, więc delikatnie zasugerowała poszukać kogoś mieszkającego bliżej. I wtedy znalazłam Marię. Gdy tylko przeczytałam jej opis na stronie Dobrze Urodzonych, wiedziałam że to moja położna. Czułam to dokładnie tak, jak wiedziałam, że chcę urodzić w domu. Napisałam do niej maila, potem zadzwoniłam, wreszcie pojechaliśmy na spotkanie z nią i Kasią (naszą drugą położną). To spotkanie tylko mnie utwierdziło, że to jest kobieta z którą ja po prostu muszę rodzić. Nie mogło być inaczej. Tak zaangażowana, miła, wspierająca a jednocześnie profesjonalna, praktyczna i bardzo rzeczowa. Idealne połączenie, jakbym ją sobie sama stworzyła.

Przez całą ciążę pogłębiałam moją wiedzę na temat porodu, jego fizjologii, ale i możliwego ryzyka – wiedziałam, że ostatecznie mogę urodzić  w szpitalu, choć wydawałoby mi się to strasznym psikusem od losu. Poszliśmy do szkoły rodzenia (ale nie przyszpitalnej, o nie!). Przygotowywałam się mentalnie i psychologicznie – codziennie wizualizowałam sobie swój cudowny poród i pierwsze nasze spotkanie z córeczką. Nazwaliśmy ją Nadia – od lat to imię czekało na swój moment.

Zanim zaczęłam rodzić na dobre miałam dwa falstarty, więc owego wielkiego dnia wyprawiłam męża do pracy, mówiąc że jeszcze nic nie wiadomo i nie musi ze mną siedzieć. Zanim jednak pojechał, poszliśmy na spacer (była 6 rano i mroźny, pochmurny poranek). Gdy zostałam sama, wzięłam prysznic, a skurcze nie przeszły (bezbolesne, ale niezbyt miłe). Zamiast tego zaczęły się pokazywać regularnie co 7-10 minut. Zadzwoniłam do Marii, która uznała, że „może to już to, ale jeszcze nic pewnego i aby zadzwonić, gdy skurcze pojawią się co 5 – 7 min”. Poinformowałam więc Roberta, aby lepiej na wszelki wypadek powoli zbierał się i przyjeżdżał. Był o 10. Spędziliśmy przedpołudnie robiąc „porodowe calzone” z warzywami. Skurcze nie były uciążliwe, trochę mnie tylko wstrzymywały w działaniu, prawie ich nie zauważałam. Ok. 14 osiągnęły 5-7 minut, Maria oznajmiła „Chyba rzeczywiście się rozkręcasz, będę u Ciebie ok. 16, wcześniej mogę nie dać rady”. Nie zmartwiłam się, wszystko szło super. To było absolutnie naturalne, że jestem w domu, gotuję z mężem i rodzę. Nie miałam żadnego odruchu, potrzeby jechać do szpitala. Nawet się nad tym nie zastanawiałam. Wstawiliśmy porodową zupkę (doskonałe zalecenie dziewczyn, przydała się w pierwszych dniach połogu).

Tuż przed przyjazdem Marii wskoczyłam już na 3 minuty i skurcze zrobiły się nieprzyjemne. W swej naiwności zastanawiałam się, czy Maria na pewno zdąży na czas. Zdążyła, weszła z uśmiechem, wysłała Roberta po torbę do samochodu, zniknęła w łazience, a gdy się pojawiła sprawdziła, jak się ma Nadia. „Słyszysz jak bije? Serce jak dzwon”. Odeszły mi wody. Potem poszłyśmy do sypialni, zbadać na jakim jestem etapie. To był pierwszy i ostatni raz, gdy Maria badała mnie na leżąco. Dotychczas świetnie radziłam sobie z bólem, ale przy tym skurczu pierwszy raz krzyknęłam. Dobitnie zrozumiałam, że rodzenie na leżąco jest absolutnie nienaturalne, no i takie bolesne! 

4 centymetry. Dopiero! A ja myślałam, że już z 6. Maria tylko się uśmiechnęła i powiedziała, że to już 4.

Nadia była wysoko w kanale, nie napierała na szyjkę, wszystko więc szło wolniej niż można się było spodziewać. Musiałam ją obniżyć. Skakałam na piłce, pojadając między skurczami calzone i śmiejąc się w głos z żartów Roberta. Maria uznała, że zupełnie nie wyglądam na rodzącą. Śmiała się, że mam „niezły spust” i raczyła zabawnymi opowieściami. Chichotałam tak, że brzuch mnie bolał. Strasznie mnie wszystko bawiło. Gdy skurcze wzmocniły się, przestałam się śmiać, ale wciąż radziłam sobie dobrze. Zamknęłam się we własnym świecie, w którym towarzyszył mi Robert. Pomagał mi się rozluźnić w czasie skurczu, przypominał o spiętych ramionach, o uśmiechu. Przytulał, a w coraz krótszych przerwach, rozmawialiśmy o codziennościach, żartowaliśmy, trochę romansowaliśmy (pocałunek w czasie porodu jest namiętny i niewinny zarazem. To niezwykłe połączenie). Byłam bardzo skupiona, trochę mruczałam, pojękiwałam, oddychałam głośno. Maria siedziała sobie na sofie, czytając. Co jakiś czas słyszałam jej spokojne uwagi „Puść ją, rozluźnij się. Dobrze, Świetnie ci idzie. Luźniutko” Zjawiała się co jakiś czas, aby zapytać, czy czegoś mi nie brak, przynieść rozgrzaną fasolkę na podbrzusze, ciepłą zupkę do popicia, zbadać Nadinkę. Czasem musiała oczywiście badać i mnie, jednak robiła to już w pozycji kucznej i tak rzadko, jak tylko mogła. Tak naprawdę była i czuwała nad nami, jednak rodziliśmy sami. To niezwykłe, jak czuliśmy się przy niej swobodnie. Jakbyśmy znali ją od lat. 

Osiągnęłam już 6 centymetrów, jednak Nadia źle wstawiała się w kanał. Musiałam więc położyć się na lewym boku, aby jej pomóc. Robert usiadł na łóżku, a ja ułożyłam się w pozycji półleżącej na nim. Od tego momentu poród przeszedł na kolejny, bardzo nieprzyjemny etap. Płakałam przy każdym skurczu, były ogromnie bolesne. Trudno było mi się rozluźnić, na szczęście mąż wytrwale mnie wspierał. Maria zaproponowała łagodnie, abym spróbowała się przespać między skurczami. Nie widziałam takiej możliwości. Przerwy wydawały mi się krótkie, ledwie się wyciszałam. Maria spytała, czy przygotować mi kąpiel. Pamiętając wszystko, co przeczytałam na temat kojącego wpływu wody, zgodziłam się natychmiast i poszłam do kąpieli, gdy tylko okazało się, że Nadinka ustawiła się odpowiednio.

Etap kąpieli zapamiętałam jako chaos, na który nie byłam przygotowana. Woda zupełnie mi nie pomagała, a może pomagała, tylko poród przyśpieszył i wydawało mi się, że nie działa.

Nadia opuściła się wreszcie w kanale a ja szybko wskoczyłam na 8 cm i wszystko zaczęło dziać się równocześnie – poczułam parcie, które musiałam jeszcze powstrzymywać (Maria pozwoliła mi lekko popierać, jednak to nie pomagało) a skurcze zamieniły się w istny huragan w moim ciele, którego nie potrafiłam sobie nigdy wyobrazić. Miałam wrażenie, że wokół mojej miednicy zaciska się obręcz, bolało nie tylko podbrzusze, ale i krzyż. Czułam, że zaczyna mnie ogarniać rozpacz na myśl o kolejnym skurczu, czułam że psychicznie odlatuję. Robert nie wiedział jak mi pomóc (to jego relacja, ja nie pamiętam z tego okresu prawie nic prócz bólu, nie zauważyłam, że był cały mokry, nie wiem kiedy do końca się rozebrałam). Wiedziałam, że Robert jest przy mnie, ale był poza moim zasięgiem. To z jego relacji wiem, że Maria powoli przygotowywała sobie sprzęt potrzebny do podwiązania pępowiny i do ew. nacięcia krocza, że zapala świeczki, aby stworzyć nastrój. Ja nic z tych rzeczy nie widziałam. Czułam, że wszystkie moje zmysły są nastawione na skurcz i jego przetrwanie. Słyszałam jak Maria mnie przywołuje spokojnie, ale stanowczo, jakbym zaczęła odpływać. Porozumiewałam się podniesionym, pełnym głosem, cała byłam w emocjach, jechałam na adrenalinie i nie mogłam się zatrzymać. Nie byłam przygotowana na taki ból, myślę że nie mogłam się na niego przygotować. To, co mi pomogło to wiedza, którą zebrałam. Gdzieś z tyłu głowy wiedziałam, na jakim etapie jestem, co się ze mną dzieje, że to fizjologia, że nie umieram, że to kryzys, czyli że blisko. Tylko dzięki temu trzymałam się, inaczej ten ból by mnie pochłonął. Trudno mi do dziś uwierzyć w opowieści o porodach bez krzyku (ja byłam niestety ochrypnięta następnego dnia. Kilka razy nachodziła mnie mglista myśl, co też myślą sobie sąsiedzi), o ekstazie nie wspominając. Ale pewnie miałam mniej szczęścia, może niższy próg, a może to te bóle krzyżowe? Nieważne. Ból był obezwładniający, a jednak nawet wtedy mignęła mi myśl, że nie zamieniłabym tego porodu na znieczulenie w szpitalu. Może zresztą i tak bym go nie dostała, było już za późno.

Gdy osiągnęłam 10 cm, Maria poszła wpuścić Kasię do domu (która ledwo zdążyła na parcie, tak przyśpieszyłam). Ja w tym czasie zadecydowałam, że nie chcę rodzić w wodzie i uciekłam z łazienki. W przebłysku wrodzonego poczucia humoru zaśmiałam się między skurczami, myśląc jaką Maria musi mieć minę. Uciekłam do sypialni. W drodze kolejny skurcz powalił mnie na kolana. Spytała, czy chcę stołeczek porodowy, czy urodzę w kucki. Chciałam stołeczek (porozumiewałam się stylem telegraficznym i głośno: „Stołeczek!”)

Robert usiadł na łóżku, ja na stołeczku przed nim, dziewczyny na podłodze przede mną. Skurcze parte, choć wydawało się to niemożliwe, były jeszcze gorsze niż poprzednie. Obręcz zaciskała się wokół całej mojej miednicy. Za każdym razem wyprężałam się i krzyczałam. Nie mogłabym tego powstrzymać, nawet gdybym chciała, głos wydobywał się z całego mojego ciała. Miałam tylko jeden cel, urodzić i jak najszybciej to  zakończyć. Wszyscy mnie wspierali, to już pamiętam. To ogromnie pomagało „Świetnie Ci idzie” „Wspaniale rodzisz”, „Jeszcze trochę, przyj jeszcze”. 

Ponieważ ćwiczyłam całą ciążę mięśnie Kegla, wiedziałam dokładnie którą częścią ciała przeć i parłam tylko nią. Dziewczyny były pod wrażeniem „Ale jesteś silna, wspaniale, zaraz urodzisz, jeszcze raz, dawaj, dawaj!” Taki doping to po prostu nieoceniony skarb. Robert ściskał mnie za ręce, cały był już w takich emocjach, że niewiele mówił, ale czułam, że jest ze mną. W tym wszystkim pamiętam, jak Maria popijała kawę w swobodnej pozie i skandowała wspierające hasła. Pomyślałam „skoro popija kawę, to wszystko jest ok”. To był niecodzienny widok. Spytałam (wykrzyczałam) „Długo jeszcze!?” Powiedziała, że nie i zaproponowała, abym dotknęła główki. Była mięciutka i – wydawało mi się – strasznie daleko w kanale. „Strasznie daleko!” (pamiętajmy o telegraficznym, krzyczącym stylu porozumiewania się). Spięłam wszystkie siły, nawet psychiczne. Nadinka zjawiła się na naszym świecie o 22.51. 

Przez ułamek sekundy, w tym szoku nie zrozumiałam, że to już. Złapałam ją w ramiona. Jaka była cieplutka, jaka mięciutka, wspaniała. Chłonęłam ją wszystkimi zmysłami. Pytałam Roberta – już cicho – czy ją widzi, jaka jest piękna. Widział, usłyszałam w jego głosie ogromne wzruszenie, płakał. Nadia patrzyła na nas załzawionymi, lśniącymi, granatowymi oczkami. Absolutnie idealna, taka, jaka przybyła. Nie płakała (zakwiliła tylko, gdy Maria oczyszczała jej nosek). Miałam wrażenie, że panuje idealna cisza i że istniejemy tylko my i nasza córeczka.

Maria ułożyła mnie z Nadią na piersi i zbadała. Byłam podwójnie szczęśliwa, bo obeszło się bez nacięcia. Ani jednego szwu. Tak miły obrót spraw zawdzięczam położnym, które po mistrzowsku przeprowadziły mnie przez moment wyłaniania się główki (to był najtrudniejszy etap), ale i dzięki masażowi krocza, który mnie wyczuwalnie przygotował i uelastycznił. Maria śmiała się, że chyba jeszcze nie miała takiej podopiecznej, która by regularnie, codziennie robiła ów masaż 3 razy (zrobiłam go nawet rano w dniu porodu, bo nie byłam pewna, czy to na pewno już).

Nadinka leżała sobie spokojniutko, troskliwie okryta na moich piersiach, aż urodziłam łożysko. Gdy pępowina przestała tętnić, dumny tata dokonał przecięcia i tak sobie siedzieliśmy, patrząc z dumą na nasze Maleństwo. Maria zaproponowała w końcu, abyśmy sprawdzili, czy to na pewno dziewczynka. W ogóle o tym zapomnieliśmy, a dziewczyny nie zdradziły się, co zobaczyły. To była dziewczynka, nasza Nadulka. Co za radość!

Nadia zjadła swój pierwszy posiłek (Kasia trochę się natrudziła, aby pomóc jej ssać, ale w końcu załapała) i zasnęła. Te pierwsze dwie godziny jej życia były takie, jakie sobie dla niej wymarzyłam. Śpiącą zostawiłam w łóżku i poszłam wziąć ciepły, oczyszczający prysznic. Otrzymałam reprymendę od Marii, bo zamiast się na niej wesprzeć wyskoczyłam z wanny i podskakiwałam na jednej nodze, łapiąc równowagę („W dwie godziny po porodzie!?”). Ale czułam się świetnie, po prostu fantastycznie, pełnia sił, a endorfiny buzowały (opadły z lekka następnego dnia i wtedy okazało się, że moje ciało jest absolutnie zmęczone, a wszystkie mięśnie obolałe). Ubrałam się i zrobiliśmy sobie z Robertem późną herbatę. W roztargnieniu opadłam całym ciężarem na twarde krzesło, ale o dziwo poczułam tylko lekki dyskomfort. Coś niesamowitego! Prawie jakbym nie rodziła przed kilkoma godzinami! Cały ten okropny ból minął jak ręką odjął. 

Maria sprawdziła jeszcze, czy u Nadijki wszystko w porządku, czy ja dobrze się czuję, czy Robert ma się dobrze, pożegnała się i wyszła.

Wtedy zeszły z nas emocje. Głownie z Roberta. Jak sam powiedział końcówka była dla niego bardzo ciężka, nie mógł mi pomóc, a naprawdę cierpiałam. Ale był też szczęśliwy. Powiedział, że nie wyobraża sobie porodu w szpitalu.

Każdego dnia myślę, jakie Nadia miała szczęście, że przyszła na świat w tak sprzyjających warunkach. Każdego dnia cieszę się, że tak rozpoczęła życie i jestem wdzięczna Losowi, że udało mi się ją bezpiecznie urodzić w domu.

Mimo tych ostatnich godzin pełnych bólu i rozpaczy wspominam poród pozytywnie, a już po wyjściu Marii odnaleźliśmy kilka godzin nieba na Ziemi. Leżeliśmy obok naszej córeczki i chłonęliśmy ją wzrokiem. Od tego czasu zachwyca i zadziwia nas niezmiennie. Oby wszystkie dzieci mogły liczyć na taki start.

Dziwne, że ludzie nie wierzą w Cuda, skoro codziennie rodzą się ich miliony.

Magda i Tymon

Magda i Tymon

 Wielkim przełomem był moment, kiedy „zwisałam” na linie i widziałam siebie jako Afrykańską kobietę, rodzącą pod drzewem, silną, nagą, samą. To była mega wizualizacja, jak jakaś wizja na haju – dlatego twierdzę, że urodziłam głównie głową.

Kiedyś myślałam, że poród to coś absolutnie okropnego, wielki ból i wielka niesprawiedliwość kobiecego losu. Dziś wiem, że to przeżycie bardzo umacniające i dodające mnóstwo siły, pewności siebie, poczucia harmonii – jeśli odpowiednio się go doświadczy…

Urodziłam dwóch synów naturalnie, choć w pełni naturalnie dopiero po raz drugi. Ten drugi poród nie byłby jednak taki, jaki był, gdyby nie to pierwsze doświadczenie i miks emocji z nim związany – z jednej strony swego rodzaju euforia poporodowa, ale szybko przygaszona przez totalny dół obcowania z noworodkiem i niemożność wykarmienia go, i też poczucie, że miało być tak pięknie, a było całkiem ok i to tylko dzięki interwencji męża.

Drugiego synka urodzić postanowiłam w Sokółce. Słyszałam wiele miłych opowieści i chciałam bardzo urodzić w wodzie. Priorytetem było również karmienie piersią, co niestety nie powiodło się ze starszym synkiem. Poród zaczął się podobnie jak za pierwszym razem – małe skurcze, nie byłam do końca pewna czy to na pewno już TO, były dość regularne, ale nie intensywne. Pamiętam, że trwał niedzielny wieczór, byli u nas rodzice i jedliśmy szarlotkę. Skurcze się nasilały, na wszelki wypadek spakowałam więc torbę ze szpitalnymi rzeczami i postanowiliśmy udać się do znajomej położnej, aby mnie zbadała i osądziła, czy warto już wyruszać do Sokółki. Okazało się, że warto, trzeba nawet, bo 3 cm… No to pojechaliśmy. Nie spieszyliśmy się za bardzo, było bardzo ciemno, w radiu jakaś psychodeliczna muza – pamiętam jak jechałam na tylnym siedzeniu, miałam zamknięte oczy i próbowałam zwizualizować sobie piękny poród w wodzie. Było dość mistycznie. W szpitalu pustki, weszliśmy jakimś bocznym wejściem, w powietrzu unosiła się taka senna atmosfera, miałam wrażenie, że nikogo tam nie ma oprócz nas. Zaprowadzono nas do pokoiku, gdzie poznaliśmy położną, z którą będziemy rodzić. Miła pani, skojarzyła mi się z Ireną Chołuj, emanująca spokojem – było dobrze. Z uwagą prześledziła z nami nasz plan porodu – tym razem spisałam wszystko i wyjaśniłam jak bardzo zależy mi na w pełni naturalnym porodzie – bez jakichkolwiek ingerencji, bez pospieszania. Położna powiedziała, że tak będzie skoro tego chcemy i uwierzyłam jej. To była wielka ulga. Zostawiła nas samych, przychodziła co jakiś czas spytać czy chciałabym zostać już zbadana, czy czuję zmianę. Długo nie czułam, postanowiłam więc brać się do pracy – i Piotrka włączyłam w to też, więc aktywności przeróżne były: wanna, masaże, piłka, spacery, w przerwach Piotrka czytanie na głos Ireny Chołuj, lina… Mijały te godziny i mijały, i bardzo mało się działo w kwestii postępu rozwarcia. Trochę się już zaczęłam obawiać i kiedy położna delikatnie zasugerowała mi, że jeśli nic się nie zmieni w przeciągu kolejnych 2 godzin to może pomyślimy o oksytocynie postanowiłam: ok, moja ostatnia szansa. Aby doprowadzić ten poród do takiego końca, jak chcę. To postanowienie dodało mi energii i zaczęłam bardzo się skupiać, uruchomiłam wyobraźnię, koncentrowałam się na każdej zalewającej mnie fali skurczów – pamiętam jak powtarzałam: ok, niech to trwa, przyjmij to, nie walcz z tym, niech to będzie, ok – już odeszło, na chwilę. To było takie MOJE. Piotrek był obok, ale tym razem czułam, że tylko ja sama mogę sprawić, aby ten poród był dobry, aby nikt mi tu nie wlazł i tego nie popsuł. Wlazłam ponownie do ciepłej wanny, bolało już bardzo, bardzo, i znowu ten ból mieszał mi się z jakimś łaskotaniem, chciało mi się śmiać. Czułam, że coś się zmienia. Kiedy te „fale” obezwładniły mój umysł wiedziałam, że na pewno się otwieram i że będzie dobrze. Wielkim przełomem był moment, kiedy „zwisałam” na linie i widziałam siebie jako Afrykańską kobietę, rodzącą pod drzewem, silną, nagą, samą. To była mega wizualizacja, jak jakaś wizja na haju – dlatego twierdzę, że urodziłam głównie głową. ☺ Po sesji z liną było już ostro i ledwo dolazłam do pokoju naprzeciwko, gdzie była wanna i gdzie koniecznie chciałam wypuścić ze mnie Tymona. 8 cm i wanna napełnia się wodą. Wszędzie cicho, przygaszone światło, tylko ja, Piotrek, nasza położna i jakaś druga – obie ciche, jakby obok, pełen szacunek, sytuacja idealna. Byłam już w wannie, kiedy nagle do sali wtoczyła się dziewczyna krzycząc, że rodzi i że to już-już, zostałyśmy oddzielone kotarką i położne zajęły się nią. To wprowadziło trochę zamętu, dziewczyna strasznie krzyczała, a ja czułam już Tymona napierającego i kazałam Piotrkowi coś zrobić, kazać się jej zamknąć, zawołać tu kogoś, do mnie. ☺ Tamta akcja trwała dosłownie kilka minut i nasza położna przybiegła do mnie… Ból był przeogromny i w końcowej zupełnie fazie nie mogłam się powstrzymać i zaczęłam pokrzykiwać. Piotrek zrobił coś fajnego i wyszeptał mi: krzycz jak masz chęć. Wrzeszcz. No to zaczęłam… Ulga to była cudowna, swoboda, zero zahamowań, czułam, że to już bardzo blisko, i do końca chciałam to zrobić sama, nie mogłam znieść dotyku Piotrka, nie chciałam, żeby mnie masował, a w jakimś końcowym akcie złapałam położną i ścisnęłam mocno bardzo (to ciekawy symbol – kobieca solidarność, chciałam kobiecego dotyku). Tymon wyszedł, od razu go przytuliłam – był taki cieplutki, śliski, cudowny. I na tym etapie też pozwoliłam sobie na totalną swobodę i upust emocji – zalałam się łzami, i Piotrek chyba trochę też. ☺ Za chwilę urodziło się łożysko, byliśmy wciąż w wannie, czułam się cudownie i chciałam po prostu wstać i pójść sobie już do domu… Krocze nie ucierpiało nic a nic, nie nacięto, nie pękło. Później, już w sali poporodowej, Tymi leżał przy mnie jeszcze długo, karmiłam go piersią i przeszczęśliwa byłam. Udało się. Niesamowite to było doświadczenie. Dużo mocniejsze niż pierwszy poród – intensywniejszy ból, ale doznanie bardziej świadome, intymne, takie moje własne. 

„Drugi poród – w pełni naturalny – świadomy, intymny, taki MÓJ WŁASNY. Nie byłby taki, gdyby nie to pierwsze doświadczenie i miks emocji z nim związany.” 

Filipowa ciąża, z małym wyjątkiem na samym początku, to był czas mojej wielkiej aktywności, przypływu energii, intensywnej pracy – czułam się wspaniale, lubiłam jak wyglądam, jak się zmieniam, wreszcie poczułam się kobietą. Nie dziewczynką. Podobałam się sobie i mojemu mężowi też. ☺ O porodzie na początku starałam się w ogóle nie myśleć, myślę, że trochę się bałam. Nigdy nie słyszałam pozytywnej historii związanej z czyimś porodem, w mojej rodzinie kobiety miały najczęściej cesarskie cięcie (mama, ciocie, kuzynki), a te które rodziły naturalnie raczej nie doświadczyły niczego wyjątkowego: „szybko się zapomina, jak zobaczysz dziecko przejdzie Ci cały ból, no cóż…taki nasz los, kobiety muszą cierpieć” – tego rodzaju informacje przeważały i takie miałam mocno zakodowane w głowie. Zmiana zachodziła stopniowo, zaczęłam poszukiwać, czytać, pierwszym impulsem był film „Porodowy biznes”. Pierwszy raz zobaczyłam i usłyszałam, że poród to może być coś pięknego, że nam to odebrano i wmawia się, że to jakiś niebezpieczny, niemal chorobowy, stan i taki ryzykowny. Zaciekawił mnie temat porodów domowych, później była lektura Ireny Chołuj „Urodzić razem i naturalnie” i potem już wiedziałam jak chcę rodzić i poczułam wielką równowagę i spokój. Było nie do końca tak jak być miało. Przede wszystkim zupełnie nietrafiony wybór miejsca. Przyjechaliśmy do Białegostoku kilka tygodni przed porodem (mieszkaliśmy wcześniej w innym mieście) i zbyt mało miałam informacji o tym jak się rodzi w poszczególnych szpitalach. Sądziłam, że wybierając prywatną klinikę będę traktowana z szacunkiem i będę mogła decydować o tym jak chcę rodzić. Już w trakcie wizyt tuż przed porodem opowiadając lekarzowi o moich porodowych potrzebach słyszałam teksty w stylu: „ale jak to, bez znieczulenia? Przecież mamy najlepsze w regionie… Na kole porodowym? A proszę bardzo, ale zazwyczaj nikt się nie decyduje, bo to niewygodnie…” Teraz wiem, co miał na myśli – niewygodnie dla niego, lekarza. W ogóle niewygodnie kiedy „pacjentka” rodzi naturalnie, nie wiadomo co tu robić, jakieś powikłanie by się przydało, cięcie najlepiej i z głowy. 
Kiedy więc poczułam pierwsze skurcze – w pewną upalną lipcową noc postanowiłam jak najdłużej zostać w domu, aby przypadkiem lekarzowi nie przyszło do głowy wtrącić się w mój poród. Skurcze miałam ponad dobę, dość silne, pamiętam, że poszliśmy z Piotrkiem – moim mężem – na długi spacer o 5 rano i wiedziałam, że Filip chce już wyjść. Musiałam stawać co chwilę i kołysać biodrami, nie mogłam spokojnie iść. Dużo czasu miałam, aby się z tymi skurczami zaprzyjaźnić, popróbować co sprawia, że łatwiej mi je znieść – kołysanie biodrami było super. ☺ Do kliniki trafiliśmy wieczorem, lekarz ogłosił 3 cm rozwarcia i „że chyba mamy dziś randkę” = dziś rodzimy, „ale pani Magdo, do 23 to już pani ma urodzić, bo piątek i do domu chcę iść”. To taki żart, popularny TAM, ale w moim odczuciu w ogóle nie śmieszny i mało subtelny. Na dzień dobry dostałam informację: zróbmy to jak najszybciej. Nikt z nami nie rozmawiał, nie przedstawił się. Położne gawędziły między sobą, usadziły mnie na łożu, podłączyły oksytocynę i kątem oka zauważyłam, że szykują strzykawę. Ze znieczuleniem. Byłam przerażona, runęło wszystko, nikt mnie nawet o nic nie spytał, nie mogłam w to uwierzy, w ogóle nie rozumiałam co się dzieje i gdyby nie wkroczył do akcji Piotrek chyba bym się poddała totalnie… Zaczął z nimi rozmawiać, wyjaśniać, że my nie chcemy znieczulenia, że chcemy aktywnie i że czujemy się do porodu przygotowani. Zmiana była totalna, położna nagle się nami zainteresowała, zaczęłyśmy rozmawiać, zlazłam z łóżka, mogłam chodzić, było lepiej. Myślę, że obie strony były ofiarami: my rutynowego podejścia i traktowania jak większość, która wybierając prywatną klinikę liczy na szybko, ładnie i przyjemnie/położne – bycia poniekąd zmuszonymi do takiego traktowania rodzących. Później okazało się, że nasza położna to przecudowna osoba, wielka propagatorka naturalnych porodów, pracująca również w innym szpitalu, gdzie walczy o to, aby kobiety mogły rodzić w wertykalnych pozycjach i jest przeciwna nacinaniu krocza. Zaiskrzyło między nami i odzyskałam nadzieję na to, że to będzie być może jednak dobry poród. Bolało, skurcze atakowały mnie z wielką siłą- nie byłam gotowa na taką zmianę, a po oksytocynie po prostu spłynęły na mnie z podwójną siłą. Za plecami słyszałam dyskusję z lekarzem, który pytał zdziwiony: „to dziewczyna jeszcze nie znieczulona??” i później zapowiedź, że anestezjolog tylko do 22 i ostatnia szansa. Był moment krytyczny, kiedy już nie mogłam stać, trzęsły mi się nogi, chyba też płakałam i Piotrkowi trudno było na to patrzeć, powiedział: „może jednak weźmiemy znieczulenie”? Zapytał mnie tylko raz, ale za chwilę postanowiliśmy, że jednak nie. Byłam pod prysznicem, pamiętam wielką ulgę i moje okrzyki, że jest cudownie i zostaję tu i chcę tu urodzić. ☺ W fazie ostatecznej byłam na łóżku, mocno ściskając Piotrka – w ogóle to był taki poród, kiedy bardzo go potrzebowałam i czułam, że bez niego nie dam rady (to ciekawe, bo przy drugim było zupełnie odwrotnie!). 
Byłam totalnie w innym świecie, pamiętam mgłę na oczach i bycie na totalnym haju, wygadywałam głupoty, położne się śmiały i ja często też. To było takie dziwne przeżycie…wielki ból, ale i coś miłego obok, ale jednak było to obezwładniające i byłam gdzieś daleko. Zdążyliśmy rzeczywiście przed 23, choć pan lekarz bywał zniecierpliwiony i chciał wkroczyć kiedy nie szło mi za bardzo z parciem… Nie obeszło się też bez cięcia, choć wtedy już i tak nie bardzo kontaktowałam i chciałam już tylko szybko urodzić. Filipa dostałam tylko na chwilkę – pamiętam, że był bardzo śliski, skojarzył mi się z płatem ryby. Nie było nawet czasu się wzruszyć, za chwilę mi go zabrano – ważenie, mycie, itd… Dostałam go znowu już owiniętego – mimo to była to ekstaza totalna, tak dziwnie było go trzymać w ramionach, czułam te same ruchy, które jeszcze do niedawna odczuwałam w brzuchu tak inaczej, na zewnątrz. Do piersi przystawiłam go sama, niemal po kryjomu, bo panie położne stwierdziły, że przecież głodny nie jest, że musi odpocząć… Z tego samego powodu zabierali dzieci na noc – aby mama mogła odpocząć. A ja spać i tak nie mogłam, tyle emocji… Mimo wszystko pamiętam uczucie wielkiej ulgi, dumy, radości… Choć żałuję też, że nie zawalczyłam bardziej. I że w ogóle walczyć trzeba było o naturalny poród…
Gosia i Bianka

Gosia i Bianka

Mama, wykształcona położna-nauczycielka pyta: – Sprawdzić Ci rozwarcie? I tu konsternacja – Czy dać własnej matce zaglądać sobie w cipkę (waginę, pochwę, miejsce intymne, jak kto woli)?

Poród po raz drugi (z przebłyskami z pierwszego)

Czy idealny? Może nie na 100, ale na 75 procent. Albo nawet 85.

Następny (którego nie będzie) odbędzie się w domu, w wannie i dostanie notę 120. Pierwszy, dużo mniej świadomy – z mojej strony i niestety ze strony szpitalnego personelu. Jednak oba momenty wyodrębnienia ciałka z ciała zostaną na zawsze w moich wspomnieniach jako najbardziej delikatne i kruche w swej istocie emocje przeżywane przez człowieka, przeze mnie. Chwile, które rozciągały się w poprzek czasu i puchły ogromem szczęścia. Słowo „szczęście” jest za małe. Nie ma innego słowa. Jest tylko dziejący się cud…

Ale od początku. Wszystko zaczęło się od płaczu (mojego), kiedy dowiedziałam się, że jestem w ciąży. CO? JA? ZNOWU? To przecież niemożliwe! To był 26 dzień cyklu! Pierwszego cyklu od (9+7…) 16 miesięcy! A jednak. Małżonek dowiedział się przez telefon. Ja płakałam, on skakał z radości.

Potem ciąża. Klasycznie 266 dni. Dokładnie.

Trzy terminy porodu od 8.07 (z miesiączki) do 29.07 (z 1-go USG). Mój osobisty wyliczony termin wskazywał na 19.07. I co? Zaskoczenia nie było. Upalnej nocy z 18 na 19 lipca zaczęły się skurcze. A dokładnie tak od 5, 6 rano. (Informacja: Skurcze były w Białymstoku, mąż w Warszawie, a poród miał być w Sokółce.) Skurcze „przechodziłam” w domu rodzinnym, stały się tego dnia przerywnikiem zwykłych codziennych zajęć. Wyobraźcie sobie: cudny lipcowy gorący dzień, książka w ręku, taras, wygodne krzesło z poduszką pod plecy, woda ze słomką na stoliku i dwie babcie skaczące nad starszym 16-miesięczniakiem, przyjemny chłód w domu i postawione pod nos jedzenie (nie pamiętam kompletnie co. Przed pierwszym porodem mój ostatni posiłek to własnej roboty krem z brokuł <brokułów?>, wtedy jeszcze na kostce.)

Skurcze raz słabsze raz mocniejsze, w którymś momencie zaczęłam zapisywać. (Notatki gdzieś są.) Co pół godziny. Około godziny 17 zrezygnowałam z wątpliwości, że to może przepowiadające i wykonałam telefon do małżonka: „Po pracy od razu przyjeżdżaj. Zaczyna się.” – informacja brzmiała jak w filmie. Kończył o 18. Przed 19 dzwonię do niego i pytam gdzie jest, a on, że w sklepie. Już przy kasie. – Co?! Ja rodzę, a Ty w sklepie przy kasie?! – No tak kochanie, przecież chciałaś dwie butelki wody (czyta listę napisaną własnoręcznie przeze mnie) i… – Wychodź z tego sklepu i przyjeżdżaj natychmiast! Ja mam skurcze co 10 min, a przed Tobą 180 km drogi! Nie rodzę bez Ciebie! – Nie pamiętam, czy kupił tę wodę. Chyba tak. Chyba się tłumaczył, że stojąc przy kasie nie warto było już wychodzić.

Ja w międzyczasie postanowiłam wskoczyć do wanny i sprawdzić czy się uspokoją. Siedziałam tam tyle, ile przewidywała jakaś mądra rada (czyli nie dłużej niż 45 min). W tym czasie wyśpiewałam pełnym głosem wszystkie znane piosenki harcerskie, przyśpiewki i rockowe polskie (no, może nie wszystkie, ale te najgłośniejsze, łącznie z „Wiła wianki” i „Orła cień”). W jakimś momencie z daleka usłyszałam krzyk babci: I jak z nią?, Tato który się krzątał w pobliżu łazienki odkrzyknął: Ciągle śpiewa!

Uspokojone nieco skurcze w wodzie, po wyjściu nasiliły się!

20:45, skurcze stanowczo co 5 min. Mama, wykształcona położna-nauczycielka pyta: – Sprawdzić Ci rozwarcie? I tu konsternacja – Czy dać własnej matce zaglądać sobie w cipkę (waginę, pochwę, miejsce intymne, jak kto woli)? Co prawda zaglądała tam najpierwsza z całego świata (cały świat nie zdążył tam jeszcze zajrzeć do tej pory, na szczęście), a dodatkowo to w końcu całkiem wyjątkowa sytuacja. Z jej profesji. Popatrzy na mnie jak na każdą inną pacjentkę, a nie jak na… sama nie wiem. Kurczę, co robić? W końcu argumenty medyczno-pragmatyczne (cokolwiek to znaczy) zwyciężyły. No dobra, raz kozie śmierć. – Luźna czwórka – okazuje się. – Jeśli chcesz, to cię zawiozę do szpitala, teraz. – Nie. Powiedziałam, że bez męża nie rodzę, dalej nie pójdzie. Nie pozwolę. Nie ma opcji! (Później się dowiedziałam, że mama gotowa była w tamtej chwili wieźć mnie do jakiegokolwiek najbliższego szpitala w Białymstoku.)

21:00 mąż podjechał pod dom (niezły wynik, jak na odwiedziny w sklepie po drodze) i zaczął w najlepsze konwersację z moją mamą na frapujący temat: „A jak podróż?” – A kogo to k… obchodzi! – Kochanie, chwytaj za (auuuu, kilka oddechów, coraz dłuższe) torby i śmigamy.

Ciemno już było (a przynajmniej tak to widzę teraz), a jeszcze godzina drogi do Sokółki. Skurcze na tylnym siedzeniu samochodu nie były w sumie takie złe. Pamiętam, że dochodziły do mnie fragmenty zdań wypowiadanych przez małżonka, te spomiędzy skurczy, reszta nie. Najbardziej utkwiła mi przytulna ciemność wokół. 

22:00 Wchodzimy na izbę przyjęć w szpitalu w Sokółce (włażąc pod górkę, z przerwą na skurczyk) i tu konsternacja – po ciemku niemal wdepnęliśmy w wielką drewnianą balię, w której rozrabiano beton. W oddali podjazdu dostrzegliśmy zarys betoniarki. Przytomnie wbiłam wcześniej do telefonu nr szpitala, pod którym właśnie staliśmy. Pani położna z porodówki (gdzie nie było na szczęście obłożenia) pokierowała nas do bocznych drzwi. Poszliśmy. Nie do tych co trzeba. Tam też remont. Pomiędzy skurczami bolał mnie brzuch… ze śmiechu. Położna zadeklarowała, że po nas wyjdzie. Mąż zaproponował, że poleci, sprawdzi i wróci po mnie. Kazałam mu nigdzie się nie ruszać beze (auuuu….) mnie.

Jest! W oddali dostrzegliśmy postać wyglądającą z jakichś oddalonych o kilkadziesiąt metrów drzwi. Na izbie przyjęć pokłóciłam się z pielęgniarką, która na siłę chciała mnie wcisnąć do wózka. Przecież sama dam radę! Wsiadłam dla świętego (auuuu….) spokoju. Tylko windą na górę i tam każą wstawać. A co się ciężarna będzie rozsiadać, tu chodzić i rodzić trzeba.

W pokoju do porodów rodzinnych byłam sama przez cały jeden skurcz (można było w nim skorzystać z piłki, drabinki, liny, kanapy, wanny – co wiem z oględzin, na których byliśmy kilka tygodni wcześniej). Małżonek w tym czasie poszedł po torbę, której zapomnieliśmy wziąć z samochodu. Po tym skurczu położna wzięła mnie na kozetkę w sali porodowej w celu zbadania rozwarcia. 8 cm. Miałam wrócić na salę z „gadżetami porodowymi”, by resztę spędzić wśród tak przydatnych przyrządów, z których wcale nie zawsze i nie wszędzie można skorzystać, więc warto! A tu zonk. Tylko wstałam auuuu… kolejny skurcz i chlupnęło coś na ziemię (mały quiz – co przed porodem chlupie na ziemię? a) czop porodowy <co za subtelna nazwa. Czy ktoś, kto nie rodził ma pojęcie, że istnieje czop porodowy?>, b) wody płodowe, c) dziecko. Brawo! Prawidłowa odpowiedź, przynajmniej w tym przypadku to b!). (Tym razem nikt nie przebił pęcherza płodowego ostrą dzidą bez poinformowania mnie o tym). Jeszcze raz na kozetkę. Ciągle ósemka, ale już tak luźna, że nie ma na co czekać.

Przez cały ten czas usiłowałam wcisnąć położnej kartkę z moimi prośbami okołoporodowymi (bo nie planem porodu, bynajmniej trudno jest mi ten spis nazwać planem). Ale biedna kobieta miała ciągle coś do roboty. W końcu wydukałam wszystkie punkty, a przede wszystkim ten, że ja chcę rodzić w wodzie! – Zaczniemy więc nalewać wody, ale tak na wszelki wypadek, to proszę tu sobie wejść na ten fotelik porodowy – powiedziała. W sali za ścianą słyszałam (dopóki cokolwiek słyszałam) szum nalewanej wody. Otóż nie zdążyła napłynąć w wystarczającej ilości, gdyż wydarzenia potoczyły się zbyt (o chwała!) szybko. W którymś momencie naprawdę poczułam skurcze parte (tym razem nikt mi nie musiał mówić, że to już teraz należy). I parłam. Poprosiłam, żeby bez nacinania. I nie nacięli. Pękło po starym szwie, ale podobno by nie pękło, gdyby nie ten szew (gdyby nie pierwsze nacięcie). Nikt mi nie chciał na siłę robić lewatywy. Wszyscy byli mili i informowali na bieżąco co się dzieje i co mi podają (tylko raz nie powiedziano, jak miałam urodzić łożysko, dostałam zastrzyk, domyślam się, że oksytocynę. Ale to już bez dziecięcia we mnie, więc się nie czepiałam).

Maleńka wybulboniła się ze mnie i od razu położono mi ją na brzuchu, nieopodal piersi (tak się składa, że mam brzuch nieopodal piersi). Zanotowano godzinę 23:45. Leżałyśmy tam takie golusieńkie. Ja płakałam wydobywając z siebie okrzyki radości: „nowy człowiek! mój nowy człowiek! cudo, cudeńko!” Położna ze starego przyzwyczajenia krzyknęła: „dziewczynka!” i dodała „ale już pewnie wiecie”. Najpiękniejsze chwile świata. Mój nowy człowiek leżał z tętniącą pępowiną przez dłuższy czas na moim brzuchu. Tatuś stał przy nas i patrzył na ten cud stworzenia. (Ręka przez jakiś czas bolała go jeszcze od moich „czułych” uścisków w trakcie parcia). Gdy przestała tętnić odciął pępowinę. Panie pomagały, przytrzymywały, okrywały. Maleńka leżała na mnie, kiedy lekarz szył krocze. Spełniono moje prośby o nie szczepienie.

Maleńką zabrano na krótką chwilę, w czasie, gdy przewożono mnie na salę. Później spała ze mną golusieńka, przyssana do piersi. Pielęgniarka spytała, czy ją ubrać, czy chcę ją zostawić taką. Zostało ciepłe małe nagie ciałko, zasnęło wtulone w bezpieczne ciepło mamy. Była gorąca lipcowa noc 2010 roku. Już nieco po północy. Cuda, działy się cuda na Ziemi.

Informacja: Tym razem zdecydowałam się na poród naturalny. Pierwszy poród podobno też taki był, choć mocno się zdziwiłam, że w naszej nomenklaturze „naturalny” oznacza po prostu wyparcie dziecka naturalnymi drogami, a nie bierze pod uwagę, jak duży udział jest samej rodzącej w decyzjach, co do przebiegu porodu – wynikających z jej ciała i intuicji i jak bardzo poddaje się wskazówkom personelu. Nacięcie krocza nie wykluczyło „naturalności” porodu, oksytocyna, która pewne procesy wzmacnia, inne spowalnia też jest wpisana w „naturalny” proces, tak jak znieczulenie. Przy drugim, nie chciałam środków farmakologicznych, znieczulenia, oksytocyny, gdyż po pierwszym porodzie doszłam do wniosku, że zaburzają one naturalny proces i często przeszkadzają zamiast pomagać. Nie przeczę, że są przypadki, w których taka ingerencja jest nieunikniona, ale mam wrażenie, że jest to nadużywane – z łatwości dostępu do tych środków, z braku świadomości rodzących i z przyzwyczajeń personelu szpitalnego. Rodząca kobieta jest traktowana jak pacjentka, którą trzeba leczyć, a nie po prostu pozwolić jej rodzić i stać pół kroku za nią – w razie komplikacji. Wspierać ją, a nie nakazywać, co powinna robić. Informować, a nie bez ostrzeżenia, już nie mówiąc o pytaniu o zgodę, dokonywać różnych działań na jej ciele (podawać różne środki, przebijać błonę, nacinać krocze, układać w dogodnej dla personelu pozycji). 
Za pierwszym razem nie pamiętam, żebym sama poczuła skurcze parte, a położna po prostu w którymś momencie kazała mi przeć. Więc parłam pod dyktando. Oddychałam pod dyktando. Kładłam się i rozsuwałam nogi – pod dyktando. Byłam odbiorczynią działań, a nie panią sytuacji. Nie ja nad nią panowałam, tylko ktoś inny. Ktoś zupełnie mi nie znany, komu nawet nie potrafiłam zaufać, gdyż to zaufanie podważył (podważyła) upierając się, że wie lepiej, nie pytając mnie o zdanie.
Miała to być opowieść o cudownym porodzie, a nie o tym, co się nie udało. Jednak świadomość tego, czym jest poród urosła we mnie dopiero po doświadczeniach pierwszego porodu (szkoła rodzenia rekomendowana przez dobrą placówkę – osławiony szpital św. Zofii w Warszawie, to za mało, jeśli trafi się do innego szpitala). To po pierwszym porodzie wezbrała we mnie siła i pewność, że za drugim razem chcę przejąć sprawy w swoje ręce. Dopiero później zaczęłam szukać możliwości i porad jak tego dokonać w naszym systemie, wśród stereotypów, przyzwyczajeń i silnej presji społecznej. Postanowiłam, że 9 miesięcy (właściwie 7 i pół, bo dopiero wtedy dowiedziałam się, że jestem w ciąży), to proces, w którym dojdę do takiego momentu świadomości, że będę mogła urodzić gdziekolwiek (w domu, w samochodzie, na łące). Dlatego za drugim razem tyle czasu spędziłam w domu i nie obawiałam się długiej podróży do szpitala (który też wybrałam świadomie). A już na miejscu wręczyłam położnej listę życzeń: poród w wodzie, nie przebijanie pęcherza płodowego, nie podawanie środków farmakologicznych, nie nacinanie krocza, dogodną mi pozycję porodu, kontakt „skóra do skóry” po porodzie przez jak najdłuższy czas, nie przecinanie pępowiny od razu, nie szczepienie dziecięcia zaraz po narodzinach, informowanie mnie i męża o wszystkich zagrożeniach i korzyściach ewentualnych interwencji. I wszystko się udało! Oprócz tej wody 🙂
Elżbieta, Jan i Basia

Elżbieta, Jan i Basia

Moment, gdy Basia wydobywa się z wnętrza Elżbiety, to dla mnie początek nowego świata. 
Nigdy tego nie zapomnę. Gdy ląduje na brzuchu mamy, płaczemy ze szczęścia.

To będzie długi wpis, bo niezwykle ważny – od razu Cię, drogi Czytelniku, ostrzegam. Ale czyta się go raczej szybko, więc nawet nie zauważysz tych 1,6 tysiąca wyrazów.

Jeśli myślisz, że odsłonię przez Tobą cały, szczegółowy opis porodu – to Cię rozczaruję. 

To, co wydarzyło się w sobotę 28.02.2015 było święte – a świętość trzeba chronić, nie każdy powinien mieć do niej dostęp. 

To było też bardzo intymne,z rodzaju tych najintymniejszych wydarzeń w życiu – a o intymność trzeba dbać, nawet jeśli dzisiaj to nie dla wszystkich oczywiste. 

Ale to było też piękne i cudowne – a piękno i cuda trzeba rozgłaszać, dzielić się nimi, chwalić. 

Dlatego piszę właśnie o cudownym pięknie, dopuszczając w ten sposób i Ciebie do przedsionka tego, co święte i intymne. 

Preludium

Cały tydzień jest wstępem. Niedziela to dzień teoretycznego terminu. Od dziewięciu miesięcy mamy w głowach jako cel 22 lutego, ostatnie 100 dni jest odliczane na tablicy w kuchni – nic dziwnego, że to data szczególna, wytęskniona. 

Ale nic się nie dzieje. Ani w niedzielę, ani następnego dnia. W ciągu tygodnia trzy razy jeździmy na izbę przyjęć w szpitalu – a tam tłumy, jakby wszyscy chcieli potwierdzić, że w Polsce odbijamy się od niżu demograficznego. 

Jest ciężko, bo siedzimy tam kilka godzin (najdłużej, jednego dnia 10), ćwicząc cierpliwość w kolejce do lekarza, w ekstremalnych momentach odmóżdżając się Ukrytą Prawdą, Rozmowami w toku i tego typu mułem z korytarzowego telewizora. 

Medycznie wszystko pod kontrolą, ale nic się nie dzieje. Basia wypycha już brzuch na wszystkie strony, ale jakoś nie zbiera się do wychodzenia. Ela ledwo chodzi, ma już tego dosyć, nic nie dają setki sprawdzonych rad na wywołanie porodu. Natura sama będzie wiedziała, kiedy wystartować. Niech jej będzie.

W piątek trzecia wizyta na Izbie Przyjęć. Tym razem jakieś dziwne, rozchwiane KTG, więc robią kilka zapisów. Łącznie cztery godziny to trwa (a siedzimy tam siedem), można uświerknąć. 

Na koniec wizyta u lekarza, pani doktor kwituje wszystko jednym zdaniem: „Ja nie rozumiem, dlaczego pani jeszcze nie rodzi”. 

Cóż, też nie rozumiemy i bardzo chętnie byśmy już zaczęli, tym bardziej że od 4 nad ranem zaczęły się w miarę regularne skurcze. Ponieważ Żelazna przeżywa oblężenie, położna uprzedza nas, że prawdopodobnie trzeba będzie zostać w szpitalu – ale raczej nie w tym. 

OK, czyli możliwy zaczyna być scenariusz, podawany przez różnych pesymistów, że „z Żelaznej często odsyłają gdzie indziej”, więc zaczynam w myślach nowennę do wszystkich świętych, jakich znam, na czele z JP2 i J23, czyli patronów tej ciąży od samego początku. Okazuje się nagle, że dwa miejsca zwolniły się na oddziale, więc Ela zasiada do wypełniania formularzy, a ja mam przynieść walizkę z samochodu. Dzięki, święci papieże Janowie!

No dobrze, cmok cmok, tu masz kapcie, tu dokumenty, wiadomo, wszystko spakowane miesiąc temu. W razie czego dzwoń. Rano pewnie zaczną powoli próbować wywoływać Basię na zewnątrz, ale na spokojnie, jutro przyjadę, zobaczymy co dalej.

Wracam do domu po 23:00, pora na dobranoc po tym intensywnym dniu. No ale jak tu spać, ciężko przecież, gdy myśli podążają ciągle na Wolę. 

Ostatecznie zasypiam po północy. Telefon blisko głowy. I bardzo dobrze, bo o 2 w nocy zaczynam się w niego wpatrywać, nie rozumiejąc, czemu bije światłem. Po chwili do mózgu dochodzi dźwięk dzwonka, zaraz potem czytam na ekranie „Ela”. 

Tak, to już, przyjeżdżaj, „Sala Wiśniowa”. Jezu, zaczynam działać jak maszyna. Tysiące myśli, ekspresowa analiza sytuacji i szkic planu, po kolei: szybki prysznic, golenie, no bo nie chcę jej przy porodzie drapać policzkami (a jak mi się ręce trzęsą!), kawa, Granda na szybki spacer (chyba pomyślała, że zwariowałem), telefon do douli, ubrać się i do samochodu. 

No dobra, przyznaję, Aleje Jerozolimskie były tej nocy moje, dobrze że radary były w przeciwną stronę.

Allegro – Adagio – Largo – Presto – Vivo – Finale

Poród zaczął się przed 2 w nocą, skończył o 12:05. I tyle, więcej nie powinienem pisać, bo gdy zaczynam się przymierzać, to myślę o wszystkim co się wtedy działo – a przecież mam oddzielić piękno i cud od świętości i intymności. Ale obiecałem, więc dobrze, spróbuję.

Pierwsze wrażenie, gdy dotarłem do Sali Wiśniowej: wow! To naprawdę za darmo, dla nas, zwykłych nfz-owych składkowiczów? 

Sala duża, przestronna, z widokiem z dużych okien na Warszawę, wiele możliwości ustawienia światła, fotele, szafki, drabinka, łóżko, łazienka, narożna wanna, zasłonki, to tamto siamto. Nieźle.

Powoli rozumiem, czemu ten szpital cieszy się takim wzięciem. Na dodatek okazało się, że (nie wiedząc przecież wcześniej) ubraliśmy się z Elą też na czerwono-wiśniowo, więc do kolorystyki tej sali pasowaliśmy jak ulał.

Poród trwał przeszło 11 godzin. Trzy zmiany położnych. Nieustannie była z nami doula Julita Molenda, bez której nie wyobrażam sobie tego wszystkiego. Wokół Eli cały czas ona i ja, co jakiś czas doglądająca położna, ale bez większych interwencji, jedynie co jakiś czas przychodząca zrobić badanie i przeprowadzić męczący zapis KTG.

Przeżywamy wszystko, co było zapowiadane na Szkole Rodzenia: jest czasem lżej, czasem trudniej. Dużo częściej to drugie. 

Skurcze porodowe, ból im towarzyszący przeszywa mnie do szpiku kości. Teoretycznie dowiedziałem się wcześniej, że to dla mnie tez nie będzie łatwe, bo jako mężczyzna nie będę w stanie NIC zrobić z tym, co się dzieje – ale teraz rzeczywiście to przeżywam. 

Staję wobec bólu, jakiego jeszcze nigdy nie widziałem. Widzę moją ukochaną, która cierpi jak nigdy wcześniej. I nic. Wydobywa z siebie krzyk, jakiego wcześniej bym sobie nie umiał wyobrazić. I nic. Krzyczy, że umiera. 

I Nic. NIC nie mogę z tym zrobić. Tylko być obok, podawać rękę do uścisku. Być krok za nią. Pomagać zmieniać pozycje, gdy każdy krok to mordęga, jedynie wejście do wanny z ciepłą wodą przynosi ukojenie.

Nikt mi teraz nie powie, że nie wiem co to znaczy urodzić. Możecie się śmiać, ale wchodzę w to najaktywniej, jak tylko mogłem. Razem z nią oddycham, razem z nią krzyczę, tak samo mamy później zdarte gardła. W drugiej fazie porodu razem z nią prę i zaciskam mięśnie brzucha, tak że bolą mnie przez to do końca dnia. Razem przeżywamy chwile totalnej ciszy, gdy Ela zasypia twardym snem (!) na pół minuty (czasem krócej), między skurczami, regenerując się – i wszystko wokół zastyga. Razem się pocieszamy, że to już niedługo, ale razem też przeżywamy duży kryzys, gdy dawno już po świtaniu – i nic, ciągle tylko boli, rozrywa całe ciało, bez żadnego widocznego efektu. 

Jest i bunt, i rezygnacja. Położna wydaje się trochę ostra, niezbyt empatyczna – ale potem okazuje się, że jest po prostu idealna, wspaniała, dokładnie taka jak trzeba, nawet wtedy, gdy w naszym największym kryzysie twierdzi, że „może jeszcze dwie godziny, a może cztery”. 

Ona nie jest tu od empatii, ale od kontrolowania, pomagania, kierowania. Wspieram ja i doula. To wydaje się brutalne, ale jest niezbędne i bardzo dobre.

Za dwadzieścia dwunasta umawiamy się z Elą, że spróbujemy się wyrobić do Hejnału Mariackiego. No, Basia urodziła się o 12:05, więc chyba akurat, gdy trąbka wybrzmiała. A na pewno pobożnie odmówiono Anioł Pański.

Sam koniec porodu to już wejście w Tajemnicę Stworzenia. Siła rodzącej kobiety to przejście do tego, co w naturze pierwotne. Nie potrafię tego opisać słowami, nawet pobieżnie. 

Piękno i cud, przy jednoczesnym niewyobrażalnym bólu i trudzie. Prawdziwe piękno rodzi się często w ogromnym bólu, tak to już jest w Bożym planie. Tak samo jak miłości często towarzyszy cierpienie.

Widzę, gdy powoli pokazuje się główka Basi, ze śmiesznym zakręconym loczkiem na czubku.

NIESAMOWITE! 

Jednocześnie nie mogę przestać patrzeć na to, co dzieje się wokół. Dochodząca tylko co jakiś czas położna przejęła już dyrygenturę nad całą akcją, powoli i po cichu dołącza jeszcze kilka innych osób, z domowych, kuchennych szafek wyjeżdżają medyczne sprzęty, sala jak w filmie zamienia się w salę rzeczywiście szpitalną. 

Nie mogę wyjść z podziwu nad tymi procedurami: profesjonalnie i fachowo, a jednocześnie spokojnie, bez biegających białych kitlów, medycznej nerwowości i zbędnego stresu. Coś wspaniałego, fantastyczne połączenie!

Moment, gdy Basia wydobywa się z wnętrza Elżbiety, to dla mnie początek nowego świata. 

Nigdy tego nie zapomnę. Gdy ląduje na brzuchu mamy, płaczemy ze szczęścia. 

Jest po prostu przepiękna, śliczna, cudowna w tej swojej stożkowej głowie, obmazana wszystkim, czym się da. 

Odnajduje skórę mamy i wie, że jest przy niej. Przecinam pępowinę, oczywiście. Myślałem wcześniej, jak to będzie – zostaję pochwalony, że dobrze mi poszło, jednym cięciem, jak świeczki na torcie. Jednocześnie położna, przebrana już w chirurgiczne fartuchy, dokańcza resztę niezbędnych działań – i znów nie mogę wyjść z podziwu.

Patrzę na Elżbietę – i już dobrze wiem, co to znaczy instynkt macierzyński od samego początku.

Epilog

Jesteśmy już w pełni rodzicami. Tworzymy nową rodzinę. 

Niestety, ponieważ okazało się, że Basia urodziła się z wrodzonym zapaleniem płuc (to się podobno czasami zdarza), nie mogliśmy za bardzo pobyć sami, we trójkę, jak to jest w tym szpitalu w zwyczaju – małą wzięli na oddział, musieli przebadać, podłączyć do tlenu i wprowadzić pięciodniową terapię antybiotykiem. Ale to silna dziewczyna (3630g, 56cm), początkowo miała jakieś problemy z saturacją, ale płucka się już rozkręciły i w niedzielę wieczorem dodatkowy tlen przestał być potrzebny. 

Teraz tylko czekać kilka dni na wypis do domu i zaczynamy z Elą nowy etap naszego małżeństwa.

W sobotę po porodzie jestem jeszcze dwie godziny z dziewczynami, później wracam do domu (później i tak tam wracam, nie mógłbym inaczej). 

Jadę samochodem i mam wrażenie, że byłbym w bezpieczniejszym stanie jako kierowca, gdybym wypił pół litra wódki, niż teraz: po intensywnym piątku, godzinie snu, dziesięciu godzinach porodu i dwóch emocjonalnych godzinach po nim. 

Ryczę ze szczęścia, mam ataki nagłego śmiechu, jakby ktoś mnie zaczął mocno gilgotać. Nigdy tego nie zapomnę.

W niedzielę idę do kościoła – to się rzadko zdarza poza moją pracą, jedynie w czasie urlopu, ale to wtedy też z Elą. 

Trafiam na mszę dla dzieci, no trudno, ale zupełnie mi to nie przeszkadza, nawet typowe rzeczy które mnie w takich mszach irytują – zupełnie nie są istotne. 

Jestem w końcu najszczęśliwszym człowiek na świecie, zakochany na nowo. 

Poszedłem tam ofiarować Basię – Mamie. W końcu urodziła się w sobotę, w Jej dzień. Tuż po Aniele Pańskim. Dzień po skończeniu mojej Nowenny Pompejańskiej. No to jak inaczej?

Dorota i Samuel

Dorota i Samuel

Marysia relacjonowała mi: „Mamusiu widać czółko! Widać jedną brew, a teraz drugą. Widać jedno oczko, drugie oczko. Nosek. Jedną wargę, drugą wargę! Bródkę!” 

Nasza kolejna przygoda z ciążą zaczęła się, gdy córcia miała już prawie 6 lat! Tym razem z utęsknieniem czekaliśmy na synka. W końcu się udało i na teście ciążowym po raz drugi w życiu podziwiałam dwie różowe kreseczki! Marysia zadzwoniła do babci: „Babciu będę miała brata!”

Radości nie było końca. Na początku czułam się fantastycznie. Tak mniej więcej przez tydzień. 

Później zaczęły się przygody – bolał brzuch, było mi niedobrze, wszystkie ulubione potrawy zaczęły mi strasznie śmierdzieć, nic mi nie smakowało, nie mogłam nawet patrzeć na niektóre rzeczy, bo już od samego patrzenia robiło mi się niedobrze. Do tego doszła nietolerancja jakichkolwiek zapachów. Takie uroki stanu odmiennego. 

Zaplanowaliśmy poród domowy. Tak naprawdę, marzyliśmy o porodzie bez asysty, lecz o prostu się baliśmy. Oglądałam filmiki na youtube o porodach domowych i tych bez asysty. 

Jestem ogromnie wdzięczna tym wszystkim dziewczynom za to, że zamieściły swoje – tak intymne przecież – doświadczenia. 

Nabrałam pewności, że ciało kobiety jest wprost stworzone do rodzenia. I to rodzenia bez bólu, bez wrzasku, bez histerii. 

Położna, która pomogła nam przy córce, z przyczyn zdrowotnych nie mogła się tym razem podjąć przyjęcia porodu. 

Postanowiliśmy więc znaleźć inną i ku naszemu zdziwieniu znaleźliśmy nie jedną, a dwie! I to z Białegostoku! Jakże się wszystko pozmieniało. 

Siedem lat temu wręcz z podziemi wydobyliśmy naszą położną, tym razem mogliśmy niemal przebierać! To cudowne, że tak wiele położnych zaczyna się angażować w porody domowe.

Termin miałam na 26 maja, ale już ostatniego dnia kwietnia pojawiły się regularne skurcze, które szczerze powiedziawszy bardzo nas zmartwiły, gdyż w takim układzie poród domowy stał się zbyt ryzykowny. 

Maj był dla mnie dość trudny. Nasze dziewczyny zaleciły odpoczynek, leżakowanie, unikanie jakiegokolwiek wysiłku. Tak więc leżałam i nasłuchiwałam. Kiedy w końcu minął 37 tydzień, wszyscy odetchnęliśmy z ulgą, bo synek wciąż siedział w brzuszku, a ja zaczęłam nabierać pewności, że mu się tam podoba. 

Znowu mogłam być aktywna! Do czasu aż spuchły mi stopy, bo tym razem moja ciąża wyglądała zupełnie inaczej, niż za pierwszym razem. 

Myślałam, że synek, podobnie jak córka, też urodzi się w 39 tygodniu, jednak los chciał, bym doświadczyła, jak to jest, gdy mija magiczna data. 

Minął 26 maj, a Samuel wciąż siedział w moim brzuchu. Nie ukrywam, że chciałam już mieć go w swoich ramionach, tulić, karmić. 

Na jakieś 2 tygodnie przed terminem rozwiązania odegraliśmy poród. Nasza córeczka grała w tym przedstawieniu pierwsze skrzypce. Użyczyła nam swojej dużej lalki, przygotowaliśmy wszystkie akcesoria, z których miałam korzystać podczas porodu (piłka, poduchy) i zaczęliśmy grać. 

Marysia chętnie odgrywała swoją rolę, to ona przynosiła ręczniki, gładziła mnie po plecach, podawała wodę, a także miseczkę i sitko na łożysko. 

Przedstawienie się udało. Wszyscy byliśmy bardzo zadowoleni i z radością czekaliśmy na prawdziwy finał.

Jednak Samuel miał się w brzuchu coraz lepiej i ani myślał z niego wychodzić.

Naturalne metody wywoływania porodu opisane w książce Preeti Agrawal nie przyniosły oczekiwanego rezultatu. Zaczęłam chodzić na bardzo długie spacery (raz nawet wsiadłam na rower – choć nie był to zbyt dobry pomysł, bo cały czas się bałam, że siodełko może uciskać główkę i siedziałam tylko na jednym półdupku). 

W końcu postanowiłam wypróbować działanie wspomnianego przez Preeti oleju rycynowego. Znałam jednak jego zapach i bałam się, że nie zdołam go wypić. 

Skorzystałam więc z dobrodziejstwa internetu i odnalazłam rewelacyjny przepis na „koktajl położnych”, w skład którego wchodził właśnie ten olej. 

29 maja z rana sporządziłam tę magiczną miksturę i wypiłam powoli. Była nawet całkiem znośna. Nawet bardziej, niż myślałam. 

Koktajl w połączeniu ze spacerem (wyszło tego 3 km) wywołał upragnione skurcze. Około godz. 13:15 poinformowałam nasze dziewczyny, że w końcu się zaczęło! Do godziny 14 byłam u swoich rodziców, ale wiedziałam, że za chwilę będę rodzić. Skurcze były dość silne i dość częste. 

Marysia pomagała mi dzielnie. Śpiewałyśmy razem, a gdy pojawiał się skurcz, ja w pozycji kolankowo-łokciowej (z pupą do góry) starałam się go złagodzić. 

Po 14 wróciliśmy do domu (odwiózł nas mój tato), mąż zajął się rozpalaniem w piecu (tego dnia było deszczowo i zimno) natomiast my z Marysią śpiewałyśmy, a ja kołysałam biodrami. 

Mąż zadzwonił do położnych, które były już w drodze. Poprosiły, by sprawdził (według ich instrukcji przez telefon), jakie mam rozwarcie. Okazało się, że „żadnego”! 

Było to dość dziwne, bo pamiętałam, że skurcze o takiej intensywności podczas mojego pierwszego porodu pojawiły się przy 8 – 10 cm rozwarciu! Dziewczyny zaleciły, bym trwała w pozycji kolankowo-łokciowej z pośladkami w górze, aż do ich przyjazdu. 

Jednak jakaś siła „zerwała” mnie na równe nogi i stwierdziłam, że czuję potrzebę parcia. Było to tak silne, że liczyło się tylko to. 

Sięgnęłam ręką do krocza i … 

„Czuję główkę” – powiedziałam do męża z przejęciem. 

On przekazał to położnym, które wciąż w drodze do nas były na gorącej linii, po czym sprawdził i stwierdził: „Widać już włoski!” 

Reszta potoczyła się błyskawicznie! Nie byliśmy przygotowani na tak szybką akcję! Zupełnie! 

Mąż już wcześniej rozłożył matę i koc – tak na wszelki wypadek. 

Uklękłam na lewym kolanie silnie opierając się na prawej stopie, przedramiona oparłam o wersalkę. Samuel zaczął się wysuwać. 

Odeszła potrzeba parcia, odszedł ból. A ja poczułam ogromną siłę i pewność, że wszystko będzie dobrze. 

Marysia relacjonowała mi: „Mamusiu widać czółko! Widać jedną brew, a teraz drugą. Widać jedno oczko, drugie oczko. Nosek. Jedną wargę, drugą wargę! Bródkę!” 

I tak stopniowo nasz synek opuszczał moje ciało, spokojnie bez pośpiechu, w asyście swego tatusia i siostrzyczki.

Było to niesamowite, cudowne, niezmącone bólem doświadczenie. 

Magiczne! Samuel wysunął się prosto w ręce tatusia. Nie od razu zaczął płakać. Zgodnie z instrukcjami przez telefon pobudziliśmy go masażem stóp, plecków a nawet klepnięciem w pupę.

Marysia przyniosła jakiś ręcznik, owinęliśmy go i tak siedziałam z nim tuląc go do piersi siedząc na piętach… 

Wszyscy czekaliśmy na poród łożyska. Marysia podała miskę i sitko. 

I dopiero teraz sięgnęła po kamerę, o której kompletnie zapomnieliśmy! Z tego wszystkiego nie spojrzeliśmy w ogóle na zegarek i nie wiemy, o której urodził się nasz syn. Zrobiliśmy to dopiero o 15:05, gdy nasz syn już od dobrych kilku minut był na świecie. 

Po około 20-25 minutach od porodu poczułam znowu potrzebę parcia. Uniosłam się na kolanach, a mąż podstawił miseczkę, do której urodziło się łożysko. 

Tym razem też był to poród lotosowy. Nie przecięliśmy pępowiny. Pozwoliliśmy by wyschła, zesztywniała i odpadła sama. 

Synek urodził się we czwartek, w niedzielę postanowiliśmy jednak, że odetniemy pępowinę, ponieważ wyschła mocno i ocierała brzuszek malucha, a poza tym zesztywniała „na sztorc” i obawialiśmy się, czy przypadkiem od tego zahaczania o pępowinę nie zrobi się jakaś rana przy pępuszku. W poniedziałek odpadł kikucik pępowinowy. Gdy odcinaliśmy pępowinę, była sztywna, twarda jak drut i cieniutka (miała kilka milimetrów). 

Mój mąż i córeczka spisali się na medal! Dzięki opanowaniu męża, jego spokojowi i pewności, że wszystko będzie dobrze, mogłam się odprężyć i po prostu urodzić! Marysia, mimo swoich 6,5 lat wykazała się ogromną dojrzałością, a jednocześnie bardzo nam pomagała przynosząc różne rzeczy. Kocham ich! 

Po około 40 min od porodu przyjechały nasze położne. Zbadały Samuela, zbadały mnie. W około 40 minucie po narodzinach, Samuel otrzymał 10 pkt. w skali Apgar. Ważył 3430 g i mierzył 58 cm. 

A ja poszłam pod prysznic, tak jak gdyby nigdy nic. Silna, w fantastycznym nastroju, dumna i szczęśliwa, że tak pięknie urodził się nasz syn. Była też we mnie cisza, był spokój… Jak po wielogodzinnej medytacji… albo po wspaniałym porodzie.

Życzę wszystkim kobietom takich doświadczeń.

P.S. Mimo, że nasze dziewczyny nie zdążyły do nas przyjechać☺ jesteśmy im niesamowicie wdzięczni za to, że były z nami przez całą ciążę, pomagały i wspierały w chwilach trudnych, służyły pomocą i fachową poradą. No a w tym niezwykle szczególnym dniu, odebrały swój pierwszy, telefoniczny poród☺ Gorąco polecamy! Kontakt: Gosia Górska, tel. 722110700

Dorota i Marysia

Dorota i Marysia

Po jedzeniu miałam już 10 cm rozwarcie i wtedy ze zdziwieniem zauważyłam, że ból zniknął. Rozebrałam się do rosołu, bo oblała mnie nagła fala gorąca.

Nareszcie! Stało się! Test wykrył bobasa! Od jakiegoś czasu staraliśmy się o dziecko i w końcu byłam w ciąży. Czułam się fantastycznie. Spoglądając na dwie różowe kreseczki byłam szczęśliwa, dumna, a ponadto pojawiło się jakieś nowe uczucie – uczucie, którego dotychczas nie doświadczyłam. 

Zostałam mamą! Dołączyłam do grona wszystkich mam i ich Duch pojawił się przy mnie, by się mną opiekować…

Ciąża przebiegała wzorowo: 3 miesiące uporczywych nudności, 10 wizyt w toalecie połączonych z czułym obejmowaniem sedesu, zapadanie w krótkie popołudniowe drzemki, zachcianki jedzeniowe, robienie siusiu co 15 minut, a w końcu napływ energii. 

Jeździłam rowerem prawie codziennie, robiąc przy tym wiele kilometrów (mieszkaliśmy w Białymstoku i jazda autobusami, w których mieszanka zapachów i smrodów przyprawiała mnie o mdłości, w ogóle nie wchodziła w rachubę), codziennie ćwiczyłam jogę i dbałam, by się dobrze odżywiać (jestem wegetarianką). I muszę przyznać, że poza momentami, gdy spełniałam swoje zachcianki, było całkiem przyzwoicie. 

Tak przygotowywałam się do porodu.

Oboje, zarówno mąż, jak i ja, pragnęliśmy, by nasze dziecko przyszło na świat w naszym domu, którego tak naprawdę jeszcze nie było. Jednak robiliśmy wszystko, aby wyprowadzić się z miasta i zamieszkać na wsi. W siódmym miesiącu ciąży „wyemigrowaliśmy” do mojego rodzinnego domu na wsi. Budowa naszego własnego gniazdka „lekko” się przeciągnęła. 

Rozpoczęliśmy poszukiwania położnej, która zgodziłaby się odebrać poród domowy. Siedem lat temu nie było to wcale takie łatwe, ale udało się! Kiedy byłam w 5 miesiącu spotkaliśmy się z Alą i wszyscy przypadliśmy sobie do gustu. Mimo znacznej  odległości (300 km), nasza położna podjęła się zadania. 

Miałam bardzo dobre wyniki, byłam aktywna i dobrze się czułam, znaleźliśmy wspaniałą położną, zatem mogliśmy przygotowywać się do porodu domowego.

Zaczął się 39 tydzień ciąży. Obudziłam się o 3 w nocy z silnym bólem podbrzusza. Myślałam, że czuję się tak z powodu przepełnionego pęcherza. 

Jednak po powrocie z toalety okazało się, że zaczyna się dziać coś „dziwnego”. Brzuch napinał się i twardniał, a ból w podbrzuszu nie ustawał. Był podobny do tego podczas okresu. 

Obudziłam męża. Zaczęliśmy zapisywać, jak często pojawiają się skurcze. Były dosyć regularne, pojawiały się co 5-6 minut. O godzinie 6 rano postanowiliśmy zadzwonić do naszej położnej. Ala upewniła nas, że to jest właśnie „to”. Powiedziała, że natychmiast wyjeżdża. O godzinie 7 wypadł czop śluzowy a o 9 przyjechała Ala. Miała do pokonania 300 km! 

W międzyczasie byliśmy na spacerze (słyszałam, że chodzenie przyśpiesza rozwieranie szyjki, więc chciałam jak najwięcej chodzić). Kiedy skurcze stały się „paskudne”, Ala zbadała mnie i okazało się, że mam już 6 cm rozwarcie. Przy kolejnym badaniu było już 8 cm i Ala zaproponowała byśmy się wyluzowali i coś zjedli. Tak też zrobiliśmy. 

Po jedzonku miałam już 10 cm rozwarcie (około 13:30) i wtedy ze zdziwieniem zauważyłam, że ból zniknął.

Rozebrałam się do rosołu, bo oblała mnie nagła fala gorąca. Chciałam rodzić w pozycji kucznej, którą ćwiczyłam przez całą ciążę, ale po kilku minutach tak mocno drżały mi nogi, że nie byłam w stanie się na nich utrzymać i usiadłam na podłodze oparta plecami o męża. Przyjęłam pozycję półleżącą, która niestety wcale nie należy do naturalnych podczas porodu, więc musiałam się trochę wysilić i przeć. Nie wiedziałam zbytnio, jak mam to robić i na czym to w ogóle polega. Kiedy po około 20 min bezowocnego parcia poczułam, że nie potrafię ani przeć, ani oddychać, ani urodzić, moja mama, która była obecna przy narodzinach swojej wnuczki, powiedziała, jak mam się do tego zabrać. 

Parłam i oddychałam razem z mężem i po kilku minutach zobaczyłam, jak wyskakuje ze mnie nasza córeczka. Urodziła się w czepku razem z wodami płodowymi o 14:07. 

Ala odśluzowała Marysię i położyła mi ją na brzuchu. Pępowina była bardzo krótka i Marysia leżała pod moimi piersiami. Po tych niespełna 40 minutach porodu leżała na mnie upragniona córeczka! 

Był to poród lotosowy (w trakcie takiego porodu nie odcina się pępowiny i czeka się nawet kilka dni aż ta sama odpadnie). Marysia w czwartej dobie podczas przewijania kopnęła nóżką i oderwała pępowinę, która była już bardzo sucha, cieniutka i twarda. W ten sposób oddzieliła się od towarzysza, z którym spędziła 9 magicznych miesięcy wewnątrz mego ciała…

Przy porodzie, oprócz mamy była też moja młodsza siostra – Julka – wówczas 9-letnia. Julka robiła zdjecia i w ogóle niczym się nie stresowała. Teraz ma 16 lat i obie dziewczyny są ze sobą bardzo zżyte! Marysia uwielbia Julę i z wzajemnością – widać że łączy je coś specjalnego!

Kasia i Helenka

Kasia i Helenka

Wszystko stanęło, zawisło widmo cesarki. Będąc jeszcze w ciąży wiedziałam, że taki moment nadejdzie, że przyjdzie mi zmierzyć się i pokonać samą siebie. Udało się, znów płynęłam.

Na początku wysłaliśmy zaproszenie w Kosmos do naszego Dziecka, zgodnie z filozofią maoryską, iż kontakt z dzieckiem można nawiązać znacznie wcześniej, zanim pojawi się w brzuchu mamy…

Po kilku miesiącach starań, pewnej nocy spędzonej wspólnie z mężem, zwizualizował mi się jego plemnik wchodzący do mojej komórki jajowej.

Byłam bardzo ciekawa czy wizja okaże się prawdziwa…

2 dni po terminie okresu, nie wytrzymałam i postanowiłam zrobić test. Przed tym jednak zamknęłam się w łazience i zapytałam najpierw mojego Dziecka:

– Gdzie jesteś?

W odpowiedzi, w mojej głowie pojawiło się:

– Już jestem… ja już jestem…

Po chwili test potwierdził, że jestem w ciąży.

Chcieliśmy z mężem przywitać naszą córkę w domu. Przygotowywałam się zarówno fizycznie, jak i duchowo do tego wydarzenia.

Los jednak przygotował dla nas inny scenariusz.

W 37 tygodniu okazało się, ze Helenka ma arytmię serca i poród musi odbyć się w szpitalu… Po nitce do kłębka, końcem końców (mimo innych branych pod uwagę szpitali oraz opcji) zdecydowaliśmy się na szpital im. Żeromskiego.

W 6 dniu po terminie, o 2:00 w nocy obudziłam się, ponieważ miałam wrażenie, że sączą mi się wody płodowe. Okazało się jednak, że to czop odchodzi… Był piątek, a ja wiedziałam, że urodzę do niedzieli. Skurcze powoli nasilały się z biegiem dnia. Wszystko było nowe, wyglądało zupełnie inaczej niż przy pierwszej córce… Ja byłam nad wyraz spokojna i szczęśliwa, że to już.

Około 16:00 mąż przywiózł Marysię z przedszkola, skurcze zaczęły być coraz bardziej odczuwalne. Od tej chwili, córka nie opuściła mnie już na krok. Podążała za mną, naśladowała mnie i moje odgłosy… Dotykała czule, całowała. Była dla mnie najwspanialszą doulą, jaką mogłam sobie wymarzyć.

Niedawno uzmysłowiłam sobie, że nie zauważyłam u Marysi cienia niepokoju, mimo, że widziała że jej Mama „cierpi”. Wszystko odbywało się w zgodzie ze mną, w zgodzie z naturą, czułam w sobie ogromny spokój. Moje ciało przejęło dowodzenie, umysł się wyłączył. Wiedziałam, że wszystko zakończy się dobrze.

Powoli wchodziłam w inny wymiar. Skurcze stawały się intensywne, były nieregularne, choć coraz dłuższe. Moja 5-letnia córka była cały czas obecna, przekazując mi ogromną dawkę miłości.

Około godziny 20:00 wygoniłam męża do spania, bo już wiedziałam, że naszą drugą córkę urodzę w nocy. Starszą położyłam spać. Nastąpił moment, o którym wcześniej marzyłam:

Nastała cisza, nikt się nie krzątał… Mogłam wejść w siebie jeszcze głębiej. Zgasiłam światło, zapaliłam świece. Z kominka unosił się zapach lawendy, z głośników płynęła ulubiona Kate Bush. Ja coraz bardziej odpływałam.

O 22:00 obudziłam męża, bo wiedziałam, że to już czas, żeby jechać do szpitala (mimo wcześniejszych obaw, że nie będę umiała rozpoznać tego momentu). 

40 minut drogi – 5 intensywnych skurczy…

Wtoczyłam się na porodówkę, gdzie przywitały mnie przemiłe Panie.

Po badaniu okazało się, że jestem otwarta na 5 cm i niedługo urodzę. 

Idąc na salę porodową (ostatnią dostępną tej nocy) zobaczyłam położną, która będzie mi towarzyszyć i poczułam, że świat musi mnie strasznie kochać skoro zesłał mi „Anioła”- jedną z najlepszych i najbardziej doświadczonych położnych.

W ciągu godziny rozwarcie doszło do 8 cm. Dopisywał nam świetny humor, wydawało się, że zaraz będzie po wszystkim. Stało się inaczej.

Helenka nie chciała wstawić się do kanału rodnego. Musiałam położyć się na boku z kolanami złączonymi. Nastąpił kryzys. Skurcze stały się intensywne, a ja zaczęłam koncentrować się na bólu. Wszystko stanęło. Zawisło nade mną widmo cesarki. Co ciekawe, będąc jeszcze w ciąży wiedziałam, że taki moment nadejdzie…, że przyjdzie mi zmierzyć się i pokonać samą siebie. Udało się! Po chwili poczułam, że skurcze przechodzą przeze mnie jak fala. Płynęłam… Oddychałam i parskałam na szczycie każdego skurczu. Ciało przejęło kontrolę. Moc wróciła. Otworzyłam się.

O godzinie 1:45 Helenka była już z nami. Urodziła się w tym samym dniu, co mój Tato…

Położna pogratulowała mi oraz podziękowała za współpracę. Obie wyraziłyśmy głęboką wdzięczność, że udało się wydać na świat Helenkę siłami natury. Wiem, że gdyby nie ten szpital, nie ta położna poród zakończyłby się cesarką.

Tym razem na świat wydałam też nową JA. Pewną siebie, kompetentną matkę i kobietę.

Moc wróciła i jest we mnie do dzisiaj. Pokochałam w pełni swoje ciało za jego mądrość i siłę. Czuję pokorę i mam pełne zaufanie do życia, bo wiem, że jeśli mu na to pozwolimy, ono samo się o nas zatroszczy.