Kasia i Olek

Kasia i Olek

Ale zaufałam SOBIE! Poczułam MOC! Otwarłam się na to, że dam radę i będzie dobrze! Posłuchałam ciała, które mnie poprowadziło, podpowiadało co robić dalej.

Jestem mamą (póki co) trójki chłopców (9l., 2,5 roku, 2,5 tygodnia). Pierwszego i drugiego syna urodziłam w szpitalu z kaskadą wszystkich możliwych ingerencji w poród (niepotrzebnych), zastraszania, pośpieszania, przymuszania, a nawet farmakologicznego ogłupiania co bym była posłuszniejsza personelowi…

Zostałam okaleczona tak psychicznie jak i fizycznie, że rany do tej pory się nie zagoiły (te fizyczne), ale dzięki temu, że ostatniego syna urodziłam w domu – odczarowałam doświadczenia poprzednich porodów, bo przeżyłam coś tak pięknego, naturalnego, niesamowitego, że nikt mi tego nigdy nie odbierze❤️

Całą ostatnią ciążę przeżyłam w trudnej sytuacji osobistej, ale i w spokoju biorącym się z nastawienia na pd. Ginekologa odwiedziłam raz na początku, żeby potwierdzić ciążę, raz po coś na infekcję intymną (leki nie zadziałały, dopiero moja głowa mi pomogła) i raz w 36 tc. żeby zrobić badania podstawowe (w porę;)) i usg, żeby wiedzieć jak dzidziuś jest ułożony.

Długo byłam nastawiona na pdbam, ale pod koniec ciąży wystraszyłam się, że po moich obrażeniach krocza z powodu gigantycznie spierd….nych nacięć z poprzednich porodów, i przewlekłej infekcji pęknę tak strasznie, że się wykrwawię i nawet nie będzie miał kto wezwać karetki, więc zdecydowałam się rodzić z położną i doulą na wszelki wypadek. A tu Ci psikus, bo nie pękłam nawet na milimetr, mimo, że to był szybki poród😜

Koło 20 zaczęły się skurcze, które przez 4h przechodziłam sobie sprzątając, bawiąc się z dziećmi, gotując zupę (nawet nie byłam pewna czy to już ;)), położyłam koło północy synków, pobujałam się na hamaku, poskakałam na piłce, pojadłam sobie i po 2ej zadzwoniłam nieśmiało do douli (aż mi głupio było, że o takiej porze), żeby zapytać czy to już może rodzę (widzicie jak bardzo można nie ufać ciału jeśli miało się wywoływane oksytocyną, balonikiem itd. porody? 😭), a że doula właśnie  wracała z położną z porodu w mojej okolicy, to zajrzały do mnie tak po pół godziny od telefonu. Okazało się, że faktycznie rodzę, ale, że do rana nic z tego, żebym poszła spać, one też się położyły odpocząć…

Jak tylko się położyłam poczułam straszny ból i polała się krew, dużo krwi… Akcja przyspieszyła, praktycznie nie miałam przerw między skurczami, doszły bóle krzyżowe, tens nie pomagał nic a nic, ucisk na talerze biodrowe też nie, o basenie to już nawet nie myślałam, chciałam tylko, żeby ten ból minął…. Byłam tak zamknięta w kroczu, że hej. A krwi było coraz więcej… W oczach położnej pojawił się strach… Ja go nie czułam, ale na propozycję transferu do szpitala karetką bez położnej (najbliższego otwartego oddalonego o 2h drogi) przypomniałam sobie, że przecież chcę rodzić w domu!!! Nie chcę znowu okaleczyć siebie i dziecka! Z drugiej strony umysł kontrolował “możesz osierocić dzieci, jeśli zaryzykujesz”…

Ale zaufałam SOBIE! Poczułam MOC! Otwarłam się na to, że dam radę i będzie dobrze! Posłuchałam ciała, które mnie poprowadziło, podpowiadało co robić dalej. Stopniowo, z pomocą rozgrzanych olejkami dłoni douli masującej od zewnątrz moje krocze, w pozycji stojącej i na zmianę kucającej na kanapie już nie walczyłam z bólem – przetransformowałam go w siłę stworzycielki! Jak bogini powoływałam na świat NOWE ŻYCIE! Byłam kanałem energii łączącej niebo z ziemią! Świat przestał dla mnie istnieć, byłam tylko ja i moje dziecko – MY byliśmy całym WSZECHSWIATEM! W tym momencie wreszcie pękł pęcherz płodowy i kiedy rzeka wód ściekała mi po nogach a główka zaczęła wychodzić poczułam NAJCZYSTSZĄ ROZKOSZ! Jakby gorąco między nogami, które z każdym skurczem rozpływało się po moim ciele, aż objęło mnie całą, po czubki palców, włosów! Główka powoli posuwała się na zewnątrz, a ja nigdy nie czułam się tak cudownie jak w tym momencie😍 Nie parłam nic a nic, to działo się samo, gdy wolałam na głos “Aleeeeksaaaandrzeeee, Aleeeksaandrzeee, przyyyyjdź!!!”, a on z każdym głębokim wydechem był bliżej i bliżej na świecie😍 A ja drżałam z rozkoszy nie do wytrzymania😍 Przedłużałam jak mogłam, żeby to jeszcze trwało, ale ostatecznie jakoś po 3ej:30 w nocy Aleksander postanowił wypłynąć cały:) Piękny jak cud, idealny, różowy😍

Kolejne ze dwie godziny rodziło się łożysko, które zostało z nim połączone przez następne trzy dni, choć wcześniej nie brałam pod uwagę na poważnie porodu lotosowego, ale jakoś tak samo wyszło 😍

Pierwszy raz odważyłam się opisać to co przydarzyło mi się w nocy 24/25 października, co uczyniło mnie inną kobietą, silną i będącą w zaufaniu do siebie❤️ Choć nie planuję kolejnych ciąż i porodów (ale poprzednich trzech też nie planowalam😂😜), to gdyby spotkało mnie znowu to szczęście, chciałabym urodzić już bez formalnej asysty medycznej, ewentualnie w czułym towarzystwie takiej kobiety jak Magda czy Wiola – którym dziękuję, że pomogły mi doświadczyć cudu narodzin w domowym zaciszu i zaufaniu do naturalnej, kobiecej mocy stwarzania❤️❤️❤️

Kasia i Krzysztof

Kasia i Krzysztof

Uwielbiam rodzić! To jedyny taki moment w życiu. Pełen silnych emocji, bólu i ekstazy, siły i wyczerpania, koniec i początek jednocześnie. Za każdym razem rodziłam się i Ja.

Sobota, 5 października 2013 roku. 

Już od kilku dni namawiam Maleńkiego żeby się zdecydował na Przejście. Duży urósł. Lekarz już na ubiegły tydzień wystawił skierowanie do szpitala na wywołanie porodu, „bo duże dzieci, powyżej 4 kg, to ryzyko w porodzie”. Czułam, że się nie zgadzam, choć bardzo sobie ceniłam wsparcie mojego doktora podczas trudnych początków ciąży z Maleńkim. 

Wsparcia i otuchy dodawały mi Doula i Położna, która mówiła, że „duża kobieta musi mieć duże dziecko, bo małe by się zgubiło”. Podobało mi się takie tłumaczenie. Poza tym córki też się rodziły spore, więc nie miałam wątpliwości, że dam radę. 

We środę byłam na kontroli u Położnej, która oceniła, że poród może się zacząć w każdej chwili. Przestałam wyczekiwać sygnałów. Mieliśmy za sobą już kilka falstartów, a poza tym wiedziałam, że gdy Maleńki będzie gotowy, to da znać. 

Zapewniałam Go jedynie o naszej Miłości i o tym, że Wszyscy już na Niego czekają i są przygotowani na Jego powitanie, a ja akceptuję każdy sposób, w jaki zdecyduje się na Przejście. Jak się później miało okazać sprawdził tą moją akceptację, ale o tym później. 

Niedziela 6 października 2013 roku. Pierwszy dzień reszty życia. Kilkadziesiąt minut po północy obudził mnie silny skurcz. Przekręciłam się na bok licząc po cichu, że to już ten moment, ale nie chciałam zapeszać. Za moment kolejny skurcz i kolejny. Ocho. Maleńki daje znać. Już czas. 

Mąż nie spał jeszcze. Patrzył na mnie czujnym, czułym okiem, gdy zaczęłam swoje porodowe rytuały. Oddech. Zamknięte oczy. Poddanie się fali, która zaczęła mnie dość regularnie ogarniać. Muzyka – krótka mieszanka moich ulubionych kawałków, kilka nowych poznanych dzięki Mojej Douli. Lubię tak o Niej mówić. Moja. 

Ruch. I ta Radość – taka, która sprawia, że aż chce się skakać i krzyczeć! No i masa śmiechu. Poczucie humoru to cecha, którą najbardziej cenię u Męża. Za niedługo miałam się przekonać na własnym ciele o słowach Iny May Gaskin, że śmiech otwiera. Fala ogarniała mnie raz silniej, raz słabiej, ale regularnie, w krótkich odstępach. Nie było wątpliwości – dziś przywitamy Maleńkiego. 

Prysznic. Błogość. Ok. 1.30 nad ranem zadzwoniłam do Położnej i umówiłyśmy się w szpitalu za kilkadziesiąt minut. Potem telefon do Douli. Ależ mało czasu dałam Jej na dojazd. Ale ciężko było logicznie myśleć. Byliśmy wyszykowani. Teraz jeszcze buziaki dla Dziewczynek, które słodko spały, dla mojej Mamy i w drogę. 

Oddawanie się skurczom podczas jazdy samochodem nie jest łatwe. A może to fakt, że nie można się ruszać. Zamykałam oczy i wyobrażałam sobie jak się otwieram. Oprócz pomruku silnika słychać było moją muzykę porodową i mój własny porodowy pomruk. Mąż od czasu do czasu pytał czy jeszcze nie rodzę, czy zdąży dojechać. 

Zdążył. Przed szpitalem czekała już na nas Doula. Pomogła mi się wygramolić z samochodu. Skurcz. Mąż wyjmował torbę z bagażnika i dla żartu założył kask budowlany na głowę i powiedział „no to idziemy?!” – bardzo nas rozbawił. Znowu śmiech. Kask wrócił do bagażnika a my na izbę przyjęć, gdzie czekała już Położna. 

Ach te izby. Przywitała mnie masa dokumentów i pytań, na które nie potrafiłam odpowiadać – kod pocztowy? data urodzenia? NIE PAMIĘTAM! Na szczęście Położna chwyciła mnie za ramię i powiedziała, że najpierw mnie zbada a potem dokończymy formalności. Skurcz. Fotel. Skurcz. I cudowna wiadomość że mam 8 cm. Jest 2.30. 

Bardzo chciałam rodzić w Domu Narodzin. KTG było dobre. Podczas badania KTG Mąż dopilnował formalności, a Moja Doula była przy mnie, blisko. Wspierała mnie czułym dotykiem, ciepłym wzrokiem i słowami „wyglądasz jak bogini”. Nie zapomnę Jej tego! Dziękuję! Tak się wtedy poczułam. Niestety moje kiepskie wyniki morfologii pokrzyżowały plany porodu w Domu Narodzin. OK. Blok porodowy. Najfajniejsza sala, jak zapewniała Położna. Czułam, że już nie ma to dla mnie znaczenia. Rodzę! Reszta jest nie istotna. 

Między skurczami przeszliśmy na salę porodową. Nie pamiętam zbyt wiele. Miałam prawie przez cały czas zamknięte oczy. Łączyłam się w ten sposób ze sobą i z Maleńkim. Nie pamiętam jak się przebrałam. Pamiętam podłogę. Doula ściskała biodra podczas skurczu, ramiona Męża były mi oparciem… dobrze mi było na podłodze na czworaka. Położna stała z boku. Bez słowa przyglądała się. Czuwała. …

Zdecydowałam się wejść do wanny. Ciepła woda. Skurcze nie ustawały, ale jeszcze nie czas na parte. Położna sprawdzała tętno. OK. Skurcz. Badanie, wody odeszły. Skurcz. Tętno – cisza! Nic. Głucha cisza. … Położna zdecydowanym głosem poporosiła Męża i Doulę, aby pomogli mi wyjść z wanny. Sama zawołała po lekarza. Mijały sekundy. I w ten krótki czas zaakceptowałam – w pełni – że za chwilę wyląduję na sali operacyjnej, gdzie będą ratować Maleńkiego. Odpuściłam totalnie. Poród to My – ja i On – więc skoro tak wybiera to ja jestem dla Niego. Jakoś dostałam się na fotel. Zmiana pozycji i tlen pomogły. Tętno wróciło – Maleńki zdecydował się na Przejście. Po kilku skurczach poczułam parte. 

Dzisiejsze łóżka porodowe pozwalają na wiele. W pozycji kucznej na łóżku zaczęłam przeć. Jest 4.00. Z każdym skurczem czułam jak Maleńki przesuwa się kawalątek po kawalątku i pokonuje swoją drogę na ten świat. Z każdym skurczem jest bliżej. Potem chwila by główka sama się wyłoniła … krótkie oddechy „a.. a.. a.. a.. a..” i … jest. 

Słyszę śmiech Położnej „no zobacz co on robi!” – potem się dowiedziałam, że z zamkniętymi oczami kręcił główką, jakby chciał się wykręcić ze mnie. Kolejny skurcz i barki. Byłam świadoma każdego fragmentu ciałka, które się rodziło. Jest 4.20. Maleńki ląduje na moim brzuchu, mrucząc opowiada o swoim Przejściu. Jeszcze przez kilka dni będzie mi wymrukiwał historię swojego Przejścia. Tętniąca pępowina łączy nas jeszcze przez kilka chwil. Jest niesamowita. Zupełnie inna. Jak korale. 

Zapach Maleńkiego jest cudny. Jak narkotyk. Nie mogę oderwać nosa od Niego. Widzę wzruszenie Męża. Witamy się. Tulimy. Wąchamy. Karmimy. Zaczynamy nowy rozdział naszego życia z Krzysztofem Józefem, urodzonym siłami natury, 6 października 2013 roku o 4.20, 4,5 kg, 59 cm.  

Uwielbiam rodzić! To jedyny taki moment w życiu. Pełen silnych emocji, bólu i ekstazy, siły i wyczerpania, koniec i początek jednocześnie. Czuję się wyróżniona, że mogłam rodzić aż trzy razy. Za każdym razem inaczej, za każdym razem wspaniale. Za każdym razem rodziłam się i Ja.

Karolina i Bruno

Karolina i Bruno

Kolejny skurcz to niepohamowana siła życia, nie do porównania z czymkolwiek innym i zupełnie niezależna od mojej woli. Jeszcze jeden ucisk i całe ciałko wyłania się ze mnie. 

(21.09)

Pierwsza ciąża była dla mnie czasem ogromnie stresującym. Wszystko było nowe, nieznane i chociaż już wtedy byłam dość mocno ‘wyedukowana’ w tematach porodowych i całą ciążę dążyłam do porodu domowego to jednak ta nowość, lęk przed fartuchem, wewnętrzne obawy nie dawały mi spokoju. Natura zdecydowała jednak tak, że zamiast wyboru: poród w domu czy poród w szpitalu musiałam wybrać między indukcją a cesarskim cięciem. Zgodziłam się na indukcję. Pierworodnego synka przywitaliśmy po zaledwie 4,5 h od podania oksytocyny. Chociaż nie było naturalnie, to było dobrze. Jedyną interwencją była wstępna kroplówka… gdy po 1,5 roku od narodzin synka dowiedziałam się, że znów jestem w stanie błogosławionym od razu wiedziałam – tym razem urodzę w domu. I jakby cały wszechświat zgodził się ze mną i ułożył wszystko tak, aby wymarzone narodziny stały się możliwe.

Ciąża była zupełnie inna niż ta pierwsza. Opieka nad malutkim dzieckiem, praca, studia… wszystko to dawało mi w kość i psychicznie, i fizycznie. Od 30 tygodnia miewałam częste skurcze i lekarz zastanawiał się, czy donoszę. Gdy tylko mogłam medytowałam i słuchałam nagrań relaksacyjnych, wizualizowałam cudownie spokojny, domowy poród, możliwie dużo czasu spędzałam na łonie natury i wśród bliskich, życzliwych osób. Gdy w 37 t. c. moja położna powiedziała, że szyjka jest skrócona i przepuszcza 2 palce wiedziałam, że urodzę niebawem. Zresztą, od początku ciąży czułam, że Bruno przyjdzie na świat 21 września.

Jednak w sobotni ranek 21.09 nic nie zapowiadało, że Bruno chciałby przyjść na świat właśnie dziś. Wiedziona jakimś instynktem około godziny 10 idę do ciepłej kąpieli i wychodząc z wanny widzę, że odszedł czop śluzowy. Ze śmiechem mówię mężowi, że to już, zaczyna się. On jakby nie może uwierzyć, dopytuje skąd wiem. Nie mam skurczy, właściwie nic się nie dzieje, a ja jestem wewnętrznie przekonana, że właśnie tak zaczynają się spokojne narodziny. Dzwonię do dziadka, żeby zabrał mojego dwulatka bo rodzę. Zaalarmowany tym hasłem zjawia się błyskawicznie i nie może uwierzyć, że to już poród. Dopytuje “boli cię”. Chyba nie bardzo może uwierzyć, że nie. W międzyczasie piszę smsa do położnej, że dzisiaj urodzę. A. przyjeżdża na chwilę, żeby sprawdzić sytuację. Wyrokuje, że czop odszedł, ale nic się nie dzieje. Gdy będzie potrzebna, mamy po nią dzwonić. I znika. Wdzięczna jej jestem za to, że zostawia nas samych. Teraz nie potrzebuję obecności nikogo, oprócz męża.

Michał pompuje basen porodowy, ja sprzątam mieszkanie. Co jakiś czas zalewają mnie fale porodowe, ale zupełnie nie przeszkadzają mi w tej pracy. Wrzucam na uszy nagrania hipnozy na czas narodzin z programu “Cud Narodzin” i czuję, że powoli zaczynam odpływać w swój bezpieczny świat, pełen bezpieczeństwa i relaksu. W pewnym momencie mówię mężowi, że idziemy na spacer. Teraz i już. Nie protestuje. Ja mam na uszach ciągle słuchawki, on powoli idzie obok mnie. To pierwszy prawdziwie magiczny moment tych narodzin. Idziemy bardzo powoli. Ja co chwilę zatrzymuję się, kręcę biodrami, czasem mruczę. Mijający nas ludzie dziwnie patrzą. Mam ich gdzieś. Zamykam oczy i daję się prowadzić Michałowi. Czuję się bezpieczna i bardzo spokojna.


Gdy wracamy do domu jest 15.20, a ja padam na łóżko i zasypiam. Całkowicie. Po prostu odpływam na dobre pół godziny. Budzi mnie mocna fala ucisku i dwie myśli: 1. przy takich falach absolutnie nie da się leżeć, 2. jeśli pośpię dłużej wyciszę całą akcję. Wstaję więc i idę do łazienki. Michał zapala mi świeczki na wannie. Zamykam drzwi i puszczam wodę. Na uszach wciąż relaksująca muzyka i nagranie Cudu Narodzin. Jest mi przyjemnie ciepło, spokojnie. Słyszę, że M. piecze w kuchni domowy chleb. Jednak poród przyspiesza. Doznania robią się coraz bardziej intensywne. Fale ucisku są coraz bliżej siebie. W końcu proszę M, aby był ze mną, żeby mi pomógł. Nie wiem ile mija czasu. Czas się zupełnie zaciera. Proszę, aby zadzwonił po położną. Chcę, aby sprawdziła czy posuwamy się do przodu. Gdy przyjeżdża i bada mnie mam 4 cm rozwarcia. Dobrze, czyli wszystko idzie tak, jak iść powinno. Mamy prawie 17.00

Z nieuwagi skurcz łapie mnie w pozycji leżącej i czuję się tą pozycją tak przygnieciona, że nie wiem co ze sobą zrobić. Krzyczę. Na leżąco absolutnie nie można rodzić, ja nie mogę. To nieludzkie zmuszać kogokolwiek do pozostawania w takiej pozycji. Idę do balkonu i otwieram go na oścież. Jest mi bardzo gorąco. Wieszam się na mężu i pięknie ‘śpiewam’ na każdym skurczu. Przeżywam swój kryzys. Mówię, że nie dam rady. Słyszę słowa zachęty i wsparcia, za które jestem tak bardzo wdzięczna. Mąż mówi mi, że już niedługo przytulimy naszego synka. Właściwie, to nie mówię do niego… bardziej mówię do siebie, to taki wewnętrzny dialog, jedna część mnie mówi, że to niemożliwe, że dam radę, a druga odpowiada, że właśnie tak, daję radę, właśnie tu i teraz rodzę mojego synka i cudownie daję radę. Krótkie badanie w pozycji stojącej: tak, mamy 7 cm. Zwisając na mężu otwieram się coraz bardziej i mówię sobie wewnętrzne TAK. Niech się dzieje.

A. pyta czy mnie nie popiera. Nie wiem. Wszystko jest takie dziwne. Intensywne, a jednocześnie zupełnie surrealistyczne. Może trochę. Szybkie badanie. 8 cm z kawałkiem. Prosi, żebym uklękła. Kątem oka widzę zegar wiszący w centralnym punkcie pokoju – jest po 18. Opieram się więc o moją kanapę. Fale zmieniają się. Nie są tak częste. Nie są już tak intensywne, chociaż ciągle bardzo silne, między nimi są dłuższe przerwy. A. prosi ‘tylko nie przyj jeszcze’. Kiwam głową, ale to jest niemożliwe. Kolejny skurcz to energia, która sprawia, że pęka pęcherz i prawie jednocześnie wytacza się ze mnie główka Bruna. To niepohamowana siła życia, nie do porównania z czymkolwiek innym i zupełnie niezależna od mojej woli. To jedyny moment, w którym czuję strach. Boję się, że nikt nie zdąży go złapać. Ta siła wyrywa ze mnie okrzyk “przeć” i cichą modlitwę o to, żeby Bruno zsunął się na czułe ręce położnej. Na szczęście A. jest już za mną i podtrzymuje maleńkiego. Jeszcze jeden ucisk i całe ciałko wyłania się ze mnie.

Zrzucam z uszu słuchawki. Zapada cisza… Bruno nie płacze. Nie kwili. Pytam czy wszystko dobrze? Tak, wszystko jest dobrze. W pokoju panuje półmrok. Jest 19.05 a mój synek jest już na mojej piersi. Ma szeroko otwarte oczy i rozkosznie ciepłe ciałko całe pokryte białą mazią. Przytulam go i chyba płaczę ze szczęścia. Jest cudowny. Michał przytula nas. A. wiedziona instynktem dobrej położnej znika gdzieś dając nam chwilę na nacieszenie się sobą, na poznanie się, przywitanie. Ten czas, którego tak bardzo brakowało mi po narodzinach pierwszego synka, tutaj w domu jest pełen radości, bliskości i uniesienia. Nikt mnie nie pospiesza, nikt nic nie karze. Tulimy się. Wszyscy czujemy, że stał się cud.

Niestety magia się kończy, gdy rodzi się niekompletne łożysko. Szpitalna rzeczywistość rozrywa moje serce na kawałki. Zabieg łyżeczkowania po krwotoku, spięcia z personelem, jakaś taka atmosfera nieprzychylnego zdziwienia… Wychodzę na własne życzenie straszona możliwymi komplikacjami. Przerażeniem napawa mnie myśl o tym jak trudno byłoby mi się otworzyć w niesprzyjających warunkach, o wybijających z rytmu badaniach, o tym że maleńki miał ramionka szersze od główki i jakie konsekwencje mogłoby to mieć przy wcześniejszym przebiciu pęcherza lub pozycji leżącej przy parciu… W duchu czuję jeszcze większą wdzięczność za ten domowy cud narodzin. Za to, że Bruno mógł pierwsze prawie dwie godziny spędzić w przyjaznej przestrzeni własnego mieszkania, że nikt nie ingerował w naturalność jego przyjścia na świat, że wszystko mogło dziać się w jego i w moim rytmie, za to że nie pękłam. W domu znów jest dobrze, bardzo po naszemu. Spokojnie. Delikatnie. Cieszymy się sobą.

Ania i Sara

Ania i Sara

Ta mina męża… Jak mi opowiadał, jak zobaczył jej twarz zwróconą w jego twarz, kiedy reszta jej ciałka była jeszcze we mnie… Takie doświadczenie jest w stanie wynagrodzić wszystko!

To miał być planowany poród w domu, tak jak z pozostałą dwójką…


Córeczka jednak od samego początku postanowiła sprawiać nam niespodzianki: niespodziewanie pojawiła się w naszym życiu, niespodziewanie z chłopca “zamieniła się” w dziewczynkę i wybrała niespodziewane, przez nas w najśmielszych snach, okoliczności swoich narodzin. Kiedy w sobotę rano zadzwoniłam do naszej położnej powiedziała, że ma jakieś spotkanie i nie dojedzie do nas…. Kazała jechać do szpitala, gdyby akcja się rozkręciła.


Rozmawiałam z nią o 9.30 i nie byłam pewna czy coś z tych słabiutkich skurczów będzie, skurcze były naprawdę minimalne, z tym, że regularne co 5 minut, ale ledwie odczuwalne, nawet nie mogę powiedzieć, że bolały, bo nie bolały, raczej sprawiały taki dyskomfort.


Jak rodziłam synka to od takich skurczów do tych rozwierających szyjkę minęło kilka godzin, ale na wszelki wypadek wysłałam męża, żeby dzieci do teściów zaprowadził. Nie było go może 20-25 minut, w tym czasie dopakowałam torbę, naszykowałam sobie ciuchy i poszłam pod prysznic, żeby się ogarnąć.


Kiedy wyszłam z brodzika to miałam taki skurcz, że aż mnie powalił na kolana (dosłownie), był potworny, ale trwał tylko z 10 sekund. Wstałam, ubrałam stanik, bluzkę i rozczesałam włosy. I… kolejny taki skurcz, znowu do klęku (siła skurczu normalnie jak fala tsunami), akurat wszedł mąż i jak mnie zobaczył, zaczął poganiać, bo doskonale pamiętał, że to już niedługo. Pomógł mi ubrać majtki, skarpety, spodnie, zebrał resztę rzeczy, a ja w tym czasie kolejne 3-4 takie skurcze.


On się nawet nie rozbierał, tylko w butach i kurtce, wziął moje buty, a ja sobie uświadomiłam, że nie dojedziemy do szpitala! Czułam po prostu, że za chwilę będzie po sprawie! Do szpitala mamy 15 km, przez wioski, a do tego sobota rano – ruch duży, co najmniej pół godziny w aucie, nie widziałam szans… Mąż powiedział lekko wystraszony: Ok, to zostańmy, bo lepiej chyba tu w domu, niż w aucie, kiedy na zewnątrz temp 2 stopnie…


Zerwałam dosłownie z siebie ciuchy (taki instynkt, że brakowało tylko ryku lwicy do niego) i wskoczyłam z powrotem pod prysznic, ledwie odkręciłam wodę, pękł worek owodniowy i polały się wody.


4 parte i na 5 pokazała nam się (a właściwie mężowi, bo ja rodziłam stojąc, pochylona w przód i oparta o ścianę, a mąż kucał za mną) czarna kudłata główka, 6 skurcz wyszła głowa, 7 skurcz i mąż trzymał w rękach naszą córeczkę… Po 5 minutach urodziło się łożysko.


Mała zważona została dopiero o 17-stej, po pierwszej kupie, więc pewnie gdyby była ważona po porodzie byłoby ponad 4 kg (waga: 3980 g, długość: 55 cm).


O 20-stej był u nas neonatolog, wcześniej już umówiony, zbadał, uzupełnił wpisy w książeczce i szczerze zafascynowany nam pogratulował. Wszystko ok, z Sarą i ze mną, łożysko całe, krocze też!Wrażenia niesamowite… Nie planowaliśmy tego, ale było pięknie… Mój mąż jest cudowny….


Dziękuję Bogu, Mężowi i Naturze, bo dzięki nim to był najpiękniejszy i najbardziej niespodziewany z moich trzech porodów.

Agnieszka i Józef

Agnieszka i Józef

Położne: smółka! Stan najwyższego alarmu. Już wiedzą, że dziecko rodzi się w ułożeniu pośladkowym! Nikt z nas nie miał pojęcia, że głowa nie jest na dole…

A było to tak…

13.03.11. Niedzielny poranek, tzw. termin.

Skurcze krótkie i miłe, dające nadzieję początku po prysznicu znikają.

Niedzielne południe.

Wracają co 10 minut, ale są krótkie, niebolesne i się nie nasilają. Niemniej regularność sprawia, że dzwonię o 14.30 do Mojej Położnej z informacją. Ustalamy, że dojedzie w ciągu godziny. Przed 16 jest u nas. Ja siedzę sobie na skraju łóżka ubrana stosownie do okazji w mężowską koszulkę z reklamą piwa dla rozluźnienia atmosfery. Po badaniu 4 cm rozwarcia, skurcze bez zmian, głowa wysoko. Rozmawiamy na tematy akwarystyczne, podróżnicze, spożywcze oraz wszelkie inne. Nuda, panie jednym słowem.

Badanie ok 18:00: 6 cm, ale głowa nadal wysoko, skurcze nieco częstsze i mocniejsze, luz – blues. Po 19 przyjeżdża druga Położna (zwana dalej Położną Pomocną). Mnie już trochę mocniej bierze, więc jak zebrani rozmawiają sobie i pija kawkę, ja zamykam oczy i oddycham głęboko. Moja Położna wpada na pomysł, by zostawić nas samych. One idą do kuchni. O jak nam to dobrze robi! Jak dobrze jest się przytulić!

W pokoju ciemno, tylko świece, cicha, spokojna muzyka. Od mniej więcej tego momentu tracę poczucie czasu i nieco słuch. Położne wracają z pomysłem zawiązania mnie w chustę, ponieważ główka nadal nie wstawiła się do wyjścia. Zawiązują mnie w elastyczną chustę do noszenia dzieci. Najpierw poleguję nieco na lewym boku, potem siadam, Położna Pomocna za mną. W czasie skurczu (coraz mocniejsze) ona dociska chustę, Moja Położna masuje mi na nogach punkty odpowiedzialne za pobudzenie skurczy. Pocieszają mnie, że jak tylko odejdą wody pójdzie jak z płatka. Jestem bardzo zmęczona. Muszę wstać, ściągamy chustę, opieram się o łóżeczko. Skurcze są naprawdę bardzo mocne i długie dodatkowo dochodzą nieznane mi wcześniej potworne bóle krzyżowe, rzecz trudna, bo oddech ich nie łagodzi.

Na szczęście Położna Pomocna (która jest osobą drobniutką) idzie z pomocą i z jej maleńkich dłoni płynie wielka moc: w czasie każdego skurczu ściska mi biodra z przeogromną wręcz siłą. Opieranie o łóżeczko zastępuję zawieszeniem się na Mężu, który tak bezpiecznie pachnie…

Wody zaczynają się sączyć, ale mizernie, głowa nadal wysoko. Najpierw wizualizuję lejące się wody, później łagodnie ponaglam, a z nadejściem sławnego 7 cm operuje w myślach tylko zaawansowana łaciną. Słowo się rzekło, kobyłka u płota. Odchodzą wody zalewając całą podłogę. Na szczęście liczne stare prześcieradła w pogotowiu i potopu nie ma. Zaczynam pojękiwać, płyną ze mnie niskie tony, wibrują w całym ciele.

I teraz tak: w poprzednich porodach był to moment, kiedy czułam ewidentnie przejście do drugiego rozdziału, kiedy czułam wręcz kosmiczny przypływ mocy, która wchodziła we mnie jakby z góry, wypełniała ciało i wychodziła wraz z dzieckiem. Wszystko to ułamki sekund, ale absolutnie do wyczucia. A tu nic. A raczej coś nowego. Poczucie, że przede mną trudny etap, jakby początek ostatecznej walki (?). Patrzę na podkłady pode mną i co widzę??!!!!?!?!? Smółka!!!! Ale o co chodzi???

Moja wersja ciągu dalszego: nie mogę stać już. Klękam przy łóżeczku, jedna noga odwiedziona, niewiele słyszę, tylko Moją Położną w tle: oddychaj, super, świetnie, oddychaj itd. Przychodzi parcie, ale jakieś obce, nieznane. Poddaje się mu. Niewygodnie. Przesuwam się na kolanach do naszego łóżka, klękam przy nim, oddycham, pojękuje. Czuję, że urodziło się już trochę dziecka, ale nie ma ulgi jak przy wyjściu główki. Dotykam. Małe to i dziwne!!?!

Zaglądam i niewiele widzę (w pokoju oprócz świec mała lampka). Pierwsza myśl: pępowina wypadła, ratunku!! Ale nie ma czasu na stres. Słyszę Moją Położną: podeprzyj głowę rękami, będzie ci wygodniej. Jeszcze jeden skurcz i czuje, że dziecię urodzone. 4 ręce pode mną łapią i pierwsze co naprawdę słyszę: Syn. Zrywam się do wstania, bo JUŻ go chce zobaczyć i przytulić. Kładę się na łóżku, dostaję mojego Józefa Jakuba.

Położne mnie okrywają, czekamy na łożysko. Rodzi się w ciągu kwadransa. Potem niewielkie szycie po malutkim pęknięciu. Ja tulę moje maleństwo i kwilę, ono trochę ssie pierś. Po ok 1,5 h pomiary. Kładziemy się do łóżka i jest tak dobrze…

Wersja Męża od chwili odejścia wód: Położne do siebie: smółka! Położna Pomocna wyciąga strzykawki, buteleczki, rozkłada walizy – wszystko na wszelki wypadek, patrzą na siebie, są w dużym napięciu, ale nie ma paniki. Stan najwyższego alarmu. Już wiedzą, że dziecko rodzi się w ułożeniu pośladkowym!!! To co ja dotykam myśląc, że pępowina to nic innego jak genitalia mojego syna. Nikt z nas nie miał pojęcia, że głowa nie jest na dole…. o i taka to droga Józefa do domu.

P. S. Podczas zakładania szwu doznaję olśnienia i wołam: słuchajcie, ja już WIEM! To było 4.03! W środku nocy obudziło mnie wielkie szarpnięcie brzucha ale, za chiny ludowe nie pomyślałam, że to obrót!! (Ja, która o ciążach – porodach wiem niemało a i Józef jest 4 dzieckiem). Nawet mocno się zmartwiłam, bo dziecko do świtu nie ruszało się, mimo potrząsania, kołysania, bujania, próśb i gróźb. Jako, że rano zaczęło fikać koziołki zapomniałam o całej sprawie.

Dopisek po czasie: myślę, że tak bardzo zarządzałam energią w trakcie porodu, że taki poród był mi zapisany – stąd całkowite wykluczenie myśli o obrocie, nie rozpoznanie go.

Kamila i Hugo

Kamila i Hugo

Rodzić w Ekstazie przekraczającej ból, z Oddechem Życia, poddając się Wewnętrznemu Prowadzeniu, rozszerzając granice swego Istnienia na Nowy Wszechświat.

Szamanka Narodzin – narodziny Tęczowego Wojownika (cd historii Kamila i Angus)

Będąc w ciąży z Hugo miałam jeszcze większą samoświadomość. 

Kontynuowałam pracę z dźwiękami gongów i mis. Podążałam za swą intuicją. Wiedziałam, jak ważne jest pokochanie i zaakceptowanie swojego ciała, uwolnienie i przetransformowanie bolesnych historii z pamięci komórkowej. W rozbrajaniu kolejnych warstw swojego „ciała bolesnego” pomagała mi tantra i techniki szamańskie. Praca z nagością pozwoliła na oczyszczenie mojej seksualności i czerpania z niej przyjemności, wyzbycie się resztek wstydu i w pełni zaakceptowania mojego ciała jako Świątyni Ducha. Metoda rekodingu odcisku limbicznego pozwoliła mi stworzyć Nową Wizję Narodzin. 

Spotkałam się także z amerykańską położną “mistrzynią duchowego położnictwa” Iną May Gaskin na warsztacie “Potencjał porodu” w Warszawie, który przypomniał mi, jak ważne podczas porodu są intymność, poczucie bezpieczeństwa, rozluźnienie i całkowite poddanie się procesowi.
Mieszkałam już wtedy na wsi i czułam coraz silniejszy kontakt z naturą. Wiedziałam, jak ważne jest przebywanie w przyrodzie, czułam, że jestem jej nieodłączną częścią. 

Udało mi się szczęśliwie znaleźć położne, które zgodziły się na przyjęcie porodu domowego i lotosowego – co było dla mnie niemal cudem. Mieszkam teraz na południu Polski, na wsi, daleko od Warszawy, gdzie mieszkałam wcześniej, gdy rodziłam Wikę i Angusa.
Bardzo ważne w moich doświadczeniach porodowych było podążanie za czymś, co mogę nazwać, swoistym rytmem porodu. Czyli zaufanie procesowi, całkowita akceptacja, uszanowanie i poddanie się Spiralnemu Tańcu Tworzenia. Nie przyśpieszając go, ani nie spowalniając.
Właśnie dzięki takiej postawie totalnej otwartości, miękkości i przyjmując wszystko, co się pojawia – i ból, i zmęczenie – mogłam przywitać moje trzecie dziecko, doświadczając potężnej fali rozkoszy… ból przerodził się w doświadczenie orgazmiczne… i tak narodził się mój syn Hugo, wprost do mych rąk, w ciepłej wodzie. 

Ten wiersz napisałam na dwa tygodnie przed urodzeniem Hugo, będąc już mocno w polu narodzeniowym i czując energię Szamanki Narodzin , która chciała się przejawić we mnie i przeze mnie….


Szamanka Narodzin ta która wie jak rodzić z rytmem Matki Ziemi świadomie w Ekstazie przekraczającej ból z Oddechem Życia podążając za ciałem poddając się Wewnętrznemu Prowadzeniu w swoim tempie tańcząc śpiewając otwierając się rozszerzając granice swego Istnienia na Nowy Wszechświat i jego słowa okazały się prorocze…


Gdy 6 listopada obudziłam się rankiem z lekkimi skurczami, wiedziałam, że tego dnia urodzę, byłam bardzo podekscytowana, a zarazem spokojna, bo od miesięcy oczekiwałam tego momentu, a w ostatnim miesiącu ciąży wyraźnie czułam silną energię Hugo i obecność Szamanki Narodzin. Chciałam urodzić w domu, lotosowo, więc zadzwoniłam do Krzysi, położnej, która razem z Bożeną zgodziły się na towarzyszenie mi w tej niezwykłej podróży porodowej.
Kiedy w przerwie pomiędzy początkowymi skurczami wyszłam na spacer do lasu, na niebie pokazała się podwójna tęcza – obwieszczająca rychłe narodziny Tęczowego Wojownika. Czułam narastającą radość, że już tuż tuż… i pojawi się na świecie.

Przywołując Szamankę Narodzin podczas porodu Hugo łączyłam się z pradawną, komórkową mądrością ciała, ufając i poddając się naturalnemu rytmowi narodzin w spiralnym tańcu stworzenia przy dźwiękach gongów, mis i bębna, które rozpuszczały moje napięcia; surfując na falach narodzeniowych, przy wsparciu położnych – kobiet, które swym dotykiem i obecnością dawały ukojenie, puszczając resztki lęku i chęci kontroli, weszłam do ciepłej wody rozluźniając się całkowicie… Fale stawały się coraz intensywniejsze, a ja instynktownie płynęłam razem z nimi, używając mojego głosu – intonując spontanicznie dźwięki… i przy najwyższej fali, przy siedmiu centymetrach rozwarcia zalała mnie fala potężnej energii rozkoszy i ekstazy… po pięciu minutach Hugo dosłownie wyślizgnął się do basenu wprost w me ramiona… Moje ciało dobrze wiedziało jak urodzić łagodnie, bez presji i parcia, bez przemocy i siły… Moja joni jak kwiat rozkwitła, stworzona do tego, by rodzić… Hugo pozostał połączony z placentą, po sześciu dniach 12 listopada odpępowił się, rodząc się w pełni, świadomie do zewnętrznego świata, a ja trwam tak dalej na fali porodowej ekstazy, narodzona na nowo razem z moim synem, we wdzięczności i wielkiej radości z cudu jakim jest Życie.

Karina i Krzyś

Karina i Krzyś

„Jeśli nie żyjemy tym, w co wierzymy, to jest to oszustwo”. Nagle wiem, że urodzę, gdzie i jak chcę, że ufam sile rodzenia, która mnie poprowadzi. Przychodzi spokój.

Wiosenny Krzyś

O tym, że będę rodzić w domu wiedziałam od początku. 

Jestem dość nietypową położnicą. Niezbyt ufam badaniom, lekarzom, a nawet położnym. W czasie pierwszego domowego porodu nieustannie walczyłam z położną. Wspominam to jako ciągłą szarpaninę pomiędzy tym, co chciałabym robić i uciekaniem od tego, co chciała położna. Po takim czymś moim największym pragnieniem było, żeby urodzić samej. W ciszy i spokoju, bez konieczności mówienia, tłumaczenia, proszenia o cokolwiek. Nie ma u nas tradycji samotnych porodów. Umówiłam się więc z Kasią Oleś. 

Końcówka ciąży to dla mnie czas przeprowadzki. Niezbyt fortunny. Stres, że nie zdążymy przed porodem. Ciągłe zabieganie i nieobecność mojego męża Darka. Ekipa telewizyjna, która przyjeżdża do domu w czasie terminu porodu. Zdjęcia w plenerze. Przeziębienie. Kasia, która mówi: dziewczyno, czy wiesz że jeśli jesteś chora TO PORÓD W DOMU JEST PRAWIE NIEMOŻLIWY. Nie wiedziałam. Nie przyjmowałam tego do wiadomości. Robiłam wszystko, żeby wyzdrowieć. Moczyłam nogi w gorącej wodzie z plastrami cytryny, robiłam inhalacje z ziołami i olejkami, piłam kit pszczeli, citrosept. 

Poskutkowało. Wyleczyłam się, ale dzieciak jakoś nie chciał przyjść na świat. Kasia śmiała się, że boi się zimy tej wiosny. Minął tydzień od terminu. Musiałam pójść na KTG do szpitala. Dla mnie psychiczna tortura. Stres, ze coś może być nie tak i jeszcze nie pozwolą mi stamtąd wyjść. Ale badanie wyszło w porządku. Ale zero skurczy i rozwarcie na jeden palec. Znajomy ordynator śmieje się, że skoro marzył mi się poród w morzu z delfinami, to on pozwoli mi przynieść welonki do wanny, to mnie rozśmiesza i dodaje trochę otuchy, myślę, że jak nie będzie innego wyboru, to może nie będzie tu tak źle. 

Mija środa i czwartek. Dzwoni Kasia. Mówi, że chyba nici z domowego porodu, że jak to się tak przedłuża, to chyba jednak bezpieczniejsza będę w szpitalu. Jestem zła. Czuję taką złość na asekurację. Na to, że znowu ktoś decyduje za mnie, gdzie mam rodzic. 

Dostaję maila od przyjaciółki z Indii. Pisze, żebym była spokojna. Dziecko ma prawo być w brzuchu 42 tygodnie, jeśli tego potrzebuje. Miotam się. Mój wzrok pada na stary szablon mojego męża z Gandhim. Jego słowa tłuka się mi po głowie. „Jeśli nie żyjemy tym, w co wierzymy, to jest to oszustwo”. I nagle wiem już, że urodzę, gdzie chcę i jak chcę. Że nie pozwolę już nikomu się zastraszyć. Wiem, że ufam sile rodzenia, która poprowadzi mnie przez poród. Przychodzi spokój. 

W piątek w końcu jest słonecznie i ciepło. Dziesiąty dzień po terminie. Chodzę z mamą po ogrodzie i sadzimy cebulki kwiatów. Jestem szczęśliwa. Doczekałam się wiosny. Cały dzień pobolewa mnie pierś, którą poprzedniego dnia ucisnęłam zbyt ciasną fiszbiną. Jakoś nie mogę nigdzie usiedzieć. Najlepiej mi w ruchu. Wieczorem w domu Darek czyta Kalince bajki na dobranoc, a ja robię sobie ciepłą kąpiel, żeby rozmasować pierś, w której pomału robi się zastój pokarmu. Paranoja, myślę, żeby mieć zastój przed porodem? Ale dzielnie masuję. Woda jest cudownie ciepła. Po chwili z piersi wypływa siara i przychodzi ulga. Leżę w wodzie. Po chwili ze zdziwieniem odczuwam lekki skurcz. Nasłuchuję powtórki. I rzeczywiście, pojawia się. Wychodzę z wody. Wycieram się i ubieram. Skurcze wciąż są. Niezbyt bolesne, ale wyczuwalne. Darek już uśpił małą. Mówię mu, że się chyba zaczyna. Patrzy zdziwiony. Ma taką śmieszną minę, że chce mi się śmiać. To co mam robić – pyta? Nie jesteś mi jeszcze potrzebny – mówię. Idź lepiej spać, ja zaraz przyjdę, napisze tylko do Kasi sms’a. 

Patrzę na zegarek: jest 10-ta. Skurcze są co 2 minuty i trwają pół minuty. Regularne. Dziwne, myślę. Pamiętam ile czasu zajęło pojawienie się tej regularności przy poprzednim porodzie. Sms wysłany. Chyba coś z tego będzie, skurcze nie ustają. Wstawiam wodę i ucieram imbir. Podobno zapobiega pęknięciom krocza w czasie przechodzenia główki – dane z Indii od Kasi. Zaparzam go w termosie. Gaszę światła, zapalam świece. Dom śpi. Ja krążę po pokoju słucham płytki z Hipnobirth i przykucam, kręcę biodrami, jedyne czego nie robię, to nie leżę. Trauma z poprzedniego porodu, nie pozwala mi nawet o tym pomyśleć. Jest cudownie, czuję jakbym wpadała w trans, zatapiam się, a moja świadomość skupia się tylko na falowaniu, rytmie, oddechu. Słyszę ze Darek jeszcze nie śpi, idę do niego, żeby obliczył częstotliwość skurczy. Ja nie potrafię już tego zrobić. Dzwonię do Kasi. Zastanawia się, czy to na pewno to, czy się mają zbierać z Ilonką. Mówi, że jak za pół godziny dalej będą skurcze, to przyjadą. Za pół godziny skurcze SĄ nadal. Nie częstsze, ale intensywniejsze. Kasia mówi, że zdecydowały, że jednak przyjadą. W tym stanie świadomości czuję ulgę. Potem przyjdzie nuta goryczy, że to takie wyproszone przybycie, „Bo to już 10 doba po”. Darek zasypia, a ja wracam do krążenia i kucania. W pewnym momencie jest mi strasznie niedobrze. Idę sikać i wymiotować. Po chwili mija, a ja myślę, z nie wiadomo którym już tego wieczoru zdziwieniem, już 7 palców rozwarcia? Idę pod prysznic, woda zmywa pot, przynosi ulgę. Wychodzę i czuję wielkie zmęczenie. Myślę sobie, położę się na chwilkę, wstanę przed następnym skurczem. I odpływam. Znajduję się w przestrzeni wielkiej, bezbolesnej. Ogarnia mnie cudowna euforia. Nie wiem ile to trwa. Myślę sobie – aha więc to jest ten czas pomiędzy, błogosławieństwo, pełne rozwarcie, czas odpoczynku. Położne nie pozwalają wtedy spać. A ja właśnie chyba to robię. Jest cudownie. 

Nagle z tego idealnego stanu wyrywa mnie niespodziewanie silny skurcz. Inny. Czuje krzyże i to jak czuję. Jakby mnie ktoś pociągnął za sznurek z fazy drzemania i zostawił zawieszoną między ławą a kanapą. Zawisam, to przynosi ulgę, rozcieram sobie krzyże. Przy następnym skurczu biegnę do Darka. Masuj mnie, masuj mówię. Jestem cicho, nie chcę zbudzić Kalinki. W planach porodowych mała miała wylądować u mojej mamy, a wszystko wyszło inaczej i śpi sobie w domu. Dobrze, że nie mam potrzeby krzyczenia. Jestem cała skupieniem i zasłuchaniem. Darek masuje. Pytam, która to godzina. Jest pierwsza. Dzwonimy po położne, gdzie są? Dojeżdżają do Bielska. Mówię do Darka, że musimy przygotować podkład do rodzenia, bo to już chyba niedługo. Klęczę w ciemnej sypialni, palą się tylko świece. Jest dobrze. Po chwili czuję ciepłą strugę na udach. Odeszły wody. Lekko różowe. Skurcze takie intensywne, że nie mogę już wytrzymać, pomału nie wiem co robić, żeby nie bolało. Położne w Wilkowicach, sugerują pozycję kolankowo-łokciową. Nic z tego. Nie mogę się pochylić do przodu za bardzo boli. Opieram głowę o framugą łóżka. Zastanawiam się czy mogę przeć. Nie chciałabym zrobić tego za wcześnie. Sięgam w głąb siebie próbując wyczuć krawędzie szyjki. Znajduję coś dziwnego. Co to jest? Po chwili przychodzi zrozumienie. To włosy dziecka… Myślę, że dłużej już nie będę zwlekać. Proszę Darka, żeby przyniósł mi z kuchni wodę imbirową. Tylko przecedź, mówię za nim. 

Przy następnym skurczu, uśmiecham się w ciemności i pozwalam sobie na wypieranie. Czuję, że dziecko już wychodzi. Słyszę Darka, jak mówi: – Nie mogę znaleźć sitka.

Wołam do niego: – Chodź, nie szukaj, już urodziłam.

– Coooo? – biegnie do nas. 

A ja klęczę i trzymam w rękach nasze dziecko. Cała drżę ze szczęścia. Udało się. Sama potrafię to zrobić. Darek płacze. Ja też. Przytulamy się. Po chwili mówię – wiesz, ja nawet nie wiem, co urodziłam? Zapalamy mała lampkę. Ojej, mamy syna! Radość. 

Po chwili dzwonią położne. Pomyliły klatki, już wchodzą. Jest 1.30. Jak go nazwiemy? Krzyś Gabriel – odpowiadam. Kasia z Iloną wchodzą, wnoszą worek sako i sadzają mnie na nim. Czuję ulgę, że nie chcą mi zabrać małego. Przytulam go. I nic więcej się nie liczy. Dochodzi do mnie, że gdyby tego zażądały, to bym go oddała, choć nie chciałam tego najbardziej na świecie. Teraz jest taki spokój. Kasia pobiera krew z pępowiny. Mały ssie pierś. Przecinają pępowinę, jak przestaje tętnić. Siedzę „zawieszona”. Po chwili czuję znowu skurcze. Darek przejmuje małego, a ja rodzę łożysko. Kładę się na łóżku, żeby Kasia mogła mnie obejrzeć. Małe pęknięcie. Nie krwawiące. Po szyciu idę pod prysznic. Krzyczy Kalinka. Darek idzie do niej z Krzysiem. Po chwili są u mnie razem w łazience. Kalina, zdumiona i szczęśliwa, wpatruje się w brata i nie może uwierzyć. Mamo, myślałam, że Tata żartuje, że to jakaś zabawka. Uśmiechamy się do siebie. 

Noc cudów. Kładę się z Krzysiem do łóżka. Darek z Kalinką o trzeciej w nocy odbijają dla naszych położnych szablony na torbach. Szaleństwo. Położne czuwają. Ja piszę sms’y. Zasypiamy wszyscy w czwórkę w naszym łóżku. Mam po dwóch stronach dzieciaki. Czuję zupełny błogostan i wielką dumę i radosną świadomość, że faktycznie się da. Że to nie czcza gadanina, niesprawdzona teoria o sile rodzenia, ale prawda dotknięta przez skórę. 

Myślę, że największe zmiany w położnictwie będą możliwe w momencie, w którym same kobiety nie pozwolą odbierać sobie prawa decydowania o tym jak, gdzie i kiedy chcą rodzić i z kim. Świat się zmieni, kiedy to my będziemy dobierać sobie towarzystwo, a nie biernie zgadzać się z czyimiś osądami. Musimy być świadome ryzyka, jak to niedawno przeczytałam: Kobiety wybierają się samotnie w podróż na skraj życia i śmierci. I to stamtąd przynoszą dzieci do świata żywych. Same niestety tam czasem zostają. Ale każda z nas matek oddałaby siebie za dziecko i dla tej siły miłości i poświęcenia nie zapominajcie, że to Wy jesteście dawczyniami życia. Nie szpital, lekarz, położna – to kobieta ma moc rodzenia.

Kamila i Angus

Kamila i Angus

Wydobyłam z siebie ryk dzikiej kobiety, otwierając pełniej gardło i łono. Czułam czystą moc płynącą z Ziemi, połączenie z pierwotną siłą natury. Byłam w innym wymiarze

Gdy oczekiwałam pierwszego dziecka (córka Wiki) odczułam, że moja percepcja rozszerza się, wszystkie moje zmysły bardzo się wyostrzyły. Czułam się piękna i spełniona, przestałam się malować, perfumować, odrzucało mnie od chemicznej żywności. Miałam też niesamowitą intuicję, wglądy i sny. W pewnym momencie do moich rąk trafił film Eleny Tonetti-Vladimirovej “Narodziny jakie znamy” oraz książka “Narodziny w nowym świetle. Poród lotosowy”. Film i książka zainspirowały mnie, aby rodzić w sposób naturalny i świadomy. Bardzo chciałam urodzić w domu. Jednak, po 12 godzinach odchodzenia wód płodowych, trafiłam do szpitala, nie miałam akcji skurczowej, rodziłam w szpitalu przez kolejne 24 godziny. Odmówiłam przyjęcia oksytocyny, chciałam przeżyć poród bez znieczuleń, jak najbardziej świadomie. Był przy mnie mąż, moja mama została w naszym mieszkaniu modląc się do aniołów o szczęśliwy poród. Dokładnie w momencie, w którym Wiki przyszła na świat, miała wizję, w której z szybkością światła mknie do mnie grupa aniołów, a moje łono i dziecko otacza błękitno-fioletowa spirala i Wiki bezpiecznie wynurza się na świat.

Pomimo mojego szczerego pragnienia urodzenia pierwszego dziecka w domu (lotosowo), urodziłam w szpitalu, odtwarzając podświadomie nasz (mój i mego męża) wzorzec narodzin, a także nieświadome lęki. W tym, szczególnie dla mnie traumatyczny, moment natychmiastowego przecięcia pępowiny, który odczułam jako akt przemocy, brutalną ingerencję. W momencie przecięcia pępowiny Wika zaczęła płakać, uspokoił ją mój głos [Kamila od dawna pracuje z głosem, śpiewem autentycznym i pięknie dźwięczy na misach tybetańskich]. Po 6 godzinach wypisaliśmy się ze szpitala na własne żądanie, zabierając ze sobą jej placentę, szczęśliwi, że Wika jest już z nami na świecie.

Przygotowując się do drugiego porodu mojego syna Angusa, obydwoje z mężem pojechaliśmy na warsztaty Eleny Tonetti-Vladimirovej, aż do Pragi [Elena opracowała metodę uzdrawiania traumy narodzeniowej Limbic Imprint Re-coding]. Uczestniczyłam także w warsztatach tantry, by uzdrowić swoją seksualność. Otrzymałam także 9 inicjacji Munay-Ki [rytuały szamańskie z Peru]. Przez całą ciążę grałam na gongach, których dźwięki pomagały mi rozpuszczać lęki. Czułam się promiennie i lekko… i tak też rozpoczął się poród Angusa w domu. Zwiastunem porodu był sen, w którym stymulowałam swoje sutki, aby przyśpieszyć falę skurczy…

W tamten przepiękny, niedzielny poranek obudziłam się z wyraźnym skurczem. Wiedziałam, że tego dnia urodzę. Ogarnął mnie niezwykły spokój, którym byłam nawet zdziwiona, całkowite zaufanie i podążanie za instynktem, za sobą. Poprosiłam położne, aby “się nie wtrącały ,dopóki o to nie poproszę”, więc usiadły na kanapie w pokoju obok.

Byłam całkowicie skupiona na sobie i dziecku. Angus bardzo harmonijnie ze mną współpracował. Byłam całkowicie świadoma każdego etapu porodu – a każdy był inny, miałam bardzo różnorodny przekrój doznań, emocji, choć wszystkie doświadczenia były bardzo spójne. Czułam, że jest to także proces moich narodzin, mojego uzdrowienia i moment odzyskania mocy. Byłam u siebie i to ja decydowałam co chcę robić i jak, kiedy chcę być z Arturem (mężem) i czuć jego wsparcie, a kiedy chcę być sama i doświadczać swojej mocy i prowadzenia. Podczas porodu towarzyszyły mi taniec, śpiew spontaniczny i dźwięki gongów – czułam, jak mi to pomaga, jak buduje się i wzmacnia moje połączenie ze swą naturą. Przede wszystkim był to moment wyzwolenia i zaufania dzikiej kobiecie we mnie. Tej która zna swoje ciało i moc. Moment połączenia z pierwotną siłą natury, wyzwolenia się z wszelkich zasad, dogmatów społecznych – czysta moc płynąca z Ziemi w połączeniu z prowadzeniem z Nieba.
Gdy przeniosłam się do basenu fala skurczy, które przybliżały mnie do ostatniej fazy porodu, zaczęła narastać. Nagle zrobiło mi się duszno, wyszłam z wody, czułam, że potrzebuję wsparcia kobiet, więc udałam się do położnych. Jedna z nich stanęła za mną – trzymając mnie za biodra i tańcząc ze mną taniec spirali [krążenie biodrami (ang. spiraling) pojawia się, jako element wielu tańców pierwotnych kultur, Elena uważa tę praktykę za jedną z ważniejszych przy naturalnym porodzie], druga stała przede mną tak, że mogłam oprzeć się na jej ramionach przy każdym kolejnym skurczu. Artur grał na gongach… Wtedy wydobyłam z siebie ryk dzikiej kobiety, otwierając pełniej gardło i łono. Czułam, że wszystkie moje przodkinie z linii żeńskiej stoją za mną. Czułam, że jestem w innym wymiarze, a jednocześnie obecna i świadoma – tak, jakbym obserwowała siebie z góry. Uczucie to towarzyszyło mi w ostatniej fazie porodu Angusa, ale i wcześniej, podczas porodu Wiki. Czułam wsparcie wszystkich kobiet, czułam się połączona z pradawną wiedzą. Angusa urodziłam w pozycji kucznej – tak jak indianka. Moja dłoń, pierwsza dotknęła jego głowy. Był to moment przejmującej miłości, radości i ekstazy – zrozumienia i poczucia głębokiego sensu całego procesu. Zalał mnie ogrom wdzięczności, gdy syn znalazł się w mych ramionach… Zaraz potem, gdy odpoczywałam na fotelu z Angusem przy piersi, urodziło się łożysko… nie odcinaliśmy pępowiny.

Czas po porodzie, kiedy Angus był jeszcze połączony z łożyskiem, postrzegałam jako “czas poza czasem” – przestrzeń na dopasowanie się, łagodne przejście i dopełnienie obecności mojego syna w ciele i świecie zewnętrznym. Angus został połączony ze swą placentą i sam wybrał, kiedy jest gotowy świadomie narodzić się do świata. Po 6 dniach odczepił pępowinę swoją nóżką.
Cdn

Patrycja i Samuel

Patrycja i Samuel

Wzięłam pełną odpowiedzialność za jak najczulsze, najdelikatniejsze, najspokojniejsze i pełne miłości oraz wolności wprowadzenie mego synka do życia na Ziemi

“Boskie Światło w mych ramionach”

15-tego stycznia powiłam dzieciątko najsłodsze – Samuela i jestem najszczęśliwszą kobietą na świecie. Miłość, którą czuje do tego małego człowieczka jest większa, niż cały Wszechświat, bezgraniczna, bezwarunkowa, najczystsza, niezwykle głęboka, autentyczna i pełna… patrzę na niego i łzy szczęścia spływają mi po policzkach… nie przypuszczałam, że mogę kiedyś tak bardzo kochać…

Mój mistyczny poród rozpoczął się w sobotę 14-tego wieczorem, przeradzając się stopniowo w 24-godzinną torturę, która dosłownie i w przenośni rzuciła całą mą istotę na kolana… umierało moje ciało, umierało moje ego… za oknem szalała niesamowita śnieżna burza… O 21.45 przy potężnym krzyku życia dobywającym się z mojej i jego piersi i zlewającym się w jedną boską pieśń, mój Anioł pojawił się na naszej fascynującej planecie… doskonały, przepiękny, zbudowany raczej ze światła, aniżeli z ciała, będący ucieleśnieniem Boga i Miłości, mój prawdziwy kwiat lotosu, na który czekałam całe życie… ciało z mego ciała… niepojęty cud narodzin… bezmiar Miłości ogarnął całe me jestestwo…

Do drugiej nad ranem siedzieliśmy razem w wodzie, w ogromnej wannie mojej nowej łazienki, przy świecach i delikatnej duchowej muzyce, oczarowani, zaczarowani, w najwyższym duchowym uniesieniu, zapatrzeniu i zachwycie… trzymając się czule w ramionach, nie mogąc oderwać od siebie oczu, słuchając bicia naszych serc… opowiadając sobie o świecie – ja jemu o ziemskim, on mi o niebiańskim…
Wszechświat doznał ekspansji i stworzył miejsce dla nowej istoty, która będzie z radością podnosić jego wibracje swym pięknym szlachetnym życiem.
Gdy wyszliśmy z wody i spojrzeliśmy przez okno, naszym oczom ukazał się idylliczny biały niewinny krajobraz, pokryty skrzącym się puszystym śniegiem, pełen ciszy i spokoju… przyroda współgrała z magią mego porodu…. czysty świat przywitał z rewerencją czystą duszę…

Misterium mego porodu dokonało się w okolicznościach o jakich marzyłam, w intymnej duchowej atmosferze mej świątyni na sarnim wzgórzu bez jakiejkolwiek medycznej asysty lekarza czy położnej, a jedynie w towarzystwie istot zaangażowanych uczuciowo, czyli mego partnera Ralfa i mego piesiunia Lotoska – w kręgach alternatywnych zwie się taki poród porodem bez asysty i bez przemocy.
Taki poród nie koncentruje się głównie na fizycznym/medycznym aspekcie porodu, ale przede wszystkim na jego aspekcie duchowym i uczuciowym, jest to bowiem święte wydarzenie, co jest niestety całkowicie pomijane w porodach szpitalnych.
To, co przeciętny mieszkaniec naszej planety uważa za normalną szpitalną procedurę porodową jest dla nowej, bezbronnej, niezwykle delikatnej istoty, ogromnym szokiem i bólem, który niesie ona potem przez całe życie…

Poród, który ja wybrałam, był niezwykłym, mistycznym przeżyciem, głęboko wewnętrznym i transformującym… wzięłam bowiem pełną odpowiedzialność za jak najczulsze, najdelikatniejsze, jak najspokojniejsze i pełne miłości oraz wolności wprowadzenie mego synka do życia na Ziemi…
Oczywiście, że się bałam, ze czułam niewyobrażalny fizyczny ból porodowy i miałam poczucie otarcia się o śmierć, ale czułam także ogromną moc mojej decyzji, ogromną potęgę mej kobiecości oraz przeogromną potrzebę zapewnienia mojemu dzieciątku najpiękniejszego startu w nowe życie.
Wiele/u z Was pamięta jak trudna dla mnie była to ciąża pod względem zarówno fizycznym, jak i emocjonalnym, jak bardzo borykałam się z jej akceptacja…, a jednak niezwykła potężna podświadoma miłość do tego nowego człowieczka oraz życie w coraz większej świadomości dało mi siłę i odwagę, by zrobić wszystko, co w mojej mocy, by zapewnić mojemu synkowi pełne szacunku, pokoju i miłości przejście ze świata ducha do świata materii.
Tym porodem wzięłam w pełni moje życie w swoje ręce… umarłam… i urodziłam się na nowo… szczęśliwa, wolna, pełna, tryskająca miłością, przesycona wiarą we własną intuicję, moc i mądrość mego serca.
Takie oto dary niesie ze sobą poród domowy pełen ufności we właściwość całego tego świętego procesu, jego przebiegu, czasu i intensywności doznań.
W szpitalu oddajemy naszą moc lekarzom, nie ufając sobie… oddajemy także lekarzom i tzw. systemowi moc drzemiącą w naszych dzieciach…

Aby w pełni uczynić zadość idei porodu bez przemocy pragnęłam nie odcinać pępowiny, ale raczej pozwolić jej samej oddzielić się od ciałka mego synka, co zwie się porodem lotosowym, jednakże po czterech mistycznych godzinach w wannie po porodzie nie urodziłam łożyska, więc z procedurą lotosową musiałam się wstrzymać… trochę mnie zaskoczył taki obrót spraw, nie byłam bowiem przygotowana na taką ewentualność.
Będąc jednak w stanie niespotykanego uniesienia i spokoju postanowiłam zaufać zaistniałej sytuacji i poczekać do następnego dnia.
Tak więc połączeni z Samuelkiem dość krótką pępowiną, ale na tyle długą aby usteczkami mógł sięgnąć do mojej piersi, położyliśmy się spać.
Na drugi dzień łożysko wciąż nie chciało się urodzić, zadzwoniłam wiec do znajomej położnej z zapytaniem o poradę, która okazała się przesyconym strachem nakazem udania się do szpitala, czego oczywiście zrobić nie zamierzałam, skontaktowałam się w zamian z koleżankami, które są promotorkami porodów bez przemocy, ich sugestie rezonowały z moim sercem i dotyczyły emocjonalno-duchowego aspektu urodzenia łożyska.
Poczułam, że wraz z łożyskiem trzymam w sobie jakieś stare destruktywne emocje i rozpoczęłam ze spokojem i ufnością ceremonię puszczania, podziękowania i pożegnania… łożysko urodziłam na następny dzień delikatnie, całkowicie bezboleśnie po 36-ciu godzinach od urodzenia synusia.
4 godziny później odcięłam bardzo już uschniętą pępowinkę uznając, że dopełnił się nasz cudowny lotosowy poród. Jestem ogromnie wdzięczna, że zaufałam mej intuicji, mądrości natury i mego ciała, że zaufałam duchowemu i fizycznemu procesowi, który potrzebował czasu, aby się dopełnić, czasu, którego nikt by nie uszanował, gdybym rodziła w szpitalu… powodowani strachem i pośpiechem nie dajemy sobie bowiem czasu i przestrzeni na wejrzenie w siebie i prawdziwą czułą bliskość ze sobą, drugim człowiekiem, zwierzęciem, drzewem…
Ów czas pomiędzy światami, kiedy to mój synek był niejako częściowo wciąż we mnie i częściowo poza mną pozostawiwszy łożysko w moim brzusiu i będąc połączony ze mną cudownym sznurem życia, był dla mnie najświętszym oświeconym lotosowym czasem, świetlistymi 40-toma godzinami mistycznego połączenia z moim dzieciątkiem, niezapomnianymi godzinami miłości o ogromnej duchowej mocy. Cudowny pępuszek mojego synusia na zawsze będzie dla mnie świętym miejscem naszego mistycznego połączenia… kocham to miejsce…

Pisząc te słowa siedzę z mym Samuelkiem, który słodko ssie mą pierś, z której płynie rwąca rzeka białego najzdrowszego mleka, które w ogromnej obfitości produkuje moje święte ciało… święte, bo stworzyło cud niezwykły – świętego nowego człowieczka.
Dopiero teraz poczułam pełnię życia, pełnię szczęścia, pełnię miłości… tęskniłam za takim spełnieniem wiele lat, nie wiedząc, że tak naprawdę tęsknię i czekam na mego synka.
Nie mogę oderwać od niego oczu, czas z nim to najpiękniejszy i najcenniejszy czas mego życia, praktycznie non stop jesteśmy razem, noszę go bowiem cały czas w chuście, minuta bez niego, wydaje mi się straconą minutą, nic nie jest bardziej fascynujące, jak bycie z nim, obserwowanie jego kochanej buźki, całowanie kochanych stopek, karmienie piersią, wspólne kąpiele w ogromnej wannie, czułe masaże kochanego ciałka, głębokie rozmowy bez słów, uczenie się języka migowego oraz życia bez pieluch (Samuel już z radością robi siuśku do miseczki), a przede wszystkim słuchanie jego cudownego oddechu kiedy sobie razem śpimy w ogromnym łóżku mej sypialni pod egidą wschodzącego słońca wyrzeźbionego na ścianie. 

Uczymy się także jak odreagowywać, uwalniać uwięzione w małym ciałku emocje i stres prenatalny. Delikatny człowieczek gromadzi bowiem w sobie przykre odczucia, jakich doznał będąc w brzusiu mamy, także traumę porodową i potrzebuje to uwolnić podczas dni, tygodni, a nawet miesięcy po porodzie. My z Samuelkiem przeszliśmy sporo podczas ciąży (na szczęście nie podczas porodu), więc z miłością opowiadam mu o tym i bardzo go przepraszam, wtedy razem sobie popłaczemy, by potem móc się razem radować.
Jeśli dzieciątko nie ma możliwości, by uwolnić owe niepokoje, wnosi je potem w późniejsze życie jako depresje, agresje, uzależnienia etc.
Czuły dotyk, jak najczęstsze noszenie, przytulanie, spanie z dzidziusiem, to najlepsza terapia i najbardziej niezbędna rzecz w życiu maluszka.
Nie szczędźmy zatem czułości i bliskości naszym dzieciom, one tego potrzebują jak tlenu by być fizycznie i emocjonalnie zdrowe i szczęśliwe.
Nie wstawiajmy ich do łóżeczek, osobnych pokoi, bo to je przeraża i zaburza naturalną homeostazę ich istoty, zaburza zaufanie do świata, odbiera poczucie bezpieczeństwa i pogłębia poczucie separacji od siebie, innych i Źródła. Dzieci chcą być blisko spokojnych, szczęśliwych rodziców, wtedy czują, że są naprawdę kochane i całkowicie akceptowane. Niechaj kąpią się w oceanie naszej bezwarunkowej, czułej miłości, a wyrosną na szlachetnych, spełnionych, radosnych dorosłych ludzi.
Pamiętajmy, że to, co tzw. system uważa za normalne traktowanie dziecka – szpitalne porody, procedury poporodowe, szczepienia, uczenie dziecka chłodnej samodzielności, etc., nie jest normalne, jest brutalne i zostawia dalekosiężne emocjonalne blizny, które nie pozwalają nam potem żyć w szczęściu i pokoju…
Zmieńmy to, bądźmy rodzicami głębokich przemian na lepsze w życiu przyszłych pokoleń, w życiu naszej planety… Pamiętajmy także, że nasze negatywne emocje ogromnie wpływają na poziom stresu u dziecka, zadbajmy więc bardzo o nasze uzdrowienie. Ja bardzo mocno przeciwstawiłam się systemowi swoim porodem i wszystkim, co wprowadzam w życie mego syneczka po porodzie…
Począwszy od tego, że zdiagnozowano u mnie wadę serca, gdy miałam 17cie lat i już wtedy ostro zaznaczono, ze w przypadku mej ciąży wchodzi w grę tylko cesarskie cięcie – nieprawda! – moje serce cudownie współpracowało podczas długiego i bolesnego porodu.
Po drugie, mój wieloletni weganizm uniemożliwi mi zajście w ciążę – nieprawda! (nawet nie próbowałam, a się stało) i że będę miała mało mleka, mleka mam tyle, że mogłabym wykarmić trojaczki.
Po trzecie – pierwszego dziecka, nie można urodzić bez położnej – nieprawda!
Po czwarte – kobietę trzeba naciąć, bo i tak pęknie w czasie porodu – nieprawda! – ja mimo prawie 4 kilowego dzidziuśka wcale nie pękłam.
Po piąte – łożysko trzeba wyłyżeczkować jak najszybciej po porodzie – nieprawda! etc., etc., etc.
Gdybym słuchała lekarzy, nie przeżyłabym najwspanialszego mistycznego porodu i naraziłabym najdelikatniejszą istotkę na niepotrzebną przemoc…, sztuczne przyspieszacze porodu, znieczulenia porodowe, procedury poporodowe – separację od matki, mierzenia, ważenia, oczyszczanie noska, oczek, pobieranie krwi etc., nie zdajemy sobie sprawy jak bolesne i szokujące to jest dla dziecka – zaoszczędźmy mu tego!!!!!!, rodźmy w domach, w miłości, intymności, czułości i mocy!!!!!

Nowo narodzone dziecko to duchowo zaawansowana świadoma istota, bycie z nią, uczenie się jej oraz głębokie porozumienie z nią, otworzyły przede mną drzwi do autentycznej duchowości, czuję, że mój rozwój duchowy przeniósł się na inny wymiar, wymiar o niesłychanej głębi i bliskości ze Źródłem.
Życie spłatało mi najcudowniejszego figla – Światło zapanowało w mym sercu, Pokój zapanował w mym umyśle, Miłość zawładnęła całą mą istotę.
Nie mogę się doczekać dalszej podróży z moim małym buddą, pokazywania mu cudów świata oraz kreowania wspólnie inspirującego, wolnego, radosnego życia bez przemocy.

Z całego serca dziękuję Wam wszystkim, które/którzy wspieraliście mnie do tego punktu mej wędrówki, Wasza kochająca obecność była, jest i będzie dla mnie bezcenna. Wasza energia dodała mi sił, by zrobić to, co zrobiłam, by przeżyć to, co przeżyłam, by stać się wolną od strachu pokojową wojowniczką o lepsze życie przyszłych pokoleń.
Namaste
Om Om Om

Basia i Staś

Basia i Staś

Mówiłam sobie, że boli, bo się otwiera, niech boli, szybciej przytulę Stasia. Naprawdę cieszyłam się na te skurcze

9 listopad 2012

Mój drugi poród był wspaniały. W nocy odpadł mi czop, czyli poród w ciągu 2 tygodni. Do terminu miałam jeszcze tydzień, z usg – 2 tygodnie. Poprzedni poród był po terminie, więc i teraz nie spodziewałam się nic wcześniej. Miałam jeszcze dużo planów – zajęcia z synkiem w Bebe, serwis samochodu, ostatnie zakupy dla maluszka do szpitala. 

Rano odbyłam wizytę u lekarza – wszystko w porządku. Wieczorem miałam nieregularne skurcze, ale to wtedy u mnie nie było nic nowego. Następnej nocy wstałam, żeby pomóc mojemu trzylatkowi usiąść na nocnik. Ale jakoś wyjątkowo ciężko mi było, dalej te skurcze… W toalecie zauważyłam krew na bieliźnie. Przestraszyłam się, że może łożysko się odkleja, więc szybko na pogotowie.

Moim wyborem było PSK. Środek nocy, ciemno, dzwonimy. Otwiera zaspana pani i na moje tłumaczenie mówi, że to na pewno reszta czopu z krwią, ale owszem, proszę, zrobimy KTG. Pyta czy mam skurcze. Nie wiem. Nie wiedziałam, bo ucichło, ale wieczorem coś przecież było, w samochodzie też jakiś jeden. Na to zaspana pani „albo się ma, albo się nie ma.” KTG trwa całe 5 minut, nic nie pokazuje. A skurcz mam akurat przed i po. Żadnego badania wewnętrznego. Pani patrzy na mnie z powątpiewaniem. Jest przekonana, że wymyślam. Zresztą oni dziś nie mają ostrego dyżuru, i tak by mnie nie przyjęli, na patologię teraz też nie jest łatwo się dostać. Możemy jechać na Warszawską, jeżeli chcemy. To dziękujemy pani.

Na Warszawskiej od razu robią mi badanie wewnętrzne – szyjka zgładzona, 2 cm rozwarcia, poród. No to niespodzianka! Skurcze też się w międzyczasie robią wyraźne. Wszystko sympatycznie, jedyny nieprzyjemny epizod to reakcja personelu na dole na brak zgody na szczepienie dziecka. Na górze na sali już nie komentują.

Sala nieduża, przytulna, światło mocno przyciemnione (w przeciwieństwie do dużej, białej, mocno oświetlonej sali jaką pamiętam w PSK). Najpierw KTG, ale proszę, żeby mnie zaraz odłączyli, bo chcę chodzić. Tak podobno lepiej, działa siła grawitacji.

Tu na chwilę wrócę do pierwszego porodu – był OK, nic z tych strasznych opowieści, ale był baaaardzo długi, z oksytocyną, leżeniem plackiem z tego powodu, moim skupieniu na bólu i na tym jak ja go nie chcę, sporym nacięciem krocza itp. itd.

Przed drugim porodem, dzięki przyjaciółce, trafiłam do Klubu Mam, obejrzałam film „Uwolnić poród” i wzięłam udział w dyskusji po nim, usłyszałam o Inie May Gaskin i jej przekonaniu, że poród jest w głowie kobiety, że jej emocje wpływają na jego przebieg – strach przed bólem hamuje rozwarcie, akceptacja pomaga wydzielać odpowiednie hormony i przyspiesza wszystko. To razem i to, że miałam na sobie przez cała ciążę i podczas porodu pas św. Dominika, plus modlitwy, dały mi wiarę we własne siły.

CIESZYŁAM SIĘ NA SKURCZE I BÓL. Mówiłam sobie, że boli bo się otwiera, niech boli, będzie szybciej i szybciej zobaczę i przytulę Stasia. Naprawdę cieszyłam się na te skurcze. Tak więc sobie dreptałam 4 godziny z kąta w kąt i z radością patrzyłam na zegarek widząc, że skurcze są coraz częstsze. No, może też i bardziej bolesne, ale to świetnie, o to właśnie chodzi. Było cichutko, intymnie. Mąż się nawet zdrzemnął w pewnym momencie. Nie przeszkadzano nam. Potem nowa zmiana, kolejne badanie wewnętrzne i 9 cm rozwarcia! Po 4 godzinach! Poprzednim razem zajęło to wszystko koszmarnie długo.

No i się zaczęło. Owszem, ciężko było, owszem, bolało, ale ja byłam szczęśliwa, że to zaraz, że zaraz będzie z nami Staś. Urodził się cały siny, trochę mu zajęło zanim zaczął oddychać, ale ja cały czas byłam o niego spokojna. Położono mi go na brzuchu, skóra do skóry, mogłam go od razu nakarmić, a że maluszek się mocno przyssał i nie chciał odessać, pobył z nami dobre pół godziny, zanim dał się położnym zabrać. Mnie przyniesiono śniadanie do łóżka jeszcze na sali porodowej i dopiero wtedy zawieziono na górę do naszego synka. Byłam szczęśliwa i ogromnie z siebie dumna – urodziłam sama, bez leżenia, bez oksytocyny, bez nacinania (!!!), bez komplikacji.

Rzeczywiście poród jest w głowie kobiety. Życzę Wam, drogie panie, abyście też zrozumiały jaka siła jest w Was i że wszystko zależy od was, od nikogo innego.