Patrycja i Samuel

Patrycja i Samuel

Wzięłam pełną odpowiedzialność za jak najczulsze, najdelikatniejsze, najspokojniejsze i pełne miłości oraz wolności wprowadzenie mego synka do życia na Ziemi

“Boskie Światło w mych ramionach”

15-tego stycznia powiłam dzieciątko najsłodsze – Samuela i jestem najszczęśliwszą kobietą na świecie. Miłość, którą czuje do tego małego człowieczka jest większa, niż cały Wszechświat, bezgraniczna, bezwarunkowa, najczystsza, niezwykle głęboka, autentyczna i pełna… patrzę na niego i łzy szczęścia spływają mi po policzkach… nie przypuszczałam, że mogę kiedyś tak bardzo kochać…

Mój mistyczny poród rozpoczął się w sobotę 14-tego wieczorem, przeradzając się stopniowo w 24-godzinną torturę, która dosłownie i w przenośni rzuciła całą mą istotę na kolana… umierało moje ciało, umierało moje ego… za oknem szalała niesamowita śnieżna burza… O 21.45 przy potężnym krzyku życia dobywającym się z mojej i jego piersi i zlewającym się w jedną boską pieśń, mój Anioł pojawił się na naszej fascynującej planecie… doskonały, przepiękny, zbudowany raczej ze światła, aniżeli z ciała, będący ucieleśnieniem Boga i Miłości, mój prawdziwy kwiat lotosu, na który czekałam całe życie… ciało z mego ciała… niepojęty cud narodzin… bezmiar Miłości ogarnął całe me jestestwo…

Do drugiej nad ranem siedzieliśmy razem w wodzie, w ogromnej wannie mojej nowej łazienki, przy świecach i delikatnej duchowej muzyce, oczarowani, zaczarowani, w najwyższym duchowym uniesieniu, zapatrzeniu i zachwycie… trzymając się czule w ramionach, nie mogąc oderwać od siebie oczu, słuchając bicia naszych serc… opowiadając sobie o świecie – ja jemu o ziemskim, on mi o niebiańskim…
Wszechświat doznał ekspansji i stworzył miejsce dla nowej istoty, która będzie z radością podnosić jego wibracje swym pięknym szlachetnym życiem.
Gdy wyszliśmy z wody i spojrzeliśmy przez okno, naszym oczom ukazał się idylliczny biały niewinny krajobraz, pokryty skrzącym się puszystym śniegiem, pełen ciszy i spokoju… przyroda współgrała z magią mego porodu…. czysty świat przywitał z rewerencją czystą duszę…

Misterium mego porodu dokonało się w okolicznościach o jakich marzyłam, w intymnej duchowej atmosferze mej świątyni na sarnim wzgórzu bez jakiejkolwiek medycznej asysty lekarza czy położnej, a jedynie w towarzystwie istot zaangażowanych uczuciowo, czyli mego partnera Ralfa i mego piesiunia Lotoska – w kręgach alternatywnych zwie się taki poród porodem bez asysty i bez przemocy.
Taki poród nie koncentruje się głównie na fizycznym/medycznym aspekcie porodu, ale przede wszystkim na jego aspekcie duchowym i uczuciowym, jest to bowiem święte wydarzenie, co jest niestety całkowicie pomijane w porodach szpitalnych.
To, co przeciętny mieszkaniec naszej planety uważa za normalną szpitalną procedurę porodową jest dla nowej, bezbronnej, niezwykle delikatnej istoty, ogromnym szokiem i bólem, który niesie ona potem przez całe życie…

Poród, który ja wybrałam, był niezwykłym, mistycznym przeżyciem, głęboko wewnętrznym i transformującym… wzięłam bowiem pełną odpowiedzialność za jak najczulsze, najdelikatniejsze, jak najspokojniejsze i pełne miłości oraz wolności wprowadzenie mego synka do życia na Ziemi…
Oczywiście, że się bałam, ze czułam niewyobrażalny fizyczny ból porodowy i miałam poczucie otarcia się o śmierć, ale czułam także ogromną moc mojej decyzji, ogromną potęgę mej kobiecości oraz przeogromną potrzebę zapewnienia mojemu dzieciątku najpiękniejszego startu w nowe życie.
Wiele/u z Was pamięta jak trudna dla mnie była to ciąża pod względem zarówno fizycznym, jak i emocjonalnym, jak bardzo borykałam się z jej akceptacja…, a jednak niezwykła potężna podświadoma miłość do tego nowego człowieczka oraz życie w coraz większej świadomości dało mi siłę i odwagę, by zrobić wszystko, co w mojej mocy, by zapewnić mojemu synkowi pełne szacunku, pokoju i miłości przejście ze świata ducha do świata materii.
Tym porodem wzięłam w pełni moje życie w swoje ręce… umarłam… i urodziłam się na nowo… szczęśliwa, wolna, pełna, tryskająca miłością, przesycona wiarą we własną intuicję, moc i mądrość mego serca.
Takie oto dary niesie ze sobą poród domowy pełen ufności we właściwość całego tego świętego procesu, jego przebiegu, czasu i intensywności doznań.
W szpitalu oddajemy naszą moc lekarzom, nie ufając sobie… oddajemy także lekarzom i tzw. systemowi moc drzemiącą w naszych dzieciach…

Aby w pełni uczynić zadość idei porodu bez przemocy pragnęłam nie odcinać pępowiny, ale raczej pozwolić jej samej oddzielić się od ciałka mego synka, co zwie się porodem lotosowym, jednakże po czterech mistycznych godzinach w wannie po porodzie nie urodziłam łożyska, więc z procedurą lotosową musiałam się wstrzymać… trochę mnie zaskoczył taki obrót spraw, nie byłam bowiem przygotowana na taką ewentualność.
Będąc jednak w stanie niespotykanego uniesienia i spokoju postanowiłam zaufać zaistniałej sytuacji i poczekać do następnego dnia.
Tak więc połączeni z Samuelkiem dość krótką pępowiną, ale na tyle długą aby usteczkami mógł sięgnąć do mojej piersi, położyliśmy się spać.
Na drugi dzień łożysko wciąż nie chciało się urodzić, zadzwoniłam wiec do znajomej położnej z zapytaniem o poradę, która okazała się przesyconym strachem nakazem udania się do szpitala, czego oczywiście zrobić nie zamierzałam, skontaktowałam się w zamian z koleżankami, które są promotorkami porodów bez przemocy, ich sugestie rezonowały z moim sercem i dotyczyły emocjonalno-duchowego aspektu urodzenia łożyska.
Poczułam, że wraz z łożyskiem trzymam w sobie jakieś stare destruktywne emocje i rozpoczęłam ze spokojem i ufnością ceremonię puszczania, podziękowania i pożegnania… łożysko urodziłam na następny dzień delikatnie, całkowicie bezboleśnie po 36-ciu godzinach od urodzenia synusia.
4 godziny później odcięłam bardzo już uschniętą pępowinkę uznając, że dopełnił się nasz cudowny lotosowy poród. Jestem ogromnie wdzięczna, że zaufałam mej intuicji, mądrości natury i mego ciała, że zaufałam duchowemu i fizycznemu procesowi, który potrzebował czasu, aby się dopełnić, czasu, którego nikt by nie uszanował, gdybym rodziła w szpitalu… powodowani strachem i pośpiechem nie dajemy sobie bowiem czasu i przestrzeni na wejrzenie w siebie i prawdziwą czułą bliskość ze sobą, drugim człowiekiem, zwierzęciem, drzewem…
Ów czas pomiędzy światami, kiedy to mój synek był niejako częściowo wciąż we mnie i częściowo poza mną pozostawiwszy łożysko w moim brzusiu i będąc połączony ze mną cudownym sznurem życia, był dla mnie najświętszym oświeconym lotosowym czasem, świetlistymi 40-toma godzinami mistycznego połączenia z moim dzieciątkiem, niezapomnianymi godzinami miłości o ogromnej duchowej mocy. Cudowny pępuszek mojego synusia na zawsze będzie dla mnie świętym miejscem naszego mistycznego połączenia… kocham to miejsce…

Pisząc te słowa siedzę z mym Samuelkiem, który słodko ssie mą pierś, z której płynie rwąca rzeka białego najzdrowszego mleka, które w ogromnej obfitości produkuje moje święte ciało… święte, bo stworzyło cud niezwykły – świętego nowego człowieczka.
Dopiero teraz poczułam pełnię życia, pełnię szczęścia, pełnię miłości… tęskniłam za takim spełnieniem wiele lat, nie wiedząc, że tak naprawdę tęsknię i czekam na mego synka.
Nie mogę oderwać od niego oczu, czas z nim to najpiękniejszy i najcenniejszy czas mego życia, praktycznie non stop jesteśmy razem, noszę go bowiem cały czas w chuście, minuta bez niego, wydaje mi się straconą minutą, nic nie jest bardziej fascynujące, jak bycie z nim, obserwowanie jego kochanej buźki, całowanie kochanych stopek, karmienie piersią, wspólne kąpiele w ogromnej wannie, czułe masaże kochanego ciałka, głębokie rozmowy bez słów, uczenie się języka migowego oraz życia bez pieluch (Samuel już z radością robi siuśku do miseczki), a przede wszystkim słuchanie jego cudownego oddechu kiedy sobie razem śpimy w ogromnym łóżku mej sypialni pod egidą wschodzącego słońca wyrzeźbionego na ścianie. 

Uczymy się także jak odreagowywać, uwalniać uwięzione w małym ciałku emocje i stres prenatalny. Delikatny człowieczek gromadzi bowiem w sobie przykre odczucia, jakich doznał będąc w brzusiu mamy, także traumę porodową i potrzebuje to uwolnić podczas dni, tygodni, a nawet miesięcy po porodzie. My z Samuelkiem przeszliśmy sporo podczas ciąży (na szczęście nie podczas porodu), więc z miłością opowiadam mu o tym i bardzo go przepraszam, wtedy razem sobie popłaczemy, by potem móc się razem radować.
Jeśli dzieciątko nie ma możliwości, by uwolnić owe niepokoje, wnosi je potem w późniejsze życie jako depresje, agresje, uzależnienia etc.
Czuły dotyk, jak najczęstsze noszenie, przytulanie, spanie z dzidziusiem, to najlepsza terapia i najbardziej niezbędna rzecz w życiu maluszka.
Nie szczędźmy zatem czułości i bliskości naszym dzieciom, one tego potrzebują jak tlenu by być fizycznie i emocjonalnie zdrowe i szczęśliwe.
Nie wstawiajmy ich do łóżeczek, osobnych pokoi, bo to je przeraża i zaburza naturalną homeostazę ich istoty, zaburza zaufanie do świata, odbiera poczucie bezpieczeństwa i pogłębia poczucie separacji od siebie, innych i Źródła. Dzieci chcą być blisko spokojnych, szczęśliwych rodziców, wtedy czują, że są naprawdę kochane i całkowicie akceptowane. Niechaj kąpią się w oceanie naszej bezwarunkowej, czułej miłości, a wyrosną na szlachetnych, spełnionych, radosnych dorosłych ludzi.
Pamiętajmy, że to, co tzw. system uważa za normalne traktowanie dziecka – szpitalne porody, procedury poporodowe, szczepienia, uczenie dziecka chłodnej samodzielności, etc., nie jest normalne, jest brutalne i zostawia dalekosiężne emocjonalne blizny, które nie pozwalają nam potem żyć w szczęściu i pokoju…
Zmieńmy to, bądźmy rodzicami głębokich przemian na lepsze w życiu przyszłych pokoleń, w życiu naszej planety… Pamiętajmy także, że nasze negatywne emocje ogromnie wpływają na poziom stresu u dziecka, zadbajmy więc bardzo o nasze uzdrowienie. Ja bardzo mocno przeciwstawiłam się systemowi swoim porodem i wszystkim, co wprowadzam w życie mego syneczka po porodzie…
Począwszy od tego, że zdiagnozowano u mnie wadę serca, gdy miałam 17cie lat i już wtedy ostro zaznaczono, ze w przypadku mej ciąży wchodzi w grę tylko cesarskie cięcie – nieprawda! – moje serce cudownie współpracowało podczas długiego i bolesnego porodu.
Po drugie, mój wieloletni weganizm uniemożliwi mi zajście w ciążę – nieprawda! (nawet nie próbowałam, a się stało) i że będę miała mało mleka, mleka mam tyle, że mogłabym wykarmić trojaczki.
Po trzecie – pierwszego dziecka, nie można urodzić bez położnej – nieprawda!
Po czwarte – kobietę trzeba naciąć, bo i tak pęknie w czasie porodu – nieprawda! – ja mimo prawie 4 kilowego dzidziuśka wcale nie pękłam.
Po piąte – łożysko trzeba wyłyżeczkować jak najszybciej po porodzie – nieprawda! etc., etc., etc.
Gdybym słuchała lekarzy, nie przeżyłabym najwspanialszego mistycznego porodu i naraziłabym najdelikatniejszą istotkę na niepotrzebną przemoc…, sztuczne przyspieszacze porodu, znieczulenia porodowe, procedury poporodowe – separację od matki, mierzenia, ważenia, oczyszczanie noska, oczek, pobieranie krwi etc., nie zdajemy sobie sprawy jak bolesne i szokujące to jest dla dziecka – zaoszczędźmy mu tego!!!!!!, rodźmy w domach, w miłości, intymności, czułości i mocy!!!!!

Nowo narodzone dziecko to duchowo zaawansowana świadoma istota, bycie z nią, uczenie się jej oraz głębokie porozumienie z nią, otworzyły przede mną drzwi do autentycznej duchowości, czuję, że mój rozwój duchowy przeniósł się na inny wymiar, wymiar o niesłychanej głębi i bliskości ze Źródłem.
Życie spłatało mi najcudowniejszego figla – Światło zapanowało w mym sercu, Pokój zapanował w mym umyśle, Miłość zawładnęła całą mą istotę.
Nie mogę się doczekać dalszej podróży z moim małym buddą, pokazywania mu cudów świata oraz kreowania wspólnie inspirującego, wolnego, radosnego życia bez przemocy.

Z całego serca dziękuję Wam wszystkim, które/którzy wspieraliście mnie do tego punktu mej wędrówki, Wasza kochająca obecność była, jest i będzie dla mnie bezcenna. Wasza energia dodała mi sił, by zrobić to, co zrobiłam, by przeżyć to, co przeżyłam, by stać się wolną od strachu pokojową wojowniczką o lepsze życie przyszłych pokoleń.
Namaste
Om Om Om

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *